polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Raport NIK oceniający organizowane przez PiS wybory kopertowe okazał się ogromnym ciosem dla Mateusza Morawieckiego. Prezez NIK Marian Banaś jasno stwierdził, że szef rządu złamał prawo. W obozie PiS zapanował chaos, a premierowi grozi Trybunał Stanu. Z przeprowadzonego śledztwa wynika, że kopertowe wybory widmo zostały zorganizowane bezprawnie. * * * AUSTRALIA: Wojna na słowa toczy się między grupami branży turystycznej a rządem federalnym w sprawie ponownego otwarcia międzynarodowej granicy Australii. Prognozuje się, że międzynarodowe zamknięcie granic będzie kosztować Australię co najmniej 17 miliardów dolarów z powodu nieudanego programu szczepień. Koszt dla gospodarki poniesiony przez izolację Australii od reszty świata, według nowego modelu przeprowadzonego przez McKell Institute, wynosi 203 milionów dolarów dziennie. * * * SWIAT: Konflikt na Bliskim Wschodzie przybiera na sile, a liczba ofiar stale rośnie. Po poniedziałkowym ostrzale rakietowym we wtorek siły izraelskie odpowiedziały nalotami na pozycje Hamasu. Ponad 1000 rakiet zostało wystrzelonych od poniedziałku ze Strefy Gazy w kierunku Izraela, z czego 850 przechwyciła tarcza antyrakietowa lub spadło na Izrael, a 200 spadło po stronie palestyńskiej.
POLONIA INFO: „Barwy z palety naszego życia”: Występ Kabaretu Vis-a-Vis - Sala JP2 przy Kościele Polskim w Marayong, 13.06, godz. 13:30 * * * Teatr Prób Miniatura: Program słowno-muzyczny pt. „Grunt to rodzinka” - Klub Polski Syrena w Rowville, 16.05, godz. 18:00.

wtorek, 20 września 2011

Polskie Boże Narodzenie na Darling Harbour - 4 grudnia



Z radością informujemy, że
 POLSKIE BOŻE NARODZENIE NA DARLING HARBOUR
 odbędzie się tak jak zawsze w pierwszą niedzielę grudnia.

W bieżącym roku ten wspaniały polski piknik połączony z atrakcjami artystycznymi zorganizowany będzie w niedzielę, 4 grudnia – znowu w samym sercu Sydney, jakim niewątpliwie jest Darling Harbour.

We wszystkich polskojęzycznych środkach masowego przekazu zamieszczane będą na bieżąco dokładne informacje.
Osoby zainteresowane czynnym włączeniem się do organizowanej imprezy (czy to w formie artystycznej, kulinarnej, edukacyjnej czy gospodarczej) proszone są o skontaktowanie się z jedną z niżej podanych osób:

Bogusława Mokrzycka: [email protected] (informacje ogólne)
Dariusz Paczyński: da[email protected] (program artystyczny)
Wiesław Paździor: tel. (02) 9644 9280 (stoiska i sprawy gospodarcze)

Z upoważnienia Społecznego Komitetu Organizacyjnego
Marianna Łacek

Singapore - Miasto Lwa i religijnej tolerancji (2)

