polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Prezydent Andrzej Duda przybył z oficjalną wizytą do Chin. Potrwa do 26 czerwca. W poniedziałek w Pekinie Duda spotka się m.in. z przywódcą ChRL Xi Jinpingiem. Głównymi celami wizyty są szersze otwarcie ChRL na produkty mięsne z Polski, zwiększenie chińskich inwestycji w Polsce oraz przedstawienie polskiego spojrzenia na kluczowe zagadnienia dotyczące bezpieczeństwa. * * * AUSTRALIA: Chiński premier Li Qiang przybył w sobotę do Australii, mówiąc, że stosunki miedzy oboma państwami "wróciły na właściwe tory". Jest pierwsza od 7 lat wizyta premiera Chin w Australii. Australia ma "wyjątkową pozycję, aby połączyć Zachód ze Wschodem" i jest "ważną siłą globalizacji gospodarczej i wielobiegunowości świata", powiedział Li na lotnisku w Adelajdzie. Podczas czterodniowej wizyty Li odwiedzi również stolicę Canberrę i górniczy stan Australia Zachodnia. Australia jest największym dostawcą rudy żelaza do Chin. * * * SWIAT: Sewastopol na Krymie w Rosji stał się w niedzielę celem zmasowanego ukraińskiego ataku rakietowego. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony siły Kijowa użyły w ataku kilku amerykańskich ATACMS wyposażonych w głowice kasetowe. Większość pocisków została zestrzelona przez rosyjską obronę przeciwlotniczą, ale jeden, który również został trafiony, zboczył z kursu i eksplodował nad miastem. W zdarzeniu zginęły co najmniej cztery osoby, w tym dwoje dzieci. Ponad 120 cywilów, w tym 27 dzieci, zostało rannych. * NATO planuje utworzenie trzech dużych baz wojskowych na terytorium Polski, Rumunii i na Słowacji, aby przerzucać broń na Ukrainę - powiedział premier Węgier Viktor Orban na antenie stacji radiowej Kossuth. - Osiągnęliśmy minimalny cel, zgodziłem się z sekretarzem generalnym NATO, Węgry wysiądą z pociągu. NATO będzie miało misję wojskową na Ukrainie, ale Węgry nie wezmą w niej udziału - powiedział premier Węgier.
POLONIA INFO: Polish Film Festival Sydney 2024 - Opening Night - Palace Norton Street, 23.06, godz. 16:30

piątek, 30 września 2011

Czego życzę Bumerangowi?

Jestem stałym czytelnikiem „Bumeranga” od początku jego powstania. Powitałem go z radością jako alternatywę w polonijnym internecie. Radość ta miała co najmniej dwa powody.

Pierwszy to taki, że konkurencja jest dobra dla wszystkich. Po drugie nie moglem już czytać czasopism, które zajmują sie głównie teoriami spiskowymi i fantazjami ale na miano zaś czasopism Science- Fiction są za słabe.
Powstały równo rok temu Bumerang Polski to magazyn, który dociera do chcących  dowiedzieć się o świecie i Polonii australijskiej bez filtru uprzedzeń.
Od czasu powstania pisma przeczytałem wiele ciekawych artykułów ale ciagle brakuje mi polemiki z histerycznym (nie mylić z historycznym ) nurtem internetowej prasy polonijnej.
Jak to się dzieje, że w życiu spotykam wielu ludzi , którzy myślą racjonalnie a przeczytać w internetowej prasie polonijnej mogę tylko rzeczy niepodobne : o katastrofie, spiskach Putina z Tuskiem; odkryciach Maciarewicza?
Chciałbym aby „Bumerang” stał się tym miejscem dla tej części Polonii nie tylko australijskiej, która nie ma gdzie wyrazić swoich opinii. Piszcie do „Bumeranga”, wspierajcie go.
Jak widzę to miejsce do którego bym chciał zaglądać i wracać (Nomen-Omen : Bumerang :) ?

