polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Senat przyjął w piątek uchwałę ustanawiającą rok 2020 Rokiem Ojca Józefa Marii Bocheńskiego, by - jak napisano - "w 25. rocznicę śmierci oddać hołd temu wybitnemu naukowcowi, kapłanowi i patriocie". * * * AUSTRALIA: Australijskie gazety - zarówno ogólnokrajowe, jak i regionalne - w swoich poniedziałkowych wydaniach zaciemniły tekst na pierwszej stronie, opatrując go czerwoną pieczęcią z napisem "tajne". Jest to wspólny protest przeciwko ograniczaniu wolności mediów. Australijskie media domagają się, by surowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego nie obejmowały dziennikarzy; argumentują, że utrudniają one pracę dziennikarską i tworzą "kulturę tajności" wokół działań rządu. * * * SWIAT: 525 tysięcy ludzi – według policji – wzięło przedwczoraj udział w barcelońskiej manifestacji przeciw skazaniu na długie kary więzienia grupy katalońskich polityków, którzy dwa lata temu doprowadzili do proklamowania niepodległości prowincji. Manifestacja separatystów przekształciła się wieczorem w bezprecedensowe rozruchy, które objęły wiele dzielnic Barcelony. Hiszpańska prawica domaga się wprowadzenia stanu wyjątkowego w Katalonii.
EVENTS INFO: Polish Film Festival (Sydney) - Palace Cinema Norton Street w Leichhardt, 26.10 - 9.11

niedziela, 11 sierpnia 2019

Ryszard Opara: AMEN. Powrót do Sydney

Sydney Harbour. Fot. R.Haywood (Wikimedia commons)
I trust in God, the rest I check” (wierzę w Boga – resztę sprawdzam).

AMEN – Autobiografia Naukowa Ryszarda Opary Odcinek  24

Powrót do Sydney


Samotność, rutyna i monotonia dnia codziennego, które zawsze są takie same; niczym nie różniąc się od świąt, najczęściej są powodem poszukiwania zmian.
Pewnego dnia, doszedłem do wniosku, że przecież nie mogę reszty życia spędzać w Broken Hill. Znałem już większość ludzi i niemal każdy dom w mieście... Moja żona, robiła doktorat (PhD) z socjologii i... nie bardzo chciała osiedlić się gdzieś daleko, poza Sydney.
Postanowiłem, więc wrócić - poszukać pracy tam.


 Szybko znalazłem zajęcie i następny rok, pracowałem już jako Resident Medical Officer (RMO)- na rotacji i dyżurach w różnych szpitalach w Sydney. (Westmead, Prince Of Wales, Parramatta Bankstown). Taka znowu rutynowa praca na Izbie Przyjęć (Accident & Emergency Department). Zarobki dużo mniejsze, mniej dyżurów; koszty dużo większe: tzn. wynajem mieszkania, żywność, dojazdy - i w ogóle, ceny życia w metropolii, dość znacznie przewyższały codzienne wydatki - w Broken Hill.


 Jednak praca lekarza na Izbie Przyjęć, a potem już we własnej, prywatnej klinice miała pewne niespodziewane aspekty dodatkowe. W Sydney było wielu emigrantów, (różnych narodowości) wielu też Polaków – oczywiście nie wszyscy mówili po angielsku.

Wtedy znałem dobrze rosyjski, mówiłem trochę po niemiecku, francusku. W rezultacie wszystkich pacjentów ze słabą znajomością angielskiego, którzy przychodzili na dyżury IP,
niemal rutynowo wysyłano do mnie. Polacy przychodzili głównie z powodów praktycznych - jak również wiele osób z miejscowej „starej” Polonii. Miało to swoje dobre i złe strony.

W ten sposób zdobywałem rynek, stawałem się nawet w "pewnym sensie" znany, popularny.

 Ponieważ pracowałem również w szpitalu, blisko portu Sydney, zaczeli mnie odwiedzać czasem również marynarze z polskich statków, które przypływały do Australii z różnymi towarami. Prócz problemów medycznych, próbowali czasem „załatwiać” ze mną... rozmaite interesy.

