polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Prezydent Andrzej Duda oswiadczyl w poniedziałek przed południem, że wetuje ustawy PiS o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. - Nie wolno do tego dopuścić, by prokurator generalny decydował, kto może być sędzią SN, a kto nie - podkreślil w oswiadczeniu prezydent. Przeciwko ustawie o SN odbywaly się w ostatnich dniach w całym kraju protesty. * * * AUSTRALIA: Szef rządu Australii Malkolm Turnbull, a jednocześnie współzałożyciel Australijskiego Ruchu Republikańskiego, spotkał się z królową Elżbietą II. 20 lat temu Turnbull zarzekał się, że nie wyobraża sobie spotkania z monarchinią, gdyby został premierem. * * * SWIAT: Szef Donieckiej RL Aleksander Zacharczenko oświadczył, że sytuacja na Ukrainie zabrnęła w ślepą uliczkę, wyjściem z niej jest utworzenie na okres do trzech lat nowego tymczasowego państwa — Małorosji.
EVENTS INFO: Christmas in July przy ognisku - Klub Sportowy POLONIA w Plumpton - 29.07, godz. 18:00 * * * Koncert Poetycko-Muzyczny - Powstanie Warszawskie 1944 - Klub Polski w Ashfield, 6.08, godz. 15:00

niedziela, 2 lipca 2017

O. Paweł Gużyński: Nie dajmy się zniewolić

O. Paweł Gużyński. Fot. YouTube screenprint
Obecnie rządzący, z opacznego interpretowania reguł demokratycznych i zapisów Konstytucji, uczynili potężny polityczny oręż – mówi  dominikanin o. Paweł Gużyński w rozmowie z Dorotą Ceran z porlatu koduj.pl.

Dorota Ceran: Czy wolność wyboru jest błogosławieństwem czy przekleństwem człowieka?

O. Paweł Gużyński: Nie powiem w tej sprawie nic odkrywczego, stwierdzając że i jedno, i drugie. Moje myślenie w tej materii wciąż ulega wpływowi geniuszu Fiodora Dostojewskiego, a konkretnie „Legendy o Wielkim Inkwizytorze” z Braci Karamazow. Ta profetyczna opowieść trafnie opisuje jeden z kluczowych dylematów ludzkiej natury – skrajną ambiwalencję w doświadczaniu przez człowieka wolności. Z jednej strony pragniemy jej i do niej dążymy, a z drugiej – zyskawszy wolność, uginamy się pod jej nieznośnym ciężarem, więc czym prędzej składamy ją u stóp tych, którzy wydają się nam być herosami wolności. Dostojewski co najmniej zasugerował, że bardziej wolimy być niewolnikami niż kowalami własnego losu. Przedkładamy swojskość prostej uciechy z życia nad władzę rozstrzygania o prawdzie i fałszu, dobru i złu. W naszej naturze nie leży tęsknota za chlebem niebiańskiej wolności, lecz za ziemskim pokarmem pozbawionym domieszki wszelkich egzystencjalnych dramatów. A wszystkiemu winne jest nieznośne brzemię wolności, trud, jaki wiąże się z nieustannym dokonywaniem wyboru. Nie życzymy sobie, aby życie zakłócał nam metafizyczny horror. Ta diagnoza nigdy nie straci daty przydatności do spożycia, o czym doskonale wiedzieli i wiedzą oraz na co czyhali i czyhają rozmaici dyktatorzy-inkwizytorzy, jacy byli, są i się jeszcze pojawią na ziemi.