Budda Tooth R. Temple

  Budda Tooth Relic Temple, to największa i najbardziej reprezentacyjna świątynia w Singapurze i nie można jej ominąć. Tu znajduje się ząb Buddy - najważniejsza relikwia pośród wielu innych.
Możemy wejść do świątyni, mimo trwającego rytuału. Wchodzący zapalają trociczki. Już od wejścia słyszymy przez głośniki monotonny śpiew mnichów. Ogarnia nas skomplikowany bukiet zapachu. Wśród tłumu wiernych i turystów mijamy złoconą figurę dużego Buddy za szkłem. Podążamy za nasilającym się śpiewem i wchodzimy do sali z dużym ołtarzem oprawionym w czerwień laki, w centrum także złota figura  Buddy         w pełnym świetle. Wierni klęcza na dywanie i modlą się. Śpiew mnichów nasila się. Wchodzimy  teraz do olbrzymiej sali i widzimy siedzących mnichów śpiewających mantry a także stojących wiernych, uczestniczących w rytuale. Nagle z boku wyłaniają się kobiety w czarnych sukniach, kontrastujących z kesą, szatą wyzwolenia, żółto - pomarańczowym strojem mnichów. Kobiety przechodzą do środka świątyni, kłaniają się przed ołtarzem i odchodzą, a cały obrzęd odbywa się przy akompaniamencie wysokich tonów sylabicznych mantr. Mimo przechodzących turystów i wrażeniu jakiegoś zamieszania, śpiewów i oddawania hołdu Buddzie przez kobiety, odczuwa się potęgę powagi i siłę, płynących z głośników - jakby trochę za głośno - mantr…Idziemy na wyższe piętro. 
Tu, w muzeum poświęconemu Buddzie, aż roi się od zębów Przebudzonego - wykonanych ze złota lub innych kolorowych materiałów,  nie brak także malutkich szczątków serca, oczu, palców, paznokci i nawet mózgu! Zdziwieni jesteśmy, że aż tak dużo świętych relikwii! Fotografować ich nie wolno. Dowiadujemy się, że ofiarowanie złota i sakralnych przedmiotów w złocie jest okazaniem największego respektu i wiary w Buddę. Poza tym złoto i złocenia na pewno wzbudzają u wiernych jeszcze większe wrażenie niezwykłości i prestiżu mędrca z Lumbini, miasteczka w dzisiejszym Nepalu. Złoto dla Chińczyków znaczy pomyślność i szczęście, stąd wszędzie jego obecność i umiłowanie.
Na wyższym piętrze świątyni… szok dla nieprzyzwyczajonych do złota oczu! W dużym wnętrzu, z sufitu zwieszają się złocone lampy z karteczkami donatorów, ze ściany patrzy na nas tysiące, mieniących się złotem posążków Buddy ofiarowanych przez wyznawców, a w środku sali za szybą ołtarz, znów cały w złotym kolorze i tam właśnie znajduje się ząb Buddy. I niesamowicie skoncentrowany mnich, którego modlitwa jest już tak intymna na tle subtelnych dźwięków powtarzających się mantr, że całość sprawia wrażenie niebiańskiego spokoju, którego nie odczuwało się w dolnej sali. Na twarzach wiernych odbija się niesamowite skupienie - odnoszę wrażenie dużej religijności i pokory!
SriMariammanTemple.
Natomiast w Sri Mariamman Temple, najstarszej hinduskiej świątyni poświęconej bogini matce - Mariamman - nie ma już tak bogobojnej atmosfery. Przed świątynią mnóstwo szafek, a w nich setki butów. Także na chodniku. Zdejmujemy nasze i wchodzimy do wnętrza. Mnóstwo ludzi spacerujących w różnych kierunkach z ciekawością oglądających, co dzieje się przed ołtarzem. Opłacamy za pozwolenie robienia zdjęć i kręcenie na video, które kosztuje nieco więcej. Wysokotonalna muzyka, grana przez siedzących na podłodze muzyków świdruje w uszach. Na ołtarzu, w centrum świątyni stoi duży posąg Mariamman, a przed nią kapłan wylewający, co jakiś czas, wodę z dzbana na niższy posążek, stojący u nóg bogini - matki. Cała świątynia w kolorach, z dominującym niebieskim, żółtym i karminowym. Nie odczuwa się tu jednak tak intymnego nastroju jak w buddyjskiej świątyni, ale to pewnie i dlatego, że przestrzeń jest bardziej otwarta, bo obok znajduje się podwórzec oraz zabudowania świątynne, do których z nawy głównej można dojść i z lewej, i prawej strony, więc ludzie swobodnie spacerują we wszystkich kierunkach.
Abdul Gaffor Mosque