Kiedyś np. przyszedł do mnie młody facet i zapytał, czy nie byłbym zainteresowany kupnem czystego srebra. Przypłynął do Sydney - jako marynarz, ale też żeby pohandlować. Jak stwierdził miał tego towaru (srebra) kilkadziesiąt kilogramów w zwojach drucianych - na sprzedaż. W ten sposób, podobno cała załoga statku próbowała jakoś dorobić do marnych pensji dodał marynarz. W ogóle się na tym nie znałem. Odpowiedziałem więc, że niestety...nie mogę im pomóc.

Gość wrócił jednak następnego dnia z próbką i poprosił, żebym może zapytał jakiegoś znajomego jubilera, aby on sprawdził tę próbkę i wartość srebra za kilogram. Dodał, że wraz z załogą mają 100 kg tego towaru. Znałem kilka osób z branży, więc chcąc po prostu jakoś pomóc marynarzom z Polski, wziąłem próbki do wyceny i przekazałem znajomym jubilerom. Oni stwierdzili, że srebro jest super wysokiej jakości i jeden z nich, lokalny producent sztućców - wykazał zainteresowanie zakupem całych 100 kg. Zaproponował też całkiem dobrą cenę, - ok. 50,000 $ - gotówką. Świeżo poznany marynarz chciał w sumie 10,000 $. Prosta i czysta transakcja...pomyślałem. Bedę mógł pomóc marynarzom a przy okazji, sam parę dolarów zarobię. Mogłem wprawdzie ich bezpośrednio skontaktować z jubilerem, ale wtedy..., nic lub niewiele bym na tym zarobił.

Postanowiłem więc całą transakcję przeprowadzić samemu. Miałem zawsze trochę gotówki w kasie, poprosiłem marynarza by przywiózł „towar” do mojej przychodni. Zapłaciłem i wsadziłem srebro do bagażnika swego samochodu. Wieczorem pojechałem do domu jubilera, który przyjął towar wziął i obiecał zapłacić mi rano. Mając świadomość dokonania dużej, intratnej transakcji postanowiliśmy, jakoś miło to „oblać”. Wspólnie z żona i kilkoma kolegami, poszliśmy do bardzo eleganckiej restauracji. Ostatecznie 40,000 dolarów piechotą wtedy nie chodziło... ani nawet dzisiaj.

Następnego dnia rana pojechałem do jubilera, po pieniądze. Okazało się, że zostałem całkowicie oszukany. Kupiłem pęczki drutu z fałszywego „srebra”. Tak naprawę tylko same końcówki były prawdziwe, czyste srebro. Cała reszta, w środku okazała się...miedzią, znakomicie posrebrzoną. Pojechałem do portu, ale statku, ani moich 10.000 $ gotówki - już nie tam było.

Kolejna nauczka w życiu? Uśmiechnąłem się sam do siebie – a może raczej do swojej głupoty. Zastanawiałem się, jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek tak oszukiwał drugiego. Jak oszust może żyć ze świadomością tego co zrobił? Jak może spokojnie zasypiać, a rano tak po prostu uśmiechać się do rodziny i dzieci. Jakoś nigdy nie potrafiłem zrozumieć... istoty oszustwa oraz, jak oszust może prowadzić normalne życie

Z drugiej strony, po wielu latach, często na własnej skórze przekonałem się, że chyba cały świat, coraz bardziej opiera swój byt na rozmaitych nieprawdach i może całe życie, człowieczeństwo – wbrew pozorom (które są...) - w istocie jest właśnie jednym wielkim oszustwem.

Być może - My wszyscy powinniśmy postępować zgodnie z starą amerykańską zasadą:
„I trust in God, the rest I check” (wierzę w Boga – resztę sprawdzam). To jeden z takich przykrych epizodów mojej młodości i emigracji; który zaczął kierować moje życie na drogę filozofii istnienia.


Życie w Sydney było bardzo intensywne, pełne rozmaitych niespodzianek. Właściwie do dzisiejszego dnia, pod tym względem, niewiele się zmieniło.

Parę słów o Sydney - tym najpiękniejszym i wyjątkowym miejscu w Australii.