CHCIAŁBYM ABY WOKÓŁ „BUMERANGA” ZGROMADZILI SIĘ CI WSZYSCY, KTÓRZY:
Definiują demokracje jako process dochodzenia do consensusu a nie pozostanie raz na zawsze w okopach swoich uprzedzeń. Aby piszący w „Bumerangu” akceptowali, że konflikt jest częścią demokracji i nie ma w tym nic złego; to brak akceptacji dla innych poglądów jest niebezpieczny . Bądźmy różni i akceptujmy to u inych . Dla wielu pism polonijnych sama demokratyczna wielorakość jest trudna do zniesienia i dlatego nie szanują nikogo, kto nie podziela ich pogladów w 100%. Chciałbym aby „Bumerang” był inny, chciałbym aby „Bumerang” stał się miejscem wymiany opinii opartych na racjonalnych przesłankach, logicznych dyskusji na argumenty a nie na uprzedzeniach wg. przynależności politycznej i religijnej. Aby w „Bumerangu” pisali ci, którzy dopuszczają , że świat nie jest czarno-biały. Aby w „Bumerangu” pisali ludzie, którzy nie chcą uznać podziału Polski na dwa zwalczające się plemiona i nie chcą u władzy polityków co taki podział tworzą.

CHCIAŁBYM ABY WOKÓŁ „BUMERANGA” ZGROMADZILI SIĘ CI WSZYSCY, KTÓRYCH:
Pamięć o katastrofie smoleńskiej nie zacietrzewia i nie powoduje podziału w zależności od sposobu przeżywania żałoby. Jak każdy Polak byłem poruszony tą katastrofą i śmiercią tylu ludzi z Prezydentem RP na czele. Teraz zaczynam mieć tego dość. Jak długo można żyć tą katastrofą? Cały naród pochylił się nad bólem. Każda żałoba ma swój koniec, rodziny niech ją przeżywają wśród własnych czterech ścian a nie biegają po ulicach. Nie wykorzystujmy trumny do walki politycznej. Żyjmy pamiętając o historii, ale niech historia nie będzie naszym życiem.

CHCIAŁBYM ABY WOKÓŁ „BUMERANGA” ZGROMADZILI SIĘ CI WSZYSCY, KTÓRZY:
Uważają, że dla zdrowia psychicznego obywateli i narodu potrzeba czasem łyżki dziegciu i tych którzy mają odwagę zadawać niewygodne pytania. Jedną z cech patriotyzmu „jest wyszukiwanie rzeczy budzących wątpliwość we własnym kraju, we własnym narodzie”. Przepraszam autora cytatu, że nie zapamiętałem nazwiska.
Chciałbym aby „Bumerang” sprzeciwiał się oszołomom i ultrasom wszelkiej maści, którzy wymyślili nowy sport polski : donosy na obrażających uczucia patriotyczne badź religijne. Aby sprzeciwiał się kretyńskim działaczom partyjnym próbujących zadekretowa
Miłosz polskim poetą nie był”.
Ofiarami donosów stają się wielkie polskie pióra : Manuela Gretkowska przesłuchiwana w komisariacie jak jakiś menel spod bramy za stwierdzenie „ Polska jest zapijaczonym facetem”; Olga Tokarczuk napiętnowana za upominanie sie o miejsce dla ludzi innych niz katolicy („Proszę o miejsce dla odmieńców” ). Mickiewiczowi za „Litwo ojczyzna moja” , Gombrowiczowi , lub np Witkacemu za „Polska ojczyzną gówniarzy” się udało bo zeszli z tego świata zanim ultrasy doniosły tam gdzie trzeba.
Szukanie i wątpienie jest jedną z cech ludzi inteligentnych . Takich autorów życzę „Bumerangowi”

CHCIAŁBYM ABY WOKÓŁ „BUMERANGA” ZGROMADZILI SIĘ CI WSZYSCY, KTÓRZY:
Czują się obywatelami świata bez polskich kompleksów. „Bumerangowi” potrzeba autorów niezgadzających się na epatowanie tej durnej cechy charakteru Polaków, przez którą ciagle się czują obrażeni , oszukiwani i ośmieszani. Taki Polak czuje się dobrze tylko w nieszczęciu bo wszyscy się nad nim litują. Naród,który od pokoleń nie potrafi poradzić sobie z rzeczywistością żyje fantazjami i animozjami. To jest forma ułomności psychicznej. Niech „Bumerang” przyciągnie ludzi bez tej ułomności.
W sumie to są nieduże wymagania i tak oczywiste, że nie artykułujemy ich zostawiając wolne pole wszelkim oszołomom i nierzeczywistom teoriom. W prasie polonijnej zwłaszcza tej internetowej nierzeczywistość zmaga się z rzeczywistością. W tych starciach wygrywa na razie nierzeczywistość i niedorzeczność . Zmieńmy to „Bumerangiem”.

