polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan przyjechal z oficjalną wizytą do Polski. Rozmowy z preydentem Andrzejem Dudą dotyczą przede wszystkim współpracy w ramach NATO oraz kluczowej roli Turcji w powstrzymywaniu fali uchodźców z Bliskiego Wschodu. Polska jest pierwszym krajem Unii, jaki Erdoğan odwiedza po puczu w 2016 roku.* * * AUSTRALIA: Australia zmaga się z kryzysami w dostawach energii elektrycznej. Minister energetyki, Josh Frydenberg ogłosił nowy plan dla Nowej Południowej Walii. Tysiące gospodarstw domowych będą mogły dobrowolnie zmniejszyć swoje rachunki za prąd dzięki premiom finansowym, które otrzymają za zmniejszenie zużycia prądu w godzinach szczytu. * * * SWIAT: Zastępca ambasadora Korei Północnej, zwracając się do zgromadzenia generalnego ONZ, powiedział, że wobec jego kraju USA zastosowały "ekstremalną i bezpośrednią groźbę nuklearną". Ostrzegł, że sytuacja na Półwyspie Koreańskim osiągnęła stan krytyczny i "wojna nuklearna może wybuchnąć w każdej chwili".
EVENTS INFO: Polski Festiwal - Klub Sportowy "Polonia" w Plumpton, 3.12, godz. 11:00- 18:00

sobota, 7 października 2017

NEVER GIVE UP! Australia: Sydney i okolice

Sydnejska Opera nocą. Fot. P.Dierzgowski
Po Nowej Zelandii witam Was w nowej serii moich przygód. Tym, którzy śledzili moją podróż bardzo dziękuję i oczywiście zapraszam do zapoznania się z nową relacją.

Zobacz poprzednie odcinki samotnej podróży Piotra Dzierzgowskiego w Nowej Zelandii: NEVER GIVE UP!

Dotarłem do Australii i rozpoczynam kolejny etap podróży. Wielu z Was moi drodzy czytelnicy pewnie czekało na to, kiedy wreszcie wyruszę w drogę. Muszę przyznać, że pisanie na bieżąco było  dosyć trudne ze względu na to jak duży jest ten kraj i jak wiele jest do zobaczenia. Udało mi się tylko opisać na Facebooku w skrócie każdy dzień. Mam nadzieję że śledziliście moje poczynania i ten artykuł będzie swoistym uzupełnieniem szczegółów całej podróży.


Przez trzy miesiące przejechałem ponad 24 tysiące kilometrów i mimo tak długiego czasu plan okazał się dalej napięty. Odległości między cywilizacją, a pustkowiem zdają się być nieskończone. Bywały dni kiedy praktycznie nie widziałem ludzi lub mijałem na drodze kilka samochodów. Jest to moja trzecia podróż do Australii i czas na pustyni wspominam z sentymentem. Tu wszystko jest inne. Kraj jest podzielony na „stany”, a każda część jest wyjątkowa, każdy zakątek  różni się od pozostałych, to miejsce jest niesamowite…

Przed przyjazdem i w trakcie pobytu zaskoczyło mnie spore zainteresowanie moją wyprawą, ze strony naszej Polonii. Miałem przyjemność poznać kilka osób i kiedy poprzednich artykułach poprosiłem o pomoc, zaskoczył mnie szeroki odzew.  Jak pewnie pamiętacie i już wcześniej pisałem, awarii uległa moja przetwornica prądu. Dzięki „Bumerangowi Polskiemu” znalazła się osoba (Chris), która naprowadziła mnie jak rozwiązać problem. Były też ciekawe spotkania, z Krzysztofem, który edytuje dla Was ten artykuł, Kasią, która dała mi wiele cennych wskazówek odnośnie miejsc znajdujących się w stanach New South Wales i Victoria. Australijczykami i Szwajcarem, którym bardzo dziękuje za kilka drobiazgów przydatnych podczas mojej podróży, a  także za pomoc w poruszaniu się po Sydney i okolicach. Jeszcze raz „Wielkie Dzięki” dla wszystkich!

 
W krainie innej niż wszystkie

Wyprawę rozpoczynam w Sydney, największym mieście w Australii znajdującym się na południowo wschodnim wybrzeżu. Każda wizyta tutaj daje mi wiele radości i pozostawia w pamięci masę wspomnień. Teraz z myślą o tym, że nie muszę się śpieszyć będę mógł zwiedzić to miasto bez pośpiechu i niepotrzebnego napięcia.




W pierwszych dniach nie zabrakło takich miejsc jak Circular Quay ze słynną Operą, widoków na zatokę i most Harbour. Niestety pogoda zaskoczyła mnie tym razem, bo spore opady deszczu utrudniały mój przemiły spacer. Z drugiej strony może to i dobrze, bo City było częściowo wyludnione, a ja mogłem spokojnie podejść w każde interesujące mnie miejsce. Te dni spędziłem bardzo aktywnie i praktycznie nie miałem czasu na dłuższy odpoczynek.

Był też czas na mniej znane okolice. Jako pierwsza, moja ulubiona plaża Coogee. Z tym miejscem wiążą się moje stare wspomnienia z Australii. Mogę powiedzieć, że tu wszystko się zaczęło.
 
Coogee Beach


Spacer nad brzegiem oceanu nasunął mi myśl, że może warto byłoby popływać. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem i muszę przyznać, że to było coś!

Wieczór spędziłem w okolicach portu i lotniska. Tu mogłem obserwować startujące samoloty i załadunek wielkich kontenerowców przypływających do Sydney. Rano zdecydowałem, że będzie to mój ostatni dzień w tym pięknym mieście, ale postanowiłem zwiedzić jeszcze kilka ciekawych miejsc. Był Botanic Bay National Park i szlak w australijskim buszu. Później historycznie, La Perouse, miejsce, do którego przypływały statki francuskie w czasach odkrywania kontynentu. Fort na wyspie Bare z niesamowitymi formacjami skalnymi. Dalej Brighton-Le-Sands w zatoce Botany, do którego w 1770 roku dotarł Kapitan Cook, a kilka lat później pierwsi osadnicy. Tak dokładniej więźniowie przybyli z Anglii na utworzoną tu kolonię karną.
 
Botany Bay National Park

Późnym popołudniem wyjechałem z Sydney żeby dotrzeć  do miasteczka Katoomba. Stąd rozpościera się widok na Blue Mountains National Park i bliźniacze formy skalne nazwane „Three Sisters”.

W parku Blue Mountains

spędziłem dwa dni i dwie noce. Mimo, że odwiedzałem to miejsce w przeszłości, odkryłem je na nowo. Nazwa Blue Mountains pochodzi od niebieskiej poświaty unoszącej się nad górami. Są to olejki eteryczne wydzielające się z drzew eukaliptusa, który rośnie tu bardzo gęsto.
 
Blue Mountains: Three Sisters

 
Rozpocząłem piesze wędrówki, a wymagające szlaki, jak zwykle dały mi wiele radości. Pierwszy nocleg i poranek w drodze spędziłem w okolicy Three Sisters, góry z trzema bliźniaczymi szczytami. Tuż po wschodzie słońca ujrzałem niesamowity widok. Cały las eukaliptusowy był pokryty gęstymi chmurami, a pierwsze promienie zabarwiały to miejsce na różowy kolor. Postanowiłem obejrzeć to z kilku perspektyw i ruszyłem na szlak, który prowadzi przez kilka punktów widokowych. Można po drodze zobaczyć małe jeziorka i wodospady, jednak widok z nisko zawieszonymi chmurami wśród górskich szczytów chyba najbardziej przyciąga wzrok.

 


Około południa dotarłem do Wentworth Falls i udało mi się przejść prawie cały National Trail.

Blue Mountains: Wentworth Falls

Było naprawdę niesamowicie, sam szlak był dosyć wymagający. Oprócz stromych schodów wykutych w skale, były też przesmyki, które trzeba pokonać kucając. Wodospad można oglądać z kilku stron i robi prawdziwe wrażenie. Woda opada w taki sposób, że wygląda jak ogromy prysznic, a na dole tworzy jakby mgiełkę. Widok jest niesamowity i nigdy bym się nie spodziewał, że to miejsce może być tak piękne. Dodatkowo dla bardziej wytrwałych stworzono szlak do schroniska znajdującego się w buszu.

Du Faurs Rocks
Formy skalne w Du Faurs Rocks


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Do Du Faurs Rocks dojechałem przed samym zachodem słońca, cały czas przemierzając Blue Mountains NP. To miejsce to trochę odludzie, a w miasteczku położonym nieopodal nie spotkałem żywej duszy (być może jest opuszczane po sezonie). Ciekawostką są skały, które tworzą jakby płaską powierzchnię stworzoną przez człowieka, a tak naprawdę jest to twór natury. Przyjechałem tu też z myślą że zobaczę na żywo misie koala w naturalnym środowisku. Cóż, mimo gęsto rosnących eukaliptusów niestety się nie udało. W oddali widoczna była Mount Wilson, a pobliski szlak zachęcał mnie do przejścia kilku może kilkunastu kilometrów. Pomyślałem jednak, że wystarczy chodzenia i czas opuścić park. Miałem myśl, że kolejną noc chciałbym spędzić nad brzegiem oceanu.