Zwiedzamy też Abdul Gaffor Mosque, świątynię muzułmańską i już na podwórzu zakładamy gościnne obuwie. To już inna architektura, dekoracyjnie mniej skomplikowana w porównaniu do hinduskiej świątyni. Na schodach siedzi dwóch rozmawiających wiernych, a w środku widzimy kilka modlących się osób. Wrażenie senności i spokoju, a na zewnątrz lejący się z nieba żar. Mimo, że buddyzm, taoizm, hinduizm są dominującymi religiami, dla chrześcijan i wyznawców judaizmu jest także miejsce. Zaciekawieni jakie formy architektoniczne ma tutaj kościół i najstarsza synagoga, idziemy do hinduskiej dzielnicy, w której - o dziwo - znajduje się kościół, tak jak w chińskiej - o dziwo - Sri Mariamman Temple, i wiernym obydwu religii zapewne to nie przeszkadza. Budynek jest bardzo skromny,  a do wnętrza, niestety już nie mamy czasu zajrzeć, bo w planie jeszcze synagoga Maghai Abot. Łapiemy taksówkę, szofer przerażony nie chce tam stać, nie rozumiemy dlaczego, szybko więc robię zdjęcie a później dowiaduję się, że nie można budynku fotografować. Ale stało się. Możemy porównać synagogi: Tempel w Krakowie, lub nawet tę skromną w Kazimierzu nad Wisłą, i nasze wydają się architektonicznie jakoś ciekawsze od tej, kolonialnej. Nie wszystkie świątynie udało się zobaczyć, a jest ich wiele, ale ogólne wrażenie, jakie wynieśliśmy - także po rozmowach z mieszkańcami - jest oczywiste - żadna religia rządowi tu nie przeszkadza...I wszyscy żyją podobno bez konfliktów w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie nienawiść podsycana przez manipulatorów i polityków wznieca niepokoje społeczne, a w najgorszym wypadku, zbiera obfite żniwa ofiar. Już nie wspomnę o tych, co robią biznes na wojenkach. Ludzie, niezależnie od wiary nie potrzebują konfliktów, chcą normalnie żyć, pracować i wychowywać dzieci, a - konflikty są motywowane politycznie lub ekonomicznie - twierdzi żonka.
 Sri Muthalaraja.Sri Mariamman Temple
Jeśli rzeczywiście, na wysepce dobrobytu nie ma konfliktów, to warto zastanowić się - dlaczego? Czy to tylko sprawa tolerancji, zrozumienia i akceptacji „innego”, - na co oczywiście potrzebny jest wysiłek i dobra wola - i pozbycia się strachu przed „innym”? Czy też nie ma konfliktu, bo żyje się w totalnej odrębności w jednej grupie i zamyka się w getcie wiary? Czy też, dlatego że istnieje brak zainteresowania „innymi”, więc uniknięcie konfliktu jest łatwiejsze? Albo, czy to znaczy że jeśli społeczeństwo jest bogate i wszyscy mają co jeść, to dlatego ludzie żyją w harmonii i zadowoleniu?
Można też sobie zadać pytanie, jaka w tym jest regulująca rola rządu? Czy załóżmy, pozwoliłby na demokratyczne demonstracje jakiejś niezadowolonej grupie religijnej? Raczej jest to niewyobrażalne w kraju, gdzie trzy osoby to już zgromadzenie, a gromadzić się nie można i obywatel może być ukarany za rzucenie papierka na ulicy. Czy więc ścisła państwowa struktura pomaga w utrzymaniu tolerancji, dyscyplinując i kontrolując obywateli, jednocześnie nie pozwalając na krytykę rządzących, - „bo przecież o rządzie nie można mówić źle” - mówi singapurska koleżanka żony?  Tomek jest zdziwiony, gdy zamawia jakieś danie z KFC i musi podać datę urodzenia, a żonka wchodząc do biura swojej firmy pokazać paszport, który zostanie zeskanowany. A do mnie, czekającego przed budynkiem na żonkę i robiącego zdjęcia, podchodzi nagle człowiek w cywilu - który długo stał przedtem przed budynkiem i palił papierosy - podaje rękę na przywitanie i pyta, co robię i skąd jestem. Czekam na żonkę, a jestem z Polski i Australii…” - po „z Polski” - zaniemówił na chwilę, ale po - „i Australii” - życzył mi przyjemnego pobytu. Czy to kontrola, czy przypadek? Może zbieg okoliczności, ale koleżanka żonki stwierdziła, że zapewne był to policjant w cywilu. Więc, jeśli tak, to wszystko się wie, co ktoś je, kto jaką firmę odwiedza i nawet - ba! - kto przed rządowym czy firmowym budynkiem stoi. Tak, tak! A w metrze na monitorach wyświetla się filmy informujące, co trzeba zrobić i jak działać, gdy zobaczy się coś albo kogoś podejrzanego! Bo zawsze może się coś zdarzyć! I my w strachu, czy ktoś obok nas czegoś nam nie zmajstruje, czy coś się nie wydarzy …