Sydney to duże, rozległe i naprawdę bardzo piękne miasto. Położone nad zatoką Sydney Harbour, która malowniczo wciska się z oceanu w pustynię na wielu kilometrach.
Z drugiej strony płynie rzeka – Parramatta River o długości ok 30 km, zaczynająca się gdzieś w Górach Błękitnych (Blue Mountains), za którymi z kolei powoli zaczynają się tereny rolne, leśne, a potem pustynie.

W miejscu połączenia rzeki z zatoką - jest olbrzymi i bardzo ważny gospodarczo port.
Po obu stronach rzeki, potem zatoki zbudowane są dzielnice mieszkaniowe i w ten sposób,
miasto dzieli się na część północną i południową. Obie części łączy znany na całym świecie Harbour Bridge, zbudowany przed II WŚ, w roku 1936, przy którym zbudowano w latach pięćdziesiątych, równie słynną i znaną...Operę w Sydney. Ten widok „króluje” na wszystkich pocztówkach z Australii.

Dla nas to było miejsce szczególne. Nasze mieszkanie na Darling Point potem na Kent Street w Sydney oraz biuro mojej firmy zawsze było blisko; z widokiem na zatokę, operę, most. W czasie mojego pobytu w Sydney, chyba nie miałem dnia... bez spaceru mostem, nad zatoką. Do dzisiaj kocham to miejsce i zawsze pozostanie ono w mojej pamięci, sercu.
Tym bardziej, że łączy się też z kilkoma zabawnymi przeżyciami i historiami – o których wspomnę .
Moje samochody i przygody.
Zawsze lubiłem piękne samochody i pewnego dnia, kupiłem wyjątkowego Bugatti, rocznik 1936. Nie mówiłem o tym nikomu, ponieważ chciałem przyjechać rano do szpitala robiąc niespodziankę kolegom, swoim nowym nabytkiem. A, że był to kabriolet, ubrałem się wiec stosownie do lat przedwojennych: specjalne okulary, czapka, szalik z tamtych czasów.
Dokładnie tak, jak w filmie ze słynną, tragiczną- Isadorą Duncan. Na wszelki wypadek mój szalik był krótki….


Jak zwykle rano przejeżdżałem do pracy przez most (Harbour Bridge). W tamtych latach - nie było jeszcze tunelu, a więc ruch na moście w godzinach szczytu, między 7-8.00 rano i 18-19.00 był wyjątkowo natężony. Na obu bokach mostu, były linie autobusu, z którego pasażerowie mieli wyjątkowy piękny widok na zatokę i operę. Tego poranka świeciło piękne słońce, a na drodze były duże zatory i wszystkie pojazdy stawały - co kilka metrów. Nagle... silnik mojego samochodu zgasł, a wszelkie, nerwowe próby jego odpalenia okazały się bezskuteczne.


W tym właśnie momencie zaczął się prawdziwy dramat. Nie mogłem uruchomić swego auta, a za mną ustawiała się coraz większa kolejka, mocno zdenerwowanych, śpieszących się do biur kierowców autobusów i innych samochodów. Nie było wtedy jeszcze komórek, więc musiałem pójść do stacjonarnego telefonu alarmowego, aby szybko wezwać Pomoc Drogową – NRMA. Niestety z uwagi na zatory na moście, i w ogóle w całym mieście – oni nie mieli jak dojechać. Nade mną latał helikopter; (wieczorem oglądałem siebie i swoje Bugatti – w serwisie infomacyjnym dnia...) – z powodów oczywistych...po paru godzinach byłem sprawcą, jednego chyba z największych korków w całej historii Sydney. 


W końcu, pieszo dotarł do mnie jakiś facet z obsługi NRMA. Wsiadł do Bugatti..., przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik od razu zapalił. Wcześniej próbowałem chyba setki razy i nic. „Serviceman” popatrzył na mnie trochę dziwnie, zupełnie, jak na wariata. Ja - z nerwów i całego zamieszania nie mogłem wykrztusić ani słowa. Nawet słów podziękowania...
To było absolutnie nieprawdopodobne zdarzenie, które jednak spowodowało, że tego samego dnia oddałem Bugatti, z powrotem do dilera. W sumie miałem go mniej... niż 48 godzin.