Zbigniew Sobota, Maroubra

czwartek, 29 września 2011

Wiosna w Górach Błękitnych

Szkolne wakacje to doskonały czas na  wycieczkę w Góry Błękitne. Szczególnie w tym okresie początku australijskiej wiosny  można tam podziwiać kwitnące drzewa.
 Leura, położona jest na zachód od Sydney, tuż przed Katoombą. Jej ulice pysznią się kolorami kwitnących drzew. Jedną z miejscowych atrakcji to  Everglades Gardens. W Katoombie królują słynne Three Sisters. Doskonałe okolice na spacery i wędrówki.

Fotoreportaż z Leury i Katoomby Jarka Ławońskiego

 

 


Katoomba. Three Sisters


środa, 28 września 2011

Dzień bez rutyny

Fajnie jest się wyrwać z rutyny codziennego życia. Człowiek ma tą tendencję do popadania w rutynę nawet jak pojedzie do dalekiego kraju. Duże firmy - dzisiaj to była Telstra, odpowiednik TP w Polsce - wydają grube pieniądze  na różnego rodzaju spektakle reklamujące swoje produkty. Wydarzenia takie mają tendencję do przeradzajnia się w dobrą wspólną zabawę. Do tego płącą. W szoł(show), w którym wczoraj wziąłem udział stawką było $27 za godzinę.

Dużo łatwiej jest pójść na takie imprezy w tym kraju, bo zawsze słonecznie i ludzie zawsze chętni do rozmów. Wczoraj o 6 rano zebrało się około 2000 osób w parku niedaleko budynku sydneyskiej opery. Mieliśmy w stylu fali brazylijskiej ściągać z siebie kolejno warstwy koszulek w układzie 7 różnych kolorów. Z morza naszych T-shirtów układało się logo firmy a helikopter wysoko nad nami to wszystko filmował.

Niedługo będzie można to zabaczyć na youtube.com i w tv, a przedsmak tego wydarzenia tu:




Można poruszać wszystkie tematy z Australijczykiem, który stoi obok. W kraju, w którym nie było wojny a gospodarka jest niesamowicie stabilna mieszkańcy znacznie łatwiej otwierają się na siebie. No i tak zeszło na temat bardzo dla mnie ciekawy. Dlaczego w kraju, który wygląda z zewnątrz na taki szczęśliwy występuje jednocześnie najwyższy wskaźnik rozwodów na świecie? Carli – która stała po mojej lewej -  zakończyła związek małżeński z trójką dzieci na karku. Właściwie standardowe zjawisko: mąż wraca z pracy, siada przed telewizorem, pije piwo i ma w nosie wszystko. Tłumaczyłem jej jak to jest w Polsce. U nas to jest raczej postrzegane jako wielki grzech i ludzie wolą żyć w piekełku rodzinnym niż pozywać kogoś o rozwód. Przez piekło na ziemi do nieba po śmierci. Australijczycy na odwrót :D, bo w piekło nie wierzą.

Paweł Waryszak


Wywiad na czasie: Radosław Markowski

Politolog, prof. Radosław Markowski znany polski publicysta, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, pracownik Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk przebywał na początku września w Sydney w ramach konferencji naukowej poświęconej mediom, demokracji i praworządności zorganizowanej przez  University of NSW.
Przy okazji pobytu w Australii prof. Markowski podzielił sie swoimi opiniami o szansach wyborczych głównych partii politycznych w nadchodzących wyborach parlamentarnych w Polsce, jak również o tym, co ma wpływ na frekfencję wyborczą. Mówił także o aktywności politycznej Polaków i na czym polega sukces Polski ostatnich 20-tu lat.