Synagoga MaghaiAbot
Ale nie martwimy się, bo od tego chroni nas policja i w cywilu, i w mundurze, i w metrze, sprawdzając podejrzanym dokumenty, a także spacerując po ulicy. Możesz być najedzony, elegancko ubrany, ale uważaj! Wróg czyha! Wszystko wydaje się bardzo kontrolowane i regulowane, a to dla utrzymania porządku.
Przybysz z indywidualistycznego Zachodu może uważać, że w kraju gdzie żyje około 5 - ciu milionów mieszkańców i jest najwięcej egzekucji per capita, gdzie jeszcze istnieje zwyczaj bicia trzciną za poważne wykroczenia - prawa jednostki są niewystarczająco szanowane. Ale wspomnę, że w USA i Anglii, krajach walczących o prawa człowieka, kara ta istniała jeszcze do 1980 roku! Człowiek Zachodu może też zapytać - czy ludzie są zadowoleni z sytuacji, że istnieje cenzura internetu w stu przypadkach, że wszystkie lokalne gazety są pod kontrolą, że szczególnie nie wolno rozprzestrzeniać treści nieodpowiednich politycznie, rasowo i religijnie, nie mówiąc już o pornografii. Rząd jednak uważa, że nieodpowiedzialna wolność słowa może zakłócić spokój między różnymi grupami i zniweczyć równowagę delikatnej materii społecznej, której utrzymanie bez konfliktów  jest celem rządzących. Może jeszcze pytać, czy to jest właściwe, że rząd pełni rolę stabilizatora społecznego i posiada dominującą rolę w ekonomii kraju, który na świecie podobno najbardziej sprzyja biznesowi, mając życzliwy system podatkowy? I wreszcie zapytać, czy w ogóle Singapurczycy są szczęśliwi?
Niestety, nie mogę odpowiedzieć na wiele pytań, natomiast bardzo pragmatyczni Singapurczycy mogą. I tak oto moja znajoma Singapurka, Tina z Uniwersytetu mówi: - „Dla nas najważniejsza jest rodzina i wszystko, co z nią związane, a więc edukacja dla dzieci, dobre jedzenie i wygodne życie najbardziej się liczą, i to właśnie rząd, któremu ufamy nam zapewnia. Wobec tego rozumiemy, że ma serce i nie istnieje dla siebie a dla ludzi, i akceptujemy rządowe poczynania. Kilka lat temu premier jeszcze raz nam przypomniał o pięciu podstawowych zasadach - zobowiązaniach Konfucjusza, że: syn powinien szanować i słuchać ojca, obywatel szanować i podporządkować się władcy, żona mężowi, młodszy brat starszemu bratu, a przyjaciel przyjacielowi, więc każda osoba ma jakieś zobowiązania wobec drugiej i tego przestrzegamy. A dyscyplina i wysiłek są potrzebne, by strzec tych wartości, dzięki którym społeczność może efektywnie funkcjonować”. Wydaje się, że mieszkańcy dość skutecznie bronią się przed moralnym relatywizmem, penetrującym inne kraje i odbierającym ludziom tradycyjne wartości.
Ceremonia w Sri Mariamman Temple
Niemniej pod powierzchnią konformizmu Singapurczycy są zaniepokojeni tym, - że ta sama partia rządzi ponad 40-ści lat, co może jednak sprzyjać korupcji i nepotyzmowi… a mimo rozwoju budownictwa, niepokój wzbudzają najemni pracownicy, bowiem w okolicach, gdzie przebywają notuje się częste kradzieże. I do przepełnionych mieszkań sprowadzają sobie jeszcze „dziewczynki”- dodaje z oburzeniem Tina.
Oczywiście, można mieć różną opinię na temat systemu, szczególnie nie będąc wyznawcą konfucjanizmu, ale dla Singapuru, posiadającego najważniejszy port kontenerowy świata – przetrwanie, życie w harmonii,  dobrobyt mieszkańców  i nastawienie na osiagnięcia ekonomiczne są najważniejszymi celami rządu. - „I dlatego akceptujemy i zgadzamy się na braki demokracji w pojęciu zachodnim. Żeby przeżyć, wśród otaczających nas dużych państw potrzebna jest dyscyplina, by wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku” – mówi z przekonaniem Tina.
I ludzie na wszystko się zgadzają…robią zakupy i konsumują. Ja zakupów nie robię, bo portfel nie singapurski, ale konsumuję - niestety, chyba najmniej smaczne „noodles” jakie jadłem w życiu - choć przyznam, że jarzynki sobie sam wybrałem…