 Nie pamiętam dokładnie, który to był rok za czasów słusznie minionych, ale przy okazji malowania „szmaty” na demonstrację oglądałem równocześnie mecz piłkarski. Organizowaliśmy wtedy publiczną sprzedaż podziemnych wydawnictw bez debitu. Stanęliśmy na ulicy Szerokiej w Toruniu, zrobiliśmy stoisko, wywiesiliśmy transparenty i ku zgryzocie władzy ludowej zaczęliśmy sprzedawać. Okazało się, że przez to oglądanie meczu popełniłem błąd w haśle, które powinno brzmieć: „Nie ma wolności bez Solidarności”. Pominąłem jedną literę w słowie „wolność” i wyszło WOLNŚCI. Musiałem wycinać kawałek transparentu i wszyć poprawkę. Wspominam o tym, ponieważ to doskonale znane hasło wciąż jest przetwarzane na rożne sposoby: „Nie ma wolności bez…” i tu pojawiają się różne wartości. Osiągnięcie przez kogoś stanu wolności, tak bardzo pożądanego, jeszcze nam wszystkiego nie załatwia. Kolejna trudność pojawia się bowiem wówczas, gdy zdobytej wolności trzeba nadać jakiś kierunek. Hasło brzmiące niegdyś symbiotycznie: „Nie ma wolności bez Solidarności”, na naszych oczach przeobraziło się w antagonizm: „Polska solidarna kontra Polska liberalna”. Relacje pomiędzy wolnością i wartościami rzeczywiście wywołują konflikty jednak tylko wówczas, gdy wolność chce działać wyłącznie na ślepo, a wartości narzuca się innym wbrew ich woli. Inkwizytor Dostojewskiego, przesłuchując Jezusa, zarzuca mu, że stawianie każdego człowieka przed koniecznością dokonywania wyboru wartości jest Jego największą pomyłką, herezją. Dlatego musiał dokonać koniecznej poprawki, czyli postanowił uwolnić ludzkość raz na zawsze od trudu podejmowania decyzji, w jaki sposób wartości mają wyznaczać granice wolności. Pan prezydent Duda w sprawie pana Kamińskiego i poseł Kornel Morawiecki, wygłaszający pogląd o supremacji mitycznego „dobra narodu”, złożyli nieświadomie swoją wolność u stóp Wielkiego Inkwizytora. Kluczową kwestią nie jest tu bowiem pytanie – czy można w majestacie prawa kogoś krzywdzić? Oczywiście, że nie można! Sedno sprawy dotyczy natomiast pytania – kto ma prawo ustalać, co jest owym dobrem narodu i co wówczas, kiedy działanie w imię dobra narodu pozbawia praw jednostkę?

– Czy to nie jest po prostu ucieczka przed odpowiedzialnością?

– W ważnej części z pewnością! Ale znaleźliśmy się właśnie na stronach innej, ważnej lektury – „Ucieczka od wolności” Ericha Fromma. Jego rozważania poczynione zostały w kontekście wciąż nam bliskim. Chodziło o zwycięstwo faszyzmu w Niemczech, o łatwość, z jaką można człowieka zniewolić. Fromm doszedł do wniosku, że przyczyną tego jest tytułowa ucieczka od wolności oraz potrzeba wodza i wyzbywanie się indywidualnej odpowiedzialności. W części analiz dotyczących bieżącej sytuacji politycznej w Polsce pojawiają się dość liczne porównania do lat trzydziestych w Niemczech. Ich autorzy dostrzegają wyraźne podobieństwa z tamtymi ponurymi wydarzeniami. Inni natomiast protestują, że to całkowicie nieuprawnione, że pasowanie Jarosława Kaczyńskiego na polskiego „führera” jest intelektualnie i moralnie niegodziwe. Jednak konia z rzędem temu, kto trafnie wskaże usprawiedliwiony moment sprzeciwu wobec wiary w nieomylny geniusz naczelnika, kiedy przestaje ona być wyłącznie sztubacką fanfaronadą. Osobiście nie sądzę, aby bardziej uzasadnione było wstrzymywanie się z reakcją aż skala podobieństwa osiągnie proporcję jeden do jednego. Dla mnie dramat rozpoczyna się w chwili, gdy wolnościowe prawa obywateli zaczynają być ograniczane, a myślenie zastępują zbiory gotowych propagandowych frazesów.