Wywiad przeprowadziła Anna Sadurska z radia SBS:


wtorek, 27 września 2011

Singapore - Miasto Lwa (3)


 Śladami Conrada
Żonka, gdziekolwiek jedziemy, jak już wspomniałem, wyszukuje „polonika”, tak więc i teraz sprawdziła czy Singapur ma jakiś związek z czymkolwiek polskim. Kliknęła na internecie hasło Singapore  i po wielu „klikach” znalazła ślady obecności Józefa Konrada Korzeniowskiego, znanego w świecie literatury jako Joseph Conrad. Dowiedziała się, że pisarz pracując dla Anglików jako marynarz,  pływał na statku w regionie Azji Południowo – Wschodniej i kilkakrotnie zawitał do Singapuru, który ówcześnie był terytorium angielskim. Singapurski „Heritage Trails” informuje, że jest nawet pomnik Conrada przy Singapore River, a inna strona internetowa podaje, że w jakimś hotelu istnieje luksusowy pokój pod nazwą „Joseph Conrad suite”. W jakim, już nie mieliśmy czasu sprawdzić. Tak więc teraz musimy zabawić się w detektywów i znaleźć obydwa ślady pobytu pisarza, ale tę gratkę zostawiamy sobie „na deser” i najpierw idziemy odetchnąć powietrzem zatoki morskiej- Marina Bay. Conrad zapewne tu przepływał, by zacumować przy nadbrzeżu. Obecna dzielnica w Marina Bay została zbudowana na osuszonej ziemi, wydartej morzu i teraz  lśnią tu w słońcu nowoczesne wieżowce.          
 Dzień jest parny, bardzo gorąco i żadnej bryzy. W naszych głowach szaleje „tropical madness”, jakby napisał Witkacy. Wychodząc z metra mijamy strumień turystów rodziny z dziećmi i młodych ludzi - a wszyscy w ten weekend bieżą do zatoki, by zwiedzić ten niesłychanie okazale wyglądający kompleks architektoniczny, a także „pobuszować” po niezliczonych sklepach z obfitością towarów z całego świata.                                                                                     
Singapur. Marina Bay
  Zaraz po wyjściu z metra widzimy przy parkanie, w tym klinicznie czystym mieście - o dziwo! - mnóstwo brudnych, starych, zardzewiałych rowerów. Zastanawiamy się czyje są, na pewno, nie turystów,  więc muszą być robotników, którzy rzeczywiście nawet w weekend - widoczni przed nami - pracują przy wznoszeniu olbrzymiego wieżowca. Przeważnie o ciemnej skórze i dla nas o nieodgadnionej narodowości. Z Indii, może Bangladeszu, ale jednak najprawdopodobniej z pobliskiej Malezji. W każdym razie do prostych prac na budowie, tak samo i do hoteli, Singapurczycy sprowadzają najemnych pracowników spoza wyspy. Idąc dalej, przy parkanie po prawej, widzimy już nie rowery a motocykle i skutery, też brudne, ale te – mamy wrażenie - należą raczej do majstrów.      
I wreszcie przed nami ukazuje się piękna, otwarta przestrzeń zatoki. Na nadbrzeżu witają nas stojące wesołe, pomarańczowe, w różnych ubrankach przyjazne lwy. 
Wizja przyszłości Marina Bay