Innym razem kupiłem sportowe Lamborghini, które miało drzwi otwierane, jak skrzydła. Cudowny przykład technologii, motoryzacji, który miał też być niespodzianką dla żony jak i może obiektem zazdrości wszystkich znajomych (koleżanek żony).

Pewnej soboty wieczorem, pojechałem do kolegi na grilla. Kiedy już znalazłem się na miejscu, nie mogłem otworzyć drzwi samochodu. Normalnie otwierały się one poprzez przycisk guzikiem a ten mechanizm, po prostu jakoś przestał działać. Musieliśmy oboje, z żoną wychodzić oknem, które było skośne i wąskie; ledwo się w nim zmieściłem mimo, że zawsze byłem szczupły. Wychodzenie z auta Doroni było już atrakcją innego rodzaju…Miała na sobie wyjątkowo wąską, długą suknię, więc, w końcu musiała ją zdjąć, a że była bez... Resztę zostawiam wyobraźni…


Sam samochód nie był bardzo „przestronny” – jak rękawiczka dopasowana do dłoni.
I tym razem nie cieszyłem się nim zbyt długo. Moja żona jakże słusznie zauważyła, że jeżeli tenże automat (do otwierania drzwi) odmówiłby posłuszeństwa - w przypadku... wypadku – następstwa mogą być opłakiwane - być może już tylko na cmentarzu – tylko przez znajomych...

Wiele lat później, w 2006 r., w czasie drugiego dłuższego pobytu w Australii, kupiłem sobie najlepszy samochód życia - Rolls Royce’a Centenary Phantom, ale szczególnej serii. Akurat była setna rocznica historii firmy RR i postanowiono wypuścić wyjątkowy model. Wyprodukowano tylko 35 egzemplarzy na cały świat, po jednym na każdy kraj. Mnie przypadło auto z numerem 11.

Było w nim mnóstwo „gadżetów”. Np. „dashboard” - deska rozdzielcza z czystego srebra, a w drzwiach samochodu zostały wmontowane automatyczne parasolki. Lakier karoserii zmieniał swój kolor w zależności od światła na zewnątrz, pory dnia. RollsRoyce miał także wiele, wiele innych niespodzianek, gadżetów doskonałości. To był wspaniały samochód, który płynął podczas jazdy i nie słychać było w ogóle pracy silnika.


 Ów Rolls Royce, pierwotnie był o zamówiony dla najbogatszego biznesmena Australii - Kerry Packera, który zapłacił z góry w całości za auto, ale niestety nagle zmarł, na serce - tuż przed jego odbiorem. Dzieci i rodzina Kerrego nie była zainteresowana autem, w związku z czym wystawiono je w Sydney, na sprzedaż w formie licytacji.


Akurat w tych dniach, byłem w Sydney na urodzinach swego przyjaciela Jurgena Fengelsa (rodem z Niemiec). Jurgen był zauroczony Rollsem, widział go parę dni wcześniej i podczas urodzin, cały czas gadał o „cudach i wiankach” tego samochodu. Pokazywał fotki. W końcu, ponieważ Jurgen mieszkał blisko od dealera Rolls Royca, przekonał mnie, byśmy się do niego przeszli. Byłem po kilku, może zbyt wielu szampanach. Sprzedawca niewiele w sumie musiał mnie namawiać.


Kupiłem auto. Zapłaciłem $1,100,000; pojeździłem kilkanaście miesięcy i sprzedałem.
Niepotrzebnie, do dzisiaj żałuję, ponieważ było to prawdziwe cudo motoryzacji. Akurat dla mnie. Nigdy nie miałem żadnych problemów, prócz oczywiście tłumów oglądaczy i zazdrośników. Nabywcą, za pośrednictwem swego menadżera, okazała się słynna australijska gwiazda muzyki POP – nazwiska nie mogę podać. Było to zastrzeżone w umowie sprzedaży.

Ryszard Opara

NEon24

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Promocja

Promocja

Promocja