Niski procent udziału obywateli w decyzjach podejmowanych wedle mechanizmów demokratycznych w Polsce spowodowany jest między innymi niechęcią do samej demokracji. Jako systemu nieustającej debaty i ciągłego szukania równowagi oraz relatywnych odpowiedzi budzi nieufność. Wielu mówi: „To się ciągnie w nieskończoność! Ile można dyskutować? Ile można rozmawiać? Potrzebne są decyzje, musimy wiedzieć, jak powinno być i dokąd zmierzamy! Ta wolność donikąd nas prowadzi!”. Pokusa zrzucenia z siebie raz na zawsze odpowiedzialności jest bardzo silna. Znam ją również z podwórka kościelnego. Dominikanie są jednym z dość wyjątkowych przykładów w Kościele, gdzie udział demokracji w zarządzaniu jest stosunkowo duży. Kiedy porównujemy się z jezuitami lub księżmi diecezjalnymi, widać istotną różnicę. Na tle ich scentralizowanej władzy, typowej dla Kościoła, przedstawiamy się dziwacznie i mało zrozumiale. Oni często dziwią się, że my na kapitułach tyle debatujemy, że nam nie chodzi o osiąganie prostej większości lecz o „unanimitas”. Chodzi o to, by kapituła braci osiągnęła taki stopień porozumienia, który pozwoli podjąć jednomyślną decyzję. Być może nie najlepszą z możliwych, ale wspólną. Być może nie będzie ona najbardziej skuteczna lub najbardziej pragmatyczna, ale będzie wspólna. Nie chodzi wyłącznie o to, aby zdobyć większość i przeforsować jakąś decyzję, lecz o to, by przez rozmowę, przekonywanie się i odkrywanie przed sobą nowych obszarów, uzyskać jednomyślność („unanimitas”); żeby każdy miał udział w decyzji i był za nią odpowiedzialny; że lepsze bywa wrogiem dobrego; żeby pokój wspólnoty był zachowany. Taki ideał zaszczepił zakonowi jego założyciel św. Dominik. Będziemy przekonujący jako zakonnicy i kaznodzieje wówczas, kiedy ludzie będą widzieli braci żyjących zgodnie w klasztorze.

– Podobna idea przyświecać powinna parlamentowi… Ale co z tego?

– W demokracji z tego ideału nie można zrezygnować, bo jeśli sól straci swój smak, to czymże ją posolić? Doświadczenie nas wielokrotnie o tym przekonuje. Wróćmy tu raz jeszcze do Dostojewskiego. Wielki Inkwizytor mówi do Jezusa: „…zamiast ograniczyć wolność ludzi, Tyś ją powiększył jeszcze!”. I ostatecznie wyznaje, że to właśnie trzeba było poprawić w ewangelicznej doktrynie: „Mówię Ci, że najbardziej męczy się człowiek, by znaleźć czym prędzej kogoś, komu ofiaruje ten dar wolności, z którym nieszczęsna istota się rodzi, lecz zapanowuje nad wolnością ludzi tylko ten, kto uspokaja ich sumienia. […] Czyś Ty zapomniał, że spokój, a nawet śmierć droższe są człowiekowi niż wolny wybór w poznaniu dobra i zła?”. Zawsze znajdą się jacyś poprawiacze ludzkiej wolności, którzy chętnie uwolnią ludzkość od debaty nad dobrem i złem, którzy uspokoją ludzkie sumienia, narzucając innym jeden niewątpliwy pogląd na wszystko. Jeden władca, jeden sędzia, jeden prawodawca! Niemało przemawia za tym, że w Polsce weszliśmy właśnie na ten kurs.

– To jest lektura, która powinna być obowiązkowa na wszystkich etapach kształcenia.