         Marina Bay Sands w Marina Bay- to  woda, szkło, beton, metal, monumentalna, imponująca stylem i nowoczesnością architektura. To w zatoce największy, najbardziej nowoczesny kompleks architektoniczny. Na trzech –nogach – budynkach - wieżach, które są połączone z sobą, leży jako niby dach Sands Skypepark, przypominający olbrzymi statek, na którego pokładzie rosną drzewa, znajdują się restauracje i miejsca spacerowe, oraz olbrzymi, przerażający, powyżej 55- go piętra - basen. Przerażający, bo kiedy się w nim pływa, to nie widać brzegu basenu i wydaje się, że zaraz możemy spłynąć z wodą... dwieście metrów w dół. W budynkach - wieżach znajdują się olbrzymie centra handlowe i mieści się też wielgachny 55-piętrowy hotel, mający ponad 2500 pokoi i kasyno, z największą na świecie przestrzenią i ilością stołów. Podobno bije ono na głowę finansowymi obrotami Las Vegas. W kasynie płyną strumienie pieniędzy, przeważnie z kieszeni przyjeżdżających tu bogatych Chińczyków, uwielbiających hazard. My jako cudzoziemcy możemy wejść za darmo i grać 24 godziny, ale Singapurczykom pozwala się tylko na wejście, jeśli zapłacą $100 dolarów. Bardzo „opiekuńczy” rząd chyba nie chce, by Singapurczyk biedniał, lub za dużo, co chyba za trudne, wygrał. W kompleksie architektonicznym są jeszcze dwa teatry, Convention Center, muzeum, restauracje, kawiarnie, „Event Plaza” i galerie. I oczywiście, sieć butików najbardziej znanych europejskich, angielskich i amerykańskich firm jak: Dior, Armani, Hermes, Chanel, Burberry, Dunhill i Ralph Lauren, które także są obecne prawie w każdym luksusowym centrum handlowym Singapuru. Z butików widać wychodzącą elegancko ubraną młodzież, z torbami pełnymi zakupów. My tam nie wchodzimy, bo powiedzmy - skromność jest zaletą, a poza tym na pewno byśmy za długo się namyślali przy kupnie jakiegoś fatałaszka. Plan rozbudowy dzielnicy, w której będą jeszcze biura, centra biznesowe i pomieszczenia mieszkalne - bo tu ciągle jeszcze się buduje - jest wystawiony w środku pierwszego budynku - wieży, by każdy mógł podziwiać rozmach wizji przyszłości. Jestem pewien, że założyciel kolonialnego miasta Sir Stamford Raffles, kiedy tu przypłynął i zaczął sprowadzać Chińczyków do pracy nie przewidział, że „jego” centrum handlowe w tej części świata, tak doskonale będzie się rozwijać. Ale oprócz tych miejsc rozbuchanego konsumeryzmu,  jest także coś i dla ducha zwiedzających, to właśnie Art Science Museum. Mieści się ono w budynku przypominającym rozchylający się kwiat lotosu. O!- przed budynkiem można sprawdzić godzinę na roztapiającym się od słońca zegarze - rzeźbie Salvadore’a Dali. Nie, niestety nie można sprawdzić, bo artyście udało się  zatrzymać czas - godzina jest niewzruszenie wieczna!                                         
Zatrzymany czas. S.Dali
 Wchodzimy do muzeum, by zobaczyć niezwykłą, niestereotypową wystawę malarstwa Van Gogh’a. Francuski projektant wykorzystał olbrzymie ściany sal, na których rzutniki wyświetlają co chwila, w całości lub w detalu, zmieniające się dzieła malarza,. A tak pokazywane, odkrywają przed nami technikę artysty, gdzie widać każde uderzenia pędzla i niebywale skomplikowane nakładanie różnorodnych kolorów, które - gdy patrzy się na autentycznego rozmiaru płótno - łączą się jakby w jeden, niemalże jednolity kolor, który jednakże nim nie jest. To jakby uświadamia widzowi talent i mozolną pracę, jaką artysta włożył w obraz, aby uzyskać niepowtarzalny efekt. Nie brak także olbrzymich fotografii dokumentalnych, uzupełniających wiedzę o artyście. Całość wystawy, z dodatkiem dyskretnej muzyki Vivaldiego sprawia wrażenie monumentalne, bo przecież i monumentalny, i inspirujący był wkład Van Gogh’a dla współczesnego malarstwa. Nie jest możliwe, by nie przywieźć sobie multimedialnej pamiątki w postaci zdjęcia, na którym siedzę z żonką... we francuskiej kawiarence, tej z obrazu Van Gogh’a. I po tej dawce szaleńczego świata, wywodzącego się z realizmu, przychodzi kolej na poetykę snów –dzieła Salvadore Dali. Można tu fotografować do woli, więc kolekcjonuję z zapałem dzieła surrealisty. I zabawiamy się z innymi, by się odrealnić z żonką w lustrach, choć na chwilę.  
Odrealnieni w lustrach
                                                                                