„Życie jest nagromadzeniem doświadczeń”- Shaolin

Tekst i zdjęcia:
Andrzej Siedlecki

poniedziałek, 19 września 2011

Nowa opcja płci w australijskich paszportach

Australia inauguruje oficjalnie pojęcie nowej płci.  Rząd  Julii Gilard ogłosił w czwartek, że pozycja "płeć" w paszportach  będzie teraz miała trzy opcje: męska, żeńska i nieokreślona.  Jeśli ktoś nie czuje się ani mężczyzną ani kobietą będzie miał nową opcję zgodną z własnymi preferencjami. Zamiast "M" (male - płeć męska) i "F" (female - żeńska), będzie mógł wybrać "X", czyli płeć nieokreśloną.
Do tej pory opcji "płeć nieokreślona" nie było, zaś zmienić płeć w dokumentach można było wyłącznie po operacji chirurgicznej. Teraz wystarczy tylko zaświadczenie lekarskie, w którym potwierdza się, że dana osoba nie identyfikuje się z płcią wpisaną w jego akcie urodzenia. Aby otrzymać nowy paszport z określeniem płci „X” nie trzeba  zmieniać nawet aktu urodzenia.
- Taka możliwość wyboru jest ważna, ponieważ wśród nas są osoby genetycznie dwuznaczne płciowo, które po narodzinach zakwalifikowano według jedynie dopuszczalnych standardów: dziewczynka lub chłopiec - mówi lesbijska senator Luiza Pratt - To ogromne osiągnięcie w zakresie praw człowieka. Jeśli ktoś czuje się bezpłciowy, teraz może to mieć w dokumentach - dodaje.
Senator  Pratt jest drugą w historii lesbijką w australijskim parlamencie, która otwarcie mówi o swojej orientacji seksualnej i pierwszą, która ma partnera po operacji zmiany płci. Partner życiowy senator Pratt zmienił płeć z kobiecej na męską.
Nowe przepisy australijskie mają uderzyć w dyskryminację osób, które zmieniły płeć, lub mają ją nieokreśloną (np. hermafrodyci).
- Było bardzo wiele przypadków osób zatrzymywanych na lotniskach za granicą tylko dlatego, że ich płeć określona w paszporcie nie oddawała rzeczywistości - powiedziała  senator Pratt.
Brytyjski Dziennik  The Guardian szacuje, że ok. 4% populacji jest interseksualna, ale większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, ponieważ ich anomalie chromosomowe są niewielkie.
Wcześniej w tym roku w graniczącym z Indiami Bangladeszu tamtejsza społeczność Hijra wywalczyła możliwość podania w paszporcie „innej” płci. Od 2005 r. była ona oznaczana literą „E”, co stanowi skrót od wyrazu „eunuch”.
PAP/GW/kb

Wybory 2011: Internetowe zgłaszanie się do spisu wyborców

Konsul Generalny RP w Sydney informuje, że została uruchomiona specjalna aplikacja internetowa pozwalająca na samodzielne dokonanie zgłoszenia do spisu wyborców. Jest ona dostępna pod adresem:
 

Przypominamy,  że po raz pierwszy w polskich wyborach parlamentarnych będzie można głosować korespondencyjnie. Jest to bardzo dogodne dla wszystkich Polaków uprawnionych do głosowania, mieszkających w Australii. Zgłoszenia do spisu wyborców należy składać najpóźniej do 26 września w przypadku głosowania korespondencyjnego oraz do  6 października w przypadku głosowania osobistego.