– Byłoby wspaniale. Sprawdzam czasami empirycznie, czy ten tekst jest znany wśród studentów i… ręce opadają. Tylko garstka coś kojarzy. A powinien być hemoglobiną krążącą nieustannie w naszym duchowym i intelektualnym krwioobiegu. Kto ma go w żyłach, nie nabierze się na propagandowe frazesy, że np. skoro można swobodnie demonstrować swoje poglądy, to wszystko jest w najlepszym porządku. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, gdzie przy zachowaniu prawa do demonstracji trzyma się swoich oponentów w niedemokratycznym szachu. Jeśli ma się pełną kontrolę nad każdą z władz: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą można protekcjonalnie pozwolić na protesty opozycji.
Kiedy przysłuchiwałem się niedawno rozmowie pani Kolendy-Zaleskiej z panią profesor Ewą Łętowską, przypomniałem sobie przysłowie z 27. rozdziału Księgi Przysłów – „Choć stłuczesz głupiego w moździerzu tłuczkiem razem z ziarnami, głupota go nie opuści”. Pomyślałem wówczas – „Boże, ile ta kobieta ma w sobie pokory i odwagi, że decyduje się debatować z głupotą!”. Jej adwersarzami są przecież osoby gotowe powiedzieć dowolnie nierozsądne słowa, byle tylko na swoim postawić. Publiczna dyskusja z głupotą jest sprawą bardzo trudną i szczególnie niebezpieczną. Głupota nie debatuje z mądrością, lecz stara się wystawić ją na pośmiewisko i upokorzyć. José Ortega y Gasset twierdził, że ludzie głupi żyją jak owady ukryte w jakiejś niedostępnej niszy, z której nie sposób je wydobyć. Dlatego przypominał za Anatolem Francem, że człowiek głupi jest znacznie bardziej szkodliwy niż człowiek zły, a to dlatego, że ten drugi czasami odpoczywa, podczas gdy głupiec nigdy.
Kilkanaście dni temu byłem zaproszony do gminy żydowskiej w Łodzi na święto Tikkun Leil Szawuot – Noc Naprawy Świata, gdzie między innymi rozważaliśmy kwestię roli bajki w żydowskiej tradycji interpretacji Tory. Przypomniałem sobie wówczas bajkę Jotama z Księgi Sędziów o tym, jak zebrały się drzewa, aby namaścić króla nad sobą. Władzę zaproponowano kolejno oliwce, figowcowi i krzewowi winorośli. Lecz wszystkie odmówiły, nie chcąc kołysać się ponad innymi drzewami. Władzę gotowy był sprawować jedynie krzew cierniowy. Morał opowieści jest także ten, że mądrość nie dąży do dominacji, zaś głupota zachwala odpoczynek w jej kolczastym cieniu.


– Europa się laicyzuje. Nasze władze zarzucają jej w związku z tym odejście od wartości. Słyszy się niejednokrotnie opinię, że człowiek niewierzący to człowiek pozbawiony wartości, etyki… To wydaje mi się głęboko niesprawiedliwe. Są przecież nadrzędne wartości, wspólne dla wszystkich ludzi bez względu na światopogląd?

– Tak topornych opinii nie godzi się wypowiadać. Niemniej papież Franciszek wywołał gorącą dyskusję, przypominając, że każdy człowiek z natury może być kimś etycznym, także ktoś niereligijny. Nieetyczni bywamy częściej z innego powodu niż brak wiary w Boga.

– Z jakiego?

– Między innymi dlatego, że bycie etycznym jest trudne i wymagające, niepragmatyczne i nie przynosi łatwych korzyści. Dla przykładu – iluż to ludzi, społecznie rzecz biorąc, gotowych jest żyć nonkonformistycznie? Niestety, niewielu. Dlaczego? Bo za to się płaci wysoką cenę, czy to w działalności zawodowej, artystycznej, naukowej, religijnej lub każdej innej.

– Ale to dotyczy i jednych, i drugich.

– O tym mówię. Różnica religijny – niereligijny nie odgrywa tutaj istotnej roli. Jedni mogą znaleźć inspiracje dla nonkonformizmu w religii, inni – w ideach poza religijnych. Odkrywanie siebie jako kogoś etycznego dostępne jest dla wszystkich. Wystarczy odwołać się do arystotelesowskiej zasady, iż dobro jest tym, czego należy pożądać, a zło jest tym, czego należy unikać. Każdy z nas może to odnaleźć w sobie. Jednak najsilniejszą przyczyną bycia człowiekiem etycznym wydaje się religia. I znowu odwołajmy się do Dostojewskiego – jeśli Boga nie ma, wszystko wolno. Doprawdy trudno sobie wyobrazić sytuację, w której ludzie niereligijni powszechnie czerpią równie silną inspirację do etyczności z natury, co ludzie religijni z wiary. Z doczesności niełatwo wycisnąć wysokie standardy moralne.

– Chodzi o brak strachu przed religijnym batem Sądu Ostatecznego?