W kawiarence Van Gogha
  Wreszcie przychodzi moment, w którym żonka, mój GPS („dżi - pi- es”) prowadzi mnie do Fullerton Hotel, jednego z najbardziej prestiżowych hoteli na wyspie.  Szukamy najpierw „Conrad suite”, pokoju upamiętniającego pobyt pisarza. Okazuje się, że Conrad między 1883 a 1888 rokiem był w Singapurze aż osiem razy, a w 1887 lub 1988 -ym przebywał tu około 5 – ciu miesięcy jak podają, nie bardzo precyzyjne, źródła internetowe.  I być może, mieszkając obok teraźniejszego Fullerton Hotel, w już nieistniejącym Domu Marynarza - gdzie mieszkali inni ludzie morza, czekający na zawodowe propozycje - wysłuchał historii o statku S.S. Jeddah, płynącego z Singapuru i wiozącego muzułmańskich pielgrzymów do Mekki, a fakt ten stał się inspiracją „Lorda Jima”?   Niewątpliwie, chodził do budynku dawnej poczty, która została wyburzona, a znajdowała się w miejscu, gdzie teraz właśnie stoi hotel. Front hotelu zachował fasadę już nowej, dwudziestowiecznej poczty i w środku wygląda tak, jak najlepszy hotel w takim mieście powinien wyglądać. I rzeczywiście wygląda okazale - drewno, szkło, mnóstwo dekoracyjnych elementów, wyrafinowanie, przepych, a eleganccy goście sączą drinki i piją w atrium „afternoon tea”. Nasz „syncio” pił tu podczas biznesowego spotkania podobno najlepszą herbatę, jaką można wypić w Singapurze.  My na herbatkę niestety, nie mamy czasu! We wnętrzu zieleń bambusów, kwiaty i rzeczywiście, jakoś atmosfera wydaje się tropikalno - kolonialna i pasuje tu kapelusz „panama”, i biały, lekki garnitur, plecione buty i cygaro w zębach... A my, ubrani po australijsku, w klapkach, z dreszczykiem emocji idziemy sobie do recepcji. A w niej Natasza! Piękne blond włosy, łagodny uśmiech, akcent nam znany i niesamowita uprzejmość,  i elegancja pasująca do wytwornego wnętrza. -„Niestety, nie mamy pokoju z nazwiskiem Conrada i nie mamy żadnych memorabilii”. -„Nie, to niemożliwe, on tu kiedyś podobno bywał” – nie dajemy za wygraną. – „Czy na pewno nie ma”? Natasza sprawdza.
Hotel Fulerton
Wychodzi do pokoju za recepcją, długo rozmawia przez telefon, a my czekamy jak na wyrok! Wraca uśmiechając się, my też, zadowoleni że znaleźliśmy.  - „Jest inny hotel - nazwy nie wymienia – są inne nazwiska, ale pokoju z nazwiskiem Conrada nie ma”. „Jakto?  Są inne nazwiska, a nazwiska Conrada nie ma?” - „Nie ma, natomiast jest u nas sala, w której był kiedyś był stary, „English Club” i tu przychodzili Anglicy, więc być może po odebraniu poczty Conrad tu bywał, może nawet grywał w bilard”? I zaproponowała obejrzenie wnętrza. Chętnie korzystamy z zaproszenia, chociaż to! – pomyślałem - i w mojej wyobraźni, mimo krzeseł zakrytych bielą, Conrad zaistniał. Elegancki, ubrany w kremowy garnitur, siedział w ciemnym, wytwornym fotelu, palił fajkę i z uwagą słuchał opowieści atletycznego kapitana. Może to był kapitan Whalley z „piersią okrytą brodą jak srebrnym pancerzem” z „U kresu sił”? Pomyśleliśmy, że Natasza omyliła się, bo zapewne myślała o nowym klubie, tym z 1928 roku, kiedy zbudowano hotel. No tak, ale skąd mogła wiedzieć, że Conrad już wtedy nie żył. Ale my jesteśmy przekonani, że istniał przy dawnej poczcie klub angielski, który później, też jak i poczta, został zburzony. Wyszliśmy z hotelu, prawdę mówiąc rozczarowani, bowiem nie spełniły się nasze oczekiwania. -„Ale mamy jeszcze przecież znaleźć pomnik Korzeniowskiego, no i może w innym hotelu „Conrad suite”, to musi się udać”- rozjaśniał mi rozczarowanie optymizm żonki. Więc mój „GPS” studiuje uważnie mapę i prowadzi na bulwar rzeczny, gdzie może…        może …?  Ale w alejce odkrywamy ze zdumieniem pomniki Lee Tsao Pinga, Ho Chi Minh’a, a Korzeniowskiego ani śladu! Upał dokucza, nogi ledwo niosą, ale nie rezygnujemy. -„Może po drugiej stronie rzeki”? Wysuszone gardła łyknęły wodę i dotarliśmy do mostu, by przejść na drugą stronę. Schodzimy w egzotyczną uliczkę pełną restauracji z przeszłości, a tu nagle, jak spod ziemi wyrasta mnich, którego przedtem na moście nie było i ofiaruje mnie obrazek Buddy. Akurat nie mam przy sobie żadnych monet, ale otrzymuję błogosławieństwo. A pomnika jak nie ma, tak nie ma!  Znużeni idziemy dalej ...i nagle z boku, na tle Fullerton Hotel wyrasta przed nami płyta ze stali, na której umocowana jest plakietka z brązu z wizerunkiem Conrada. JEST! A pod nią napis: “Joseph Conrad - Korzeniowski 1857-1924, Joseph Conrad – Korzeniowski a Pole by birth, British Master Mariner and great English writer who made Singapore and the whole of Southeast Asia better known to the world”. I dalej, nota biograficzna. Świetnie! Ale to jeszcze nie wszystko! Musimy znaleźć pokój Conrada, więc żonka klika na internecie... i okazuje się, że rzeczywiście istnieje! W okazałym architektonicznie Raflles Hotel, którego strona internetowa utrzymuje, że Conrad był jednym z pierwszych gości . I tu, znajdują są memorabilia i autograf pisarza. (patrz: Joseph Conrad suite  )
Odnaleziony wreszcie „Joseph Conrad suite” znajduje się w świetnym towarzystwie, między pokojami Avy Gardner, Charlie Chaplin’a, Kiplinga, Malraux, John’a Wayne, Michener’a i innymi sześcioma wybitnymi, światowymi nazwiskami. Oprócz „poloników” związanych z Korzeniowskim w Ogrodzie Botanicznym można także znaleźć  pomnik Chopina, a przy Queens Street  przed katedrą - Jana Pawła II-go.      
Pomnik Conrada
                                                                                   