Więcej szczegółów w naszej poprzedniej informacji:  Wybory do Sejmu i Senatu RP  

Wszelkie pytania dotyczące wyborów, prosimy kierować  na adres: [email protected].

niedziela, 18 września 2011

„Natura zawsze była moją inspiracją” – rozmowa z Renatą Buziak


Renata Buziak i Jan Baker-Finch. Fot. K.Bajkowski
W Brisbane od dziewięciu lat mieszka polska artystka fotografik, Renata Buziak, która w swej twórczości ma niezwykłych pomocników. Są nimi mikroby czyli mikroorganizmy. W wyniku tej współpracy powstają zadziwiające wzory godnie konkurujące z klasycznymi obrazami abstrakcjonizmu.
Renata Buziak urodziła się w w Janowie Lubelskim.  W 1991 roku mając 18 lat osiedliła się w Australii. W 2006 roku uzyskała dyplom Bachelor of Photography with Honours w Queensland College of Art na Griffith University, gdzie również rozpoczęła studia doktoranckie. Artystka zdobyła szereg nagród m.in. Thiess Art Prize 2005 i Royal Brisbane Women Hospital Art Awards.  Dostała też tytuł the artist-in-residence w Brisbane Botanic Gardens Mt. Coot-tha. Swoje prace wystawiała w Australii i za granicą.

Jak już pisaliśmy, we wtorek 30 sierpnia,  w polskim konsulacie w Sydney odbyło się artystyczne spotkanie z Renatą Buziak. Z artystką rozmawiał Krzysztof Bajkowski.

Jaka jest obecnie rola fotografa profesjonalnego , skoro każdy mając telefon komórkowy w ręku może  zrobić zdjęcie w dowolnym momencie?
- To prawda. Każdy może byc fotografem w dzisiejszych czasach, jakkolwiek specyficzne prace czy projekty są nadal robione przez profesjonalnych fotografów, niezależnie czy to chodzi o fotografię artystyczną, komercjalną czy dokumentalną. Jednocześnie jest to bardzo fajne, że jest takie pożądanie robienia zdjęć o każdej porze dnia i nocy. Dlatego mamy na internecie tyle zdjęć pokazujących różne sfery życia, których dotychczas nie widzieliśmy. Dzięki temu świat się zrobił jeszcze mniejszy i wszyscy przez to stają się  bardziej blizcy sobie, niezależnie gdzie mieszkają. To jest bardzo pozytywne. Oczywiście profesjonalni fotografowie mają tu swoją rolę niekwestionowaną.

Od kiedy zajmuje się Pani fotografią artystyczną?
-Fotografią artystyczną zajmuję się  mniej więcej od 2002 roku, odkąd zaczęłam studia w Queensland College of Art.

Kiedy w ogóle zaczęła Pani interesować się fotografowaniem?
- Jak miałam 10 lat czyli w 1983 roku.

Pierwsze zdjęcia...
-Zdjęcia rodzinne, ogródek, okolica Janowa wszystko bardzo tanimi aparatami…

Łączy Pani fotografię z procesami biochemicznymi. W jaki sposób narodził się taki pomysł?
- Natura zawsze była moją inspiracją  a biochromy narodziły się gdy zaczęłam robić fotografie roślin w formacie makro a jednocześnie uczyłam się jak konserwować negatywy. Wówczas chciałam zrobić coś odwrotnego niż to co powinnyśmy robić zwykle ze zdjęciami czy filmami. Zaczęłam eksperymentować, łączyć emulsję kliszy fotograficznych z gnijącymi roślinami i poddawałam procesom, które wykonywały bakterie. Szłam po prostu w inną stronę niż mówią wszystkie regułki profesjonalnej fotografii.

Skąd czerpie Pani materiały do tworzenia obrazów, które nazywa Pani biochromami?
-Zależy to od projektu. Na poczatku używałam materiału ze swojego ogrodu. Pózniej inspiracją był kosmos i zdjęcia satelitarne, a jeszcze później wspomnienia z moich rodzinnych stron, z Janowa Lubelskiego.

Używa Pani swoich starych zdjęć rodzinnych jako podkładów do tworzenia biochromów?

- W większości to są moje wspomnienia. Oczywiście zdjęcia są te, które przypominają mi różne miejsce i wydarzenia z młodości a także te zrobine w 2005 roku gdy odwiedziłam Polskę. Ale tak naprawdę to są wspomnienia z dziecięcych lat.

Na czym polega połączenie biochemii z emulsją  fotograficzną?
- Rośliny w trakcie gnicia , rozkładu na materiale fotograficznym łączą sie z emulsją i tak powstaje dzieło. Mikroorganizmy są częścią pracy twórczej i wspólpracują ze mną, czy raczej ja z nimi.

