polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Błażej Spychalski poinformował dziś, że prezydent Andrzej Duda jest zarażony koronwirusem. Wykonany wczoraj u prezydenta test na obecność koronawirusa dał wynik pozytywny. Prezydent opublikował na Twitterze nagranie, w którym zapewnia, że czuje się dobrze i nie ma żadnych niepokojących objawów. Przeprasza też osoby, które przez kontakt z nim zostały narażone na procedury kwarantanny. * * * AUSTRALIA: Australijczycy mogą nie otrzymać szczepionki na koronawirusa przez ponad rok, mimo że rząd twierdzi, że zabezpieczył miliony dawek. Prognozy budżetu federalnego na ten miesiąc zakładają dostępność szczepionki na koronawirusa dopiero pod koniec 2021 roku. * * * SWIAT: Druga fala pandemii koronawirusa przechodzi przez Europę. W Niemczech, Czechach, w Polsce i na Ukrainie odnotowano największą liczbę nowych zachorowań od rozpoczęcia pandemii. W Europie odnotowano już 8 367 423 zakażeń SARS-CoV-2.
POLONIA INFO: Polish Film Festival w Sydney 2020: Palace Cinema, Norton Street w Leichhardt, 25.10 - 8.11

niedziela, 4 października 2020

Ryszard Opara: AMEN - Afryka starożytna, nieznana i dzika

To co obecnie dzieje się w Afryce, na Bliskim Wschodzie i Meksyku jest dowodem – porażki działań cywilizacji łacińskiej. Współczesna, masowa „wędrówka ludów –za chlebem i życiem” - jest najlepszym przykładem procesu upadku i dezintegracji ludzkości.

AMEN - Autobiografia Naukowa Ryszarda Opary. Odcinek 82

AFRYKA – Starożytna, nieznana i dzika.

Po drugiej stronie Śródziemnomorza, na południe od źródeł cywilizacji łacińskiej...  leży Afryka, nieznana, dzika. Przez ostatnie tysiąclecia kolonizacji, próbowano Afrykę zmienić, zaadoptować do współczesności. Stosowano głównie argumenty militarne; nieludzkie metody agresji i przemocy, w ostateczności... wprowadzono niewolnictwo, ale kolonizacja Afryki zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Rezultaty mówią same za siebie...mamy to co mamy; a przyszłość kontynentu rysuje się dosłownie i w przenośni w „czarnych” kolorach.


Egipt: 


Kraj wyjątkowych kontrastów i paradoksów, który koniecznie, choć raz w życiu trzeba zobaczyć. Kolebka współczesnej historii i cywilizacji. To co zbudowano tam kilka tysięcy lat temu jest dowodem dawnej świetności myśli oraz pomysłowości ludzkiej. Piramidy, świątynie, posągi, miasta; tego nie da się opisać żadnym zdjęciem. Niektórzy wprost twierdzą, że ktoś z zewnątrz - (przybysze z Kosmosu), im Egipcjanom w tym pomagał.
Po prostu pewne rzeczy do dziś wydają się niemożliwe, niewytłumaczalne konstrukcyjnie.
To trzeba zobaczyć i próbować przy okazji zrozumieć istotę życia, stworzenia, które napisała historia.

A to co obecnie dzieje się w Egipcie (jak i w sąsiednich krajach arabskich) jest najlepszym dowodem – porażki działań współczesnej cywilizacji. Współczesna, masowa „wędrówka ludów –za chlebem i życiem” - jest najlepszym tego przykładem. Procesu upadku i dezintegracji – nie da się już odwrócić. A jak to się wszystko skończy dla Europy i świata – niewiadomo. Jedno jest pewne. Nie będzie to "happy end". Wojna światowa i kolejna siłowa próba kolonizacji – jest być może jedynym rozwiązaniem...

Wielkość Egiptu zaczęła się ok. 3,500 lat temu, w czasach słynnego „twórcy królestwa” - Ramzesa II, który żył ponad 93 lata, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Panował 65 lat; wygrał wszystkie wojny; stworzył wielki Egipt, zbudował wiele pomników swojego czasu; wiele miast (Teby) i świątyń – np. Amona. Zostawił po sobie wiele śladów wielkości, a jego kamienne posągi ważyły setki ton...

Dla ciekawości podaję, że Ramzes II, bardzo też dbał o zdrowie, miał kilku osobistych lekarzy, jeden z nich codziennie czyścił organizm władcy (i uznanego żyjącego Boga) – specjalną lewatywą..., którą zresztą właśnie wtedy wynaleziono... W czasach Ramzesa II, bardzo też rozwinęły się w Egipcie medycyna, astronomia i nauki ścisłe. Oprócz tego, faraon miał kilkadziesiąt żon, konkubin a ponieważ był bardzo płodny zostawił z nimi ponad setkę dzieci.
Najważniejszym jednak osiągnięciem Ramzesa II – było przekształcenie Egiptu w największe mocarstwo ówczesnego świata. Nigdy potem, nie udało się tego powtórzyć – jego następcom.