 Szczęśliwi, nagradzając siebie za wytrwałość w poszukiwaniach - „szukaj a znajdziesz” - idziemy na piwo. Patrząc na fale rozmawiamy o czasach Conrada, jednego z największych pisarzy morza… i powoli znikają wieżowce, a w zatoce wyobraźni pojawiają się małe łódki tubylców z towarami, holowniki, widać zacumowane i odpływające statki, wysuszone przez opium ciała Chińczyków, wyładowujących towary i zatroskanych kupców liczących straty lub zyski, półnagich Malajów myjących pokłady, sprawdzających maszty i żagle, przygotowując stare, zużyte już burzami i morzem statki do następnego rejsu tak, by mogły przeżyć śmiertelne pułapki morskiego żywiołu… Pojawili się też na nadbrzeżu agenci ubezpieczeniowi, sprawdzają czy jeszcze mogą ubezpieczyć znękany czasem i podróżami stary żaglowiec, z którego zeszła już farba, a maszty zostały nadwyrężone tajfunem…- „Czy może następne piwo?”-  delikatnie spytała drobna i wdzięczna Chinka, z innej już rzeczywistości,. -„Jeszcze raz Tiger”, poprosimy”.                                                                          
Słońce skłaniało się ku zachodowi, kładąc swą czerwień na wody zatoki.
„Życie jest nagromadzeniem doświadczeń”- Shaolin
Tekst i zdjęcia:
Więcej zdjęć: andrzejsiedlecki.pl