– Ludzie zwykle nie bywają tak wspaniałomyślni, aby nie obrabować banku, którego nikt nie pilnuje. Profanum także potrzebuje opresji władzy, żeby zachować jako taki porządek. Bez sankcji wiecznej, opanowanie siebie jest trudniejsze, ponieważ goła pragmatyka nieustannie skłania nas do tego, aby kierować się logiką własnej korzyści, przyjemności i wygody. Odkrywanie wysokich wartości, jaką jest np. bezinteresowność, nie przychodzi nam łatwo. Nie chcę wulgaryzować, ale kiedy podjąłem decyzję o wstąpieniu do zakonu i moi pracownicy dowiedzieli się o tym, to obudziła się w nich refleksja: „To ty już sobie nie zaru….asz, tak?”. To było dla nich niepojęte! Dla człowieka żyjącego w porządku natury wyrzeczenie się takiej wartości, jaką niewątpliwie jest życie seksualne, to jest rzecz absolutnie niepojęta. Po co?! Ale po co?! Przecież zupełnie naturalnym jest, że łączymy się w pary, że wyrażamy pragnienia seksualne, miłości, więc po co z tego rezygnować? Bardzo często zdarza się, że ktoś zderzając się z pewną grupą wartości pyta: ale po co? A wartości najszlachetniejsze nie bazują na owym – po co? Są realizowane dla nich samych, czyli bezinteresownie.

Taką na wskroś bezinteresowną wartością jest także przyjaźń. Wróćmy znów do Arystotelesa, który twierdzi: człowiek przyjaźni się z trzech powodów – ze względu na przyjemność, korzyść i ze względu na osobę przyjaciela. Przyjaźnią par excellence nazywamy tylko ten trzeci jej rodzaj, który zdarza się na tyle rzadko, iż w życiu można mieć najwyżej jednego lub dwóch przyjaciół. Bezinteresowność nie jest nagminna wśród ludzi, tak samo, jak rzadkością jest spełnienie arystotelesowskiego warunku przyjaźni, aby spotkała się dwójka ludzi równych sobie pod względem dzielności etycznej.

 Przywołuję te przykłady, by pokazać, jak trudną rzeczą jest bycie człowiekiem dzielnym etycznie. Po co być np. szlachetnym? Żeby w orderach się nosić? No chyba, że dzięki orderom, jak np. Virtuti Militari można podnieść swój status społeczny. Ale są i tacy, którzy za profesorem Bartoszewskim powiedzą po prostu: „Warto być przyzwoitym”.

– Oriana Fallaci nazwała się kiedyś „chrześcijańską ateistką”, bo jak mówiła – bliższy jest jej dźwięk kościelnego dzwonu niż krzyk muezina. Bo tradycja, w której wzrastamy, bez względu na światopogląd, wyznawaną bądź nie wyznawaną religię – kształtuje nas.

– Co do tego nie można mieć najmniejszych wątpliwości. Miejsce, w którym się rodzimy na tysiące, miliony sposobów nas określa i nikt nie opuszcza własnego domu bez bardzo ważnego powodu. W tym, co mówi Fallaci jest jednak wciąż obecny, pewnie jakoś nieunikniony, podział SWÓJ – OBCY. Obcy zasadniczo wywołuje poczucie zagrożenia.

– Czy właśnie z tego poczucia zagrożenia w ludziach tkwi przemożna chęć nawracania innych, sprawiania, by myśleli, czuli i rozumieli świat tak samo? Wydaje się, że świat stałby się strasznie smutny i nudny, gdyby to się komukolwiek udało…

 – Pokusy unifikacji doświadczamy wszyscy. Wielki Inkwizytor szepcze do każdego ucha. Utopia powszechnego cesarstwa zjednoczonej ludzkości jawi się nam jako antidotum na wojny i waśnie. Mniemamy, że będzie się żyło lepiej, gdy wszyscy będą myśleli jednakowo.

– I faktycznie – będzie?