Byłem w Egipcie kilka razy; zawsze patrząc na piramidę Cheopsa, Sfinksa, czułem się niesłychanie, nieopisanie. Tak jak czasem zdarza się w piękną, gwiaździstą noc, gdy człowiek siedzi samotnie, patrzy w bezkresne niebo wszechświata i zastanawia się nad sensem własnego istnienia.

Warto naprawdę zapoznać się z tajemnicami, które ukrywa np. piramida Cheopsa. Fakty, do dzisiaj nie wyjaśnione; dowody zbieżności z wieloma prawami naszego świata...np. odległość Ziemi od Słońca – itd.

Egipt to również Nil, który jest światem sam w sobie i ma całkiem inny świat wokoło.
Starożytni ludzie zbudowali swoje zwyczaje i tradycje w oparciu o chimery i potęgę tej rzeki.
Wycieczka statkiem po Nilu to przeżycie codzienności współżycia natury zwierząt, ludzi czasu i przemijania. Pustynie, wielbłądy, karawany są dziś tylko atrakcją dla turystów a morze, zarówno Śródziemne jak i Czerwone czy Martwe, dla mnie były stratą czasu.
Owszem jest sporo niezłych hoteli, wprost przy plażach, ale są one wszystkie szczelnie ogrodzone, jako takie oazy dobrobytu, na pustyniach brudu, smrodu i zła – nieważne, że wszystko za płotem. To widać, słychać i czuć. Czułem się tam trochę jak w więzieniu.

Kiedyś z żoną i dzieciakami wybrałem się na słynny bazar w Hurgadzie..., tak z nudów ciekawości. Towarów tam rozmaitych mnóstwo, choć wszysko „lipnej” jakości, właściwie chyba jedyną atrakcją, dla nas, mojej żony, były... powtarzające się oferty „kupna-sprzedaży” naszych 3-ch córek (wszystkie jasne blondynki), kierowane do mnie przez napotkanych Arabów. Moją odpowiedź negatywną czy wprost wyrazy oburzenia (kiedy mówiłem, że nasza najstarsza Angelika ma dopiero 8 lat), traktowano jako wprost zaproszenie do targów. Oferowano nam za córki (juz teraz, nie jak dorosną), pieniądze, stada wielbłądów. Żona myślała początkowo: to żarty ale od tej pory, kiedy dziewczynki bywały niegrzeczne, straszyliśmy je sprzedażą do Arabów; bądź wymianą na wielbłądy...

Lotnisko w Hurgadzie, to osobny rozdział, który wolałbym pominąć milczeniem, ale ku przestrodze innym, potencjalnym turystom. Trzeba uważać na bagaż i jeżeli nie da się napiwku - „bakszyszu”, można mieć swój bagaż pokłuty nożem – tak jak się zdarzyło naszym 3 walizkom... Louis Vuitton.

A przy okazji, ponieważ nasze dzieciaki były jeszcze małe, cała szóstka miała przywiązane rączki do skakanki, którą prowadziła mama i nianią; tata (czyli ja) obserwował tę rodzinną karawanę z tyłu. Zawsze, będąc już na pokładzie samolotu, jakoś „z wielką ulgą” wyjeżdżaliśmy stamtąd: z Egiptu i też innych krajów Afryki.

Zupełnie inaczej czułem się wylatując...z Australii – zawsze z żalem. Z myślami o powrocie.

Kenia:

Kraj jeden z przodujących cywilizacyjnie w Afryce, dużo większy od Polski terytorialnie oraz pod względem populacji. Zawsze chciałem tam pojechać; zwabiony myślami powieści Hemingwaya i dziecinnym wspomnieniem filmu „Śniegi Kilimandżaro”. Góra ta jest w Tanzanii na granicy z Kenią, i niewątpliwie robi z dystansu obrzymie wrażenie. Dużo lepsze niż na zdjęciach, z takim widokiem na tapecie stepów Afryki.


Chcieliśmy koniecznie obejrzeć poranek, rzucony na szaniec, niesamowitej dżungli tropiku roślin i zwierząt. Będąc w Kenii zdecydowaliśmy więc pojechać do rezerwatu przyrody - na sawanny Pakru Tsavo i lokalne „safari”. Wycieczka miała rozpocząć się wcześnie rano, ok 3.00 w nocy przed świtem, aby obejrzeć wschód słońca. Obudzono nas wszystkich, godzinę po pólnocy, no i kazano czekać w recepcji hotelu.

Było to niełatwe zadanie, ale każdy.. żądny przygód, z jękiem przekleństwa na ustach, musiał dostosować się do wymogów organizatora. Czekaliśmy kilka godzin na autokar; dopiero około 8 rano, pojawił się wreszcie kierowca i przewodnik. Obaj, ziewając szeroko, często i głęboko, przeprosili płytko uczestników wycieczki lapidarnym stwierdzeniem: „Bardzo Państwa przepraszamy..., ale obaj zaspaliśmy...” Obaj uważali, to normalka.

Jechaliśmy na to „Safari” w niesamowitym kurzu, wzbudzonym przez autokary, które były przed nami - przy okazji wzniecając tumany, ponieważ było bezwietrznie...Nie widzieliśmy ani wschodu słońca (z opisów w folderach to była główna atrakcja - rewelacja) ani też nieba i ziemi. Kierowca jechał chyba instynktownie. Kiedy wreszcie przyjechaliśmy na punkt docelowy... nie było już tam - żadnych nawet śladów i żadnych dzikich zwierząt. Tylko i wyłącznie kurz oraz pobojowisko pełne śmieci z lunchu innych turystów. Nasze safari było bezsensownie nieudane. Pieniędze wyrzucone w kurz stepów Afryki.

A kierowcy, zmęczeni...po spełnieniu swoich obowiązków...poszli sobie spać...na sjestę...
.
Następne 2 dni spędziliśmy w Nairobi, które nie zrobiło na nas też, dobrego wrażenia: bród, smród i widoczne wszędzie głód i ubóstwo. Na ulicach niebezpiecznie; doradzono nam na wszelki wypadek chodzić w grupach, najlepiej bez niczego wartościowego. Tam, mam nadzieję - już nigdy nie wrócimy. Dobrowolnie.

Potem kilka dni w buszu, blisko olbrzymiego jeziora Wiktorii. Zawsze myślałem, że wodospad o tej samej nazwie, jest gdzieś w pobliżu. Ale tak nie jest – to 2,000 km dalej na granicy Zambii i Zimbabwe. Samo jezioro jest niesamowite. Płynąc małą motorówką „pyr-pyr” gdzieś wokół małego portu Kisumu, czułem się jak Humprey Bogard z „Afrykańskiej Królowej”. Tymbardziej, że moja Dorota była w jasnej sukience i kapeluszu, jak kiedyś... Kate Hepburn.



Chciałem koniecznie zobaczyć Wodospady Wiktorii i zorganizowałem nawet wycieczkę; przelot samolotem z Nairobi do Livingstone a stamtąd helikopterem nad ten siódmy „cud świata”. Znowu, wczesnym rankiem ok 4.00, pojechaliśmy na lotnisko w Nairobi. Było gorąco, upalnie, nagrzana była płyta. Wsiedliśmy do małego, brudnego samolociku w nadziei...może jakoś przeżyjemy ten lot.


Na pokładzie, kilkunastu pasażerów, w tym samym kierunku. Minęło kilka godzin w obfitych potach i oczekiwaniu. Pytałem załogę o planowaną godzinę odlotu. 
Nic nie wiedzieli.

Trochę z nudów, trochę z braków świeżego powietrzaoraz usprawiedliwiając potrzebą natury, wyszedłem do toalety na płycie lotniska. Po drodze słyszałem głośną rozmowę, jakby kółótnię, której nie zrozumiałem i wymachiwania rąk wskazujące... na nasz samolocik. Było już widnawo i wracając na podkład zauważyłem kilku murzynów dziwnie manipulujących sterem na ogonie samolotu. Jeden z nich walił dużym młotkiem w blachę steru. Drugi trzymał pęczki zardzewiałego drutu, próbując coś mocować, do wbitych właśnie haków. Wsiadłem na pokład i powiedziałem żonie – wysiadamy. Za nami, opuścili samolot wszyscy. Została tylko załoga.

Wschód słońca już minął, nie byłem pewien ale zdawało mi się, że gdybym nie wysiadł –może już nie zobaczyłbym więcej zachodu. Taka jest Kenia – Afryka. Nieprzewidywalna i dzika.

Wyjątkiem od reguł Czarnego Kontynentu jest, a może tylko kiedyś była... Południowa Afryka.
Polecieliśmy tam kilka dni później jako kontynuację wycieczki po Afryce a przy okazji zobaczyć Wodospady Wiktorii, z drugiej, trochę bardziej cywilizowanej strony. Udało sie to nam bez problemów (o czym potem).

To nie była nasza pierwsza wizyta w South Africa. Byłem przedtem już parę razy w Cape Town, Sun City oraz na Safari w Kruger National Park. Jedyny chyba kraj w Afryce do którego kiedyś, zawsze chętnie wracałem.


Ale to było kiedyś, przed upadkiem aparthaidu. Potem byłem jeszcze tylko dwa razy: pierwszy i ostatni.


Ryszard Opara

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Promocja

Promocja

Promocja