Jak zmienia się klisza po zakończeniu procesu biochemicznego? Ile zostaje nietkniętego przez mikroby oryginału?
- Z oryginału (jeśli w ogole używam zdjęcia) nie wiele zostaje. Prawie wszystko ulega destrukcji. Podczas rozkładu organicznego bakterie wchodzą w kolejne warstwy emulsji fotograficznej i zmieniają zupełnie wygląd oryginału. I czasem w ogóle nie można rozpoznać co było sfotografowane. Powstają za to niezwykłe abstrakcyjne wzory.

Na spotkaniu z Panią w polskim konsulacie w Sydney, na którym można było zobaczyć fragment Pani wspaniałej kolekcji biochromów, sprzedawana była również książka –album Pani autorstwa pt. Afterimage. O czym jest ta książka?
- Książka bazowana jest na podstawie wspomnień z dzieciństwa. Stanowi kolekcję obrazów, które pamiętam z okolic Janowa Lubelskiego. Przedmowę napisał Lyle Rexer, niezależny badacz i krytyk z Nowego Jorku, a pisarka Dr Victoria Garnons-Williams napisała o cyklu Afterimage  i o całym procesie mojej pracy artystycznej od 2004 do 2009 roku.

W czasie spotkania w konsulkacie  ilustracją Pani fascynującej opowieści i niejako uzupełnieniem był niezwykły taniec eurytmiczny nowozelandzkiej tancerki i pani przyjaciółki Jan Baker-Finch.
- Tak, to było niezwykłe. Dla mnie fascynującym jest to, że możemy połączyć muzykę, taniec i obrazy razem w tak organiczny sposob. Te trzy różne dziedziny uzupełniają się wspaniale. Uzyskuje się nowe doświadczenie i przeżycie, niemalże mistyczne. Miałam to szczęście poznać świetnych artystów: eurytmistkę Jan Baker-Finch i muzyka Nikolasa Ng’a, który jest mistrzem gry na chińskim instrumencie smyczkowym zwanym erhu
i myślę, że osiągnęliśmy razem wyjątkowy efekt. Są plany by wspólpracować  razem w przyszłości.

Czy to co zobaczyliśmy w Sydney było pierwszym przedstawieniem w ramach  Pani prezentacji biochromów?
- Pierwsze, podobne wykonanie było w Queensland Conservatorium  w Brisbane w maju tego roku. Stanowiło jedna z trzech części projektu ‘Three Corners of the CON’. Film z projektu będzie pokazny na wystawach w Polsce we Wrocławiu , w Akademii Sztuk Pięknych w listopadzie, a w marcu przyszłego roku w Łódzkiej Szkole Filmowej, Zorganizowane to będzie  przez Griffith University z inicjatywy Jacka Rybinskiego, artysty mieszkającego w Brisbane.

Pani książka to jak widzę wspaniały kolorowy album, świetny kąsek dla smakoszy abstrakcjonizmu. Gdzie można kupić tę książkę?
- Można skontaktować sie ze mną wchodząc na stronę http://www.renata-buziak.com/  . Mogę każdemu zainteresowanemu wysłać kopię pocztą. Również można kupić w Queensland Center for Photography http://www.qcp.org.au/, Australia Centre for Photography, niektorych galeriach i księgarniach , np. W Sydney: Art Gallery of NSW, Berkelouw Books, Gleebooks, w Brisbane w FOLIO Books, Coaldrake’s Bookshop, The Redcliffe City Art Gallery, a w  Melbourne w Embiggen Books.


 Warto dodać, że książka jest dwujęzyczna.
- Tak , jest napisana zarówno po polsku jak i angielsku z tłumaczeniem Małgorzaty Sady.

Jaki ma Pani następny pomysł artystyczny na przyszłość?
- Teraz chcę sie zająć pracami z roślinami mającymi właściwości lecznicze. Jestem bardzo ciekawa nowych efektów  biochromicznych.

Ja również. Dziekuję za rozmowę i gratuluję tej  niezwykłej twórczości artystycznej.

Rozmawiał Krzysztof Bajkowski

Jan Baker-Finch podczas występu w konsulacie RP w Sydney. Fot. K.Bajkowski
Więcej zdjęć: Biochromy Renaty Buziak

Promocja

Promocja

Promocja