– Jeżeli pozostajemy w ramach tego świata, to moja odpowiedź brzmi: nie. Głęboką jednomyślność można osiągnąć w przyjaźni, czyli z jednym bądź dwoma ludźmi. Z innymi trzeba stale debatować. Demokracja deliberatywna lub społeczeństwo obywatelskie na tym właśnie polegają. Nie chodzi o to, żebyśmy sobie cokolwiek narzucili, tylko żebyśmy rozmawiali ze sobą z szacunkiem dla własnej i cudzej wolności wyboru, co nie oznacza, że nie możemy się przekonywać, że nie możemy być misyjni wobec siebie. Każda rzeczywista debata pozostaje otwarta na taką możliwość. Jednak fundamentem jest to, by szanować wolność drugiego człowieka.

– Mam wrażenie, że w Polsce demokracja deliberatywna już nie jest możliwa. Nikt nikogo do niczego już nie przekona.

– Od długiego czasu przegląd bieżących sporów politycznych w Polsce nie napawa optymizmem. Zatrzymaliśmy się na etapie pyskówek, insynuacji i intryg w przekonaniu, że jedynym możliwym i skutecznym sposobem uprawiania polityki jest bezpardonowe narzucanie innym swojej woli. Lata temu Ortega y Gasset napisał, że pojawił się w Europie nowy typ człowieka, który nie chce drugiemu przyznać racji, ani nie pragnie sam mieć racji, lecz po prostu jest zdecydowany narzucać swoje poglądy innym. Byle na przekór, byle swoje uzyskać. Tacy ludzie przyswoili sobie i pobłogosławili sztukę odwoływania się do najniższych ludzkich instynktów.

– Ale wiele to mówi o ich zdaniu na temat społeczeństwa.

– Ci ludzie zorientowali się, że polityka a rebours jest skuteczniejsza niż polityka przedstawiania racji. Obecnie rządzący, z opacznego interpretowania reguł demokratycznych i zapisów Konstytucji, uczynili potężny polityczny oręż. Znaleźliśmy się znowu w autobusie, o którym śpiewali Kaczmarski i Gintrowski: „Pędzimy przez Polską dzicz, wertepy chaszcze błota, patrz w tył tam nie ma nic, żałoba i sromota…”. Do naszego autobusu weszło właśnie paru gotowych na wszystko pałkarzy, którym trzeba się umiejętnie przeciwstawić.

– Czy nie odnosi Ojciec wrażenia, że Kościół w Polsce jest podzielony tak samo, jak całe społeczeństwo, a linia podziału przebiega dokładnie w tym samym miejscu?

– Linie podziałów są bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Nie chcę zapeszyć (chociaż to w ustach księdza brzmi kuriozalnie), ale np. różnica zdań pomiędzy rządem a Episkopatem w sprawie uchodźców jest jutrzenką nadziei. Całe szczęście, że biskupi za papieżem Franciszkiem opowiedzieli się tu po stronie Ewangelii, a nie rządzących – mimo wielu wiernych w Kościele sprzyjających opinii rządu. Prawdopodobnie (bo trzeba by to dobrze zbadać) właśnie przez uchodźców Kościół zaczął także inaczej patrzeć na zagrożenie nacjonalizmem. Dopóki nie było kwestii uchodźców, Kościół w Polsce milczał albo ustami niektórych księży bronił narodowców. Linie podziału nie są proste, ponieważ równolegle Radio Maryja pozostaje wielkim beneficjentem obowiązującego układu politycznego i rozgłośnią sączącą truciznę w dusze ludzkie.

– I szkodzącą Kościołowi.

– Zajmując się w szczególności badaniem udziału polskich duchownych w dyskursie smoleńskim, jak na dłoni widzę, jaką rolę odgrywa przekaz Radia Maryja w tym względzie. Wobec tej działalności aż korci, aby użyć słów Ewangelii: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą”. Moją motywacją i celem jest troska o zbawienie dusz. Gdy spostrzegam, że coś temu zagraża, staram się reagować niezależnie od tego, jaką ktoś mi etykietę przyczepi: lewaka, zdrajcy, Judasza, politykującego księdza, itp. Wybrałem życie według Ewangelii i reguł zakonu kaznodziejów, według posłania, którym jest głoszenie Słowa dla zbawienia dusz. I tę rolę staram się wypełniać najlepiej jak potrafię. Czasami odnoszę się do sfery polityki, lecz nie po to, aby politykę par excellence uprawiać. Moja niegdysiejsza działalność społeczno-polityczna nie odgrywa tutaj istotnej roli. Staram się mediować między obszarami polityki i religii. Dlatego jeśli polityka, politycy lub politykujący księża szkodzą Kościołowi, mam naturalny mandat do tego, aby reagować, jak w każdym innym przypadku zła lub grzechu.