Wieczór w Bundeena,

a tu udało mi się zobaczyć piękny zachód słońca. Zatoka jest niesamowita i w promieniach słońca ukazuje blask falującej wody. Z pomostów można łowić ryby, stąd też odpływają promy do Cronulla Beach. Ja jednak postanowiłem dojechać tam następnego dnia i zrobiłem to samochodem. Tu spędziłem noc, a dzień rozpocząłem z widokiem na wschód słońca. Później Cronulla, spacer po plaży i czas ruszać w dalszą drogę.
 
Bundeena Bay
Bundeena
 
 
Cronulla Beach
Cronulla Beach

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Muzeum w Illawarra

Jadąc wzdłuż wschodniego wybrzeża spodziewałem się głównie widoku oceanu i małych miasteczek często przeze mnie mijanych. Jednak moją uwagę przykuł drogowskaz, na którym widniała informacja o pobliskim muzeum lotnictwa. Była wczesna pora,więc pomyślałem, że może warto będzie zobaczyć to miejsce. Jestem wielkim pasjonatem lotnictwa i historii, tak więc pomyślałem że taka wizyta może być dla mnie czymś niezwykłym. Zbaczając z trasy wjechałem do miasta Illawarra. Okazało się że cały obiekt znajduje się na tutejszym lotnisku, które obecnie nie funkcjonuje dla lotów komercyjnych. Przy głównym wejściu wita mnie majestatyczny Boeing 747 potocznie zwany „Jumbo Jet’em”. Nigdy nie miałem okazji lecieć taką maszyną, więc była to dla mnie nie lada gratka. Tym bardziej, że na tym zwiedzaniu byłem tylko „ja” i to bez żartów.

 
 




Tego dnia muzeum świeciło pustkami. Przewodnik to starszy pan, zresztą pilot, opowiedział mi prawie wszystko o każdej z maszyn. Większość tych samolotów jest na chodzie i dalej lata na pokazach. W wielu z nich miałem okazję usiąść za sterami, a w tych z II wojny światowej mogłem nawet przeczołgać się do luku strzelniczego( przyznam, że było bardzo ciasno). Był jeden z najbardziej luksusowych samolotów świata, w którym podróżowały prawdziwe osobistości lat 60-tych i 70-tych. Mogłem poznać historię lotnictwa cywilnego i wojskowego od początku dwudziestego wieku, aż do dzisiaj. To był piękny dzień dla prawdziwego fana lotnictwa.

 
Kiama,

szczerze mówiąc to nie wiedziałem zbyt wiele o tym miejscu. Zatrzymałem się na noc w okolicy latarni morskiej. Wiedziałem, że jestem blisko oceanu i że w okolicy jest coś o nazwie „Blowhole Kiama”. Jednak to co zobaczyłem podczas porannego spaceru było wielkim zaskoczeniem. Ogromne fale rozbijające się o skały wydrążyły tunel, z którego woda wybija w górę na kilka dobrych metrów. Nieopodal ludzie łowią ryby, ale nie jest to zwykłe wędkowanie. Mógłbym to nazwać formą ekstremalną, ponieważ stoją na występie skalnym, a po obu stronach woda wybija na wysokość kilku, może kilkunastu metrów. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, trzeba mieć nie lada odwagę żeby zrobić coś takiego (oczywiście jestem ciekawy czy „biorą”). Spotkałem tu przemiłą starszą parę, która odwiedzała to miejsce po takach, a dokładniej byli tu w dzieciństwie. Fajnie poznać nowych ludzi i posłuchać historii z przeszłości.


 
 
Zaraz po porannej toalecie i śniadaniu ruszyłem w dalszą drogę w kierunku Jervis Bay. Witają mnie   piękne plaże wschodniego wybrzeża. Jest też kilka miejsc gdzie można zobaczyć delfiny, orki oraz wieloryby. Niestety nie miałem szczęścia, bo wszystkie się pochwały. Coś jednak zobaczyłem, jeden z symboli Australii i był to pierwszy raz podczas tej wyprawy. W odległości 2-3 metrów ode mnie znikąd pojawił się kangur. Bylem dosłownie o krok od niego. Udało mi się to uwiecznić na filmie i zdjęciach z czego bardzo się cieszę. Wędrówka przez busz zajęła mi dobrych kilka godzin. Zatoka Jervis’a rozpościera się wśród gęstych lasów i plaż wyłaniających się zza gęstych konarów drzew. Tak chodząc, rozmyślałem o kolejnych miejscach, które odwiedzę już wkrótce.

Piotr Dzierzgowski
zdjęcia autora

W następnym  odcinku: Canberra i Narodowy Park Kościuszki
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czy określenie, „małżeństwo dwóch osob tej samej płci” jest logiczne?

Promocja

Promocja