– Zastanawiam się nad przykładami ks. Adama Bonieckiego, ks. prof. Alfreda Wierzbickiego, teraz ks. Kazimierza Sowy. Wszyscy mają mniejsze czy większe kłopoty z kościelnymi władzami. Ojciec nie obawia się tego, że i jemu przyjdzie zmagać się z zakazami, czy ograniczeniem wolności wypowiedzi? Tego, że ktoś powie, że oto ojciec Paweł Gużyński ma zakaz publicznego wypowiadania się?

– Jak widać, choćby po księdzu Adamie Bonieckim, taki zakaz to nie jest koniec świata. Ludzie tacy jak on nie znikają z powierzchni ziemi, jakkolwiek nie cieszą się należną im swobodą. Nadto każdy kij ma dwa końce. Dysydenci w Kościele są dla niego sporym kłopotem. Kiedy dla przykładu żyłem w błogiej nieświadomości względem przestępstw księży pedofilów, to mogłem sobie pobożnie brewiarz odmawiać. Ale kiedy spotkałem ich ofiary, to nie mogę po prostu „pokornie” milczeć. To byłby współudział w zbrodni! I bardzo do tego wszystkich księży namawiam, aby nie ulegali mechanizmowi kościelnej lojalnościowej inercji. Przed wszystkim innym obowiązuje nas uczciwość wobec Ewangelii. A w imię tej samej Ewangelii mogą mnie spotkać przykrości, to żadna niespodzianka! Nie będę sam siebie oceniał. Ale proszę mi również nie zabraniać sposobności do życia według reguł, do których się zobowiązałem. Całkiem niedawno przeżyłem gorzką satysfakcję, kiedy do programu „Tak jest” w TVN24, redaktor Morozowski zaprosił księdza, który mówił w podobny sposób o problemie pedofilii w Kościele, jak ja mówiłem 5 lat temu, zbierając wówczas za to cięgi! A teraz to standard.

– Mam kłopot, bo z jednej strony uważam, że powinien być rozdział Kościoła od państwa i to dla dobra obu podmiotów, uważam też, że duchowni nie powinni wpływać na politykę i polityków. Z drugiej strony – w czasach PRL garnęliśmy się do Kościoła, chciałam, by się mieszał i chciałam, by wpływał. Czy nie zachowuję się zatem jak Kali?

– W PRL-u mieliśmy do czynienia z państwem, które gardziło obywatelami. Kościół wtedy stał się dla nich oazą wolności. Obecnie, kiedy przestrzeń publiczna cieszy się swobodą, sprawy muszą zostać poukładane inaczej tzn. normalnie, a nie nadzwyczajnie. Powinna nastąpić mądra, relatywna separacja światów polityki i religii. Przecież także w świecie PRL-u nikt w Kościele nie rościł sobie pretensji do tego, żeby opozycjonistów różnej maści politycznej en bloc sobie podporządkować. A tam byli wszyscy – liberałowie, konserwatyści, socjaliści, narodowcy. Teraz dzięki Bogu nastały w Polsce czasy wolności dla polityki i religii. Kościół powinien potraktować to jako sytuację naturalną; nareszcie możemy zająć się tym, do czego jesteśmy powołani. Mamy swobodę religijnego działania i tym powinniśmy się zajmować. Wyciągajmy wnioski chociażby w obliczu sporu kulturowego z szeroko pojętym światem wpływów islamskich i myślmy bardzo do przodu – jak nie uwikłać chrześcijaństwa w złe relacje z polityką, nacjonalizmem i wojną. Mamy ku temu znakomity punkt wyjścia w postaci soborowej deklaracji „Dignitatis humanae”.

– Punkt wyjścia mamy. Ale czy mamy klimat?

– Klimatu nie mamy. Niestety, dokument ten wielu księży cichcem kontestuje.


Koduj24. pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja