polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLONIA: Do Sydeny zawinął polski samotny żeglarz kpt. Grzegorz Węgrzyn, który plynie dookoła Ziemi. * * * POLSKA: Skonczyl się protest posłów Platformy Obywalelskiej, który trawal od 16 grudnia. w sali sejmowej. Opozycja nic nie ugrala w sporze z partią rządzącą PiS. Prezydent podpisal ustawe budżetową bez zastrzeżeń. * * * AUSTRALIA: Premier Nowej Poludniowej Walii Mike Baird niespodziewanie oglosil swoją rezygnację i wycofanie się z polityki. * * * SWIAT: Donald Trump na ceremonii inauguracji pod budynkiem Kapitolu w Waszyngtonie objął dziś stanowisko 45. prezydenta USA. Zapowiedzial uczynienie Ameryki na nowo wielkiej.
EVENTS INFO: Final Wielkej Orkiestry Świątecznej Pomocy - Ferdydurke Bar, Melbourne, 15.01, godz. 12:00 - 16:00

czwartek, 27 grudnia 2012

I już po

„Po” nie jest nie­orto­gra­ficz­nym skró­tem nazwy par­tii poli­tycz­nej. „Święta, święta i już po świę­tach” – mawiał zawsze mój ojciec 27 grud­nia rano, a ja popra­wia­łem: „Święta, święta i po świę­tach, bez już”. To nale­żało do rodzin­nego rytu­ału i nie mam wąt­pli­wo­ści, że jesz­cze do tego dia­logu wró­cimy. A na razie korzy­stam z moż­li­wo­ści, żeby sobie wes­tchnąć wśród przy­ja­ciół, choć pew­nie wszy­scy to zauwa­żyli i bez mojej pomocy (no, może poza naj­bar­dziej skacowanymi):

Święta, święta i po świętach.

Koniec sen­ty­men­tal­nej por­cji wspo­mnień. Czas przejść do reflek­sji, choć nie wia­domo co gorsze.
Po wigi­lij­nym roz­gar­dia­szu nade­szły te dwa cudow­nie puste dni, kiedy przed czło­wie­kiem roz­po­ściera się bez­miar nie­rób­stwa, a orga­nizm odrzuca wszel­kie infor­ma­cje o zale­gło­ściach, rze­komo cze­ka­ją­cych aż się za nie wezmę. „Pomy­ślę o tym jutro” – jak mawiała Scar­lett O’Hara, a nie była to głu­pia baba, choć może nieco nadpobudliwa.
Posta­no­wi­łem pooglą­dać tele­wi­zję, ale, broń Boże, nie to co pod­czas Świąt leci na wszyst­kich kana­łach i co mógł­bym opo­wie­dzieć bez oglą­da­nia. Tylko filmy. Z całej tele­wi­zji naj­bar­dziej lubię wcią­ga­jące, nie­am­bitne filmy i ame­ry­kań­skie seriale: kry­mi­nalne, naj­chęt­niej żeby część działa się na sali sądo­wej, albo medyczne.
Dla­czego ame­ry­kań­skie, a nie pol­skie? Bo są lep­sze. Wyja­śnię na pro­stym przy­kła­dzie pro­fe­sjo­na­li­zmu, na który skła­dają się: pomysł reży­sera, kasa pro­du­centa i wysi­łek aktorki. Moim ulu­bio­nym seria­lem medycz­nym był „Ostry dyżur”. W jed­nej z wcze­snych serii zagrała kil­ku­od­cin­kowy epi­zod Gosia Dobro­wol­ska, nie­gdyś pol­ska aktorka, od stanu wojen­nego w Austra­lii. Kul­mi­na­cją roli był moment, kiedy grana przez nią postać musi zde­cy­do­wać czy zary­zy­kuje depor­ta­cję, ratu­jąc życie wyma­ga­ją­cego natych­mia­sto­wej ope­ra­cji pacjenta. Chwila dra­ma­tycz­nego namy­słu – naciąga chi­rur­giczne ręka­wiczki – sięga po narzędzia…
W jed­nym z wywia­dów pod­czas wizyty w Pol­sce aktorka opo­wia­dała, jak przy­go­to­wy­wała się do roli: na żąda­nie reży­sera pro­duk­cja opła­ciła jej dwu­ty­go­dniowy staż w chi­ca­gow­skim szpi­talu, gdzie obser­wo­wała chi­rur­gów i pod ich kon­trolą setki razy wkła­dała i ścią­gała latek­sowe ręka­wiczki. Cho­dziło o to, żeby w cza­sie krę­ce­nia sceny zro­biła to wia­ry­god­nie i machi­nal­nie, zaj­mu­jąc się tym co ma do zagra­nia, a nie walką z rekwi­zy­tem. No i scena wypa­dła znakomicie…
Spo­śród pol­skich seriali zain­te­re­so­wał mnie „Komi­sarz Alex”. Nie­stety, już w pierw­szym odcinku i jesz­cze przed czo­łówką poja­wił się kiks mon­ta­żowy, za który stu­dent 1. roku Szkoły Fil­mo­wej wyle­ciałby z uczelni – w dodatku kiks łatwy do usu­nię­cia nawet po całej post­pro­duk­cji. Tylko musiałby go ktoś a) zauwa­żyć, b) chcieć wyciąć. Obej­rza­łem cały odci­nek, ale nie byłem w sta­nie się wcią­gnąć. Widzia­łem „kuch­nię”. Czy udało mi się wyja­śnić, dla­czego oglą­dam ame­ry­kań­skie seriale, a pol­skie omijam?
Mój spo­sób na oglą­da­nie fil­mów w tele­wi­zji jest pro­sty, genialny i chęt­nie się nim podzielę: nigdy nie oglą­dam ich w cza­sie, kiedy są emi­to­wane. Włą­czam tele­wi­zor tylko raz dzien­nie, za to sta­ran­nie stu­diuję pro­gram wszyst­kich kana­łów, do któ­rych mam dostęp i nagry­wam to, co wydaje mi się w sam raz dla mnie. W ten spo­sób: to ja decy­duję kiedy chcę oglą­dać, zawsze mam zapas fil­mów bez wypo­ży­cza­nia i, co naj­waż­niej­sze, mogę prze­la­ty­wać reklamy. Oglą­da­łem sobie więc w cza­sie dwóch roz­le­ni­wio­nych dni pood­kła­dane na zapas filmy, ale zamiast pła­wić się w dolce far niente, powoli wra­ca­łem do rze­czy­wi­sto­ści. Nie tylko poli­tyka wku­rza. Zdolni ludzie potra­fią sko­pać każdą rzecz, do jakiej się wezmą.
Ot, taki ame­ry­kań­ski film „Kazno­dzieja z kara­bi­nem”, nakrę­cony na pod­sta­wie auten­tycz­nych wspo­mnień nie­zwy­kłego czło­wieka. Sam Chil­ders potra­fił nie tylko pod­nieść się z cał­ko­wi­tego upadku, ale stał się spon­so­rem, a potem opie­ku­nem i obrońcą sudań­skich dzieci, nie­ludzko doświad­cza­nych przez wojnę domową. Można mieć pre­ten­sje do nie­któ­rych aspek­tów roboty fil­mo­wej, ale dwa pod­sta­wowe wątki: walka czło­wieka z samym sobą i okrutny los dzieci w Suda­nie, przy świa­do­mo­ści że to wszystko zda­rzyło się naprawdę, uwal­niają duże emocje.. .
A kiedy wpły­wają napisy koń­cowe, obok nich widzimy zdję­cia praw­dzi­wych boha­te­rów opo­wie­ści. To robi ogromne wra­że­nie. I wresz­cie, kiedy napisy dobie­gają końca, ożywa stop-klatka z auten­tycz­nym boha­te­rem filmu, auto­rem opo­wie­ści. Praw­do­po­dob­nie to co powie­dział było jego dewizą i sen­ten­cją filmu. Nie wiem. Nie przetłumaczyli.
A to ozna­cza, że w nikomu w Pol­sce, ani przed­sta­wi­cie­lom dys­try­bu­tora, ani sta­cji tele­wi­zyj­nej która film wyemi­to­wała – nie chciało się obej­rzeć go do końca. Szew­cowi ode­chciało się roboty, zanim zro­bił pode­szwy. Praw­do­po­dob­nie pro­du­cent dołą­czył do kopii listę dia­lo­gową – czyli pierw­szym win­nym był tłu­macz, co jed­nak nie uwal­nia od winy następ­nych odpo­wie­dzial­nych osób. Sprze­dali widzom nie­spraw­dzony pro­dukt, nie wie­dząc czy zamiast Sama Chil­dersa nie ukaże się na zakoń­cze­nie goła dupa, którą zazwy­czaj obej­rzał­bym chęt­niej niż obro­śnięte obli­cze nie­zbyt schlud­nego faceta, ale nie w tym przypadku.
Zamiast poroz­my­ślać o mean­drach wiary i o losie sudań­skich dzieci, zaczą­łem zasta­na­wiać się nad trak­to­wa­niem widzów przez tele­wi­zje. Wszyst­kie tele­wi­zje. Nie wiem, czy tak jest i poza Pol­ską, czy też to kolejna nasza spe­cjal­ność, że ci, któ­rzy zara­biają na mnie duże pie­nią­dze, trak­tują mnie jak ćwoka. Bo rozu­miem, że naj­waż­niejsi są rekla­mo­dawcy, ale rekla­mo­dawcy poja­wiają się dzięki mnie, jeśli jestem widzem danej sta­cji. Poza tym uwa­żam, choć nie jest to pogląd popu­larny, że jeśli coś się robi, to powinno się to robić do końca i to naj­le­piej jak się potrafi.
Przy takim zało­że­niu nale­ża­łoby wycią­gnąć np. wnio­sek, ze osoby odpo­wie­dzialne za emi­sję seriali w TVN nie potra­fią liczyć do dzie­wię­ciu. Po nada­niu ósmej serii kry­mi­nal­nego serialu sta­cja roz­po­częła nada­wa­nie… szó­stej. Po trzech odcin­kach emi­sję wstrzy­mano, po czym roz­po­częto emi­sję tej szó­stej serii od początku i tak sobie ona leci. Praw­do­po­dob­nie bez widzów, któ­rzy, klnąc z ruty­no­wym spo­ko­jem, cze­kają na dziewiątą.
Dys­ku­tu­jąc o tele­wi­zji, naj­czę­ściej bie­rzemy pod uwagę pro­gramy infor­ma­cyjne i publi­cy­styczne, cza­sem roz­rywkę, a wła­ści­wie nigdy nie mówimy o tym, co moloch wypra­wia z dzie­łami fil­mo­wymi. Aż dziw, że nie pro­te­stują naj­bar­dziej pokrzyw­dzeni, czyli auto­rzy zdjęć do filmów.
Każdy kto spę­dził kilka dni na pla­nie fil­mo­wym wie, że naj­wię­cej czasu zabiera eki­pie praca ope­ra­tora, który odpo­wiada rów­nież za świa­tło. To godziny usta­wia­nia lamp i blend, łapa­nie świa­tła natu­ral­nego, dobie­ra­nie fil­trów, a potem próby z kamerą i żmudne usta­la­nie szcze­gó­łów każ­dego kadru. To cza­sem trwa w nie­skoń­czo­ność, ale jeśli ope­ra­tor jest dobry, jego praca może pod­nieść war­tość dzieła o kilka poprze­czek. Dla­tego auto­rzy zdjęć są na spe­cjal­nych pra­wach, nikt ich nie popę­dza, i być może dla­tego nigdy nie sły­sza­łem, żeby jakiś reży­ser zabił ope­ra­tora, który za długo się cackał.
A co robią tele­wi­zje? Wszyst­kie tele­wi­zje, nie tylko nasze? Ano, po pierw­sze w gór­nym rogu kadru walą swoje logo. To zro­zu­miałe, że jest potrzebne ze względu na prawo nadawcy do wyłącz­no­ści, ale moim zda­niem nie musi być wiel­kie i ozdobne. Wagę nie­któ­rych scen pod­kre­śla się pod­jaz­dem do dużego zbli­że­nia aktora czy aktorki. A wtedy na mordę jemu czy jej wpływa wiel­kie koło zębate, albo chmurka, ewen­tu­al­nie może być pro­sia­czek (pro­siaczka na razie nie widzia­łem, ale w każ­dej chwili może się poja­wić). W prze­ciw­le­głym gór­nym rogu mamy ozna­czony limit wieku, a dołem nie­które sta­cje dają reklamy. Czę­sto wła­snych pro­gra­mów, które pokażą w przy­szło­ści. Czyli prze­szka­dzają w oglą­da­niu jed­nego pro­gramu żeby zachę­cić do obej­rze­nia innego. Nie­które sta­cje przy samym zakoń­cze­niu filmu, kiedy wła­śnie mamy dowie­dzieć się czy zła­pią mor­dercę, czy boha­ter prze­żyje ope­ra­cję albo czy ona zgo­dzi się mu wyba­czyć, wrzu­cają w kadr dużą infor­ma­cję o następ­nej pozy­cji pro­gramu. A pomię­dzy tymi wszyst­kimi napi­sami lecą sobie jakieś obrazki (bywa, że nagro­dzone Osca­rem). Nie ocze­kuj, biedny tele­wi­dzu, że film cię wcią­gnie albo wzru­szy. My tu zała­twiamy sobie swoje sprawy, a ty ciesz się, jeśli nie zgu­bi­łeś wątku.
Ile razy widzę taki zabź­dziany obraz (czło­wiek kul­tu­ralny powie­działby w tym momen­cie „prze­pra­szam za kolo­kwia­lizm”, ale nie zamie­rzam prze­pra­szać: jest zabź­dziany i już) – serce mi pęka na myśl o tym, jak ope­ra­tor dopiesz­czał każdy szcze­gół kadru.
Ale w tym psu­ciu fil­mów jest też aspekt naj­groź­niej­szy, aż dziw, że dotąd nie wywo­łał dys­ku­sji – takich jakie wywo­łują reklamy z roze­bra­nymi kobie­tami i ubra­nymi gospoch­nami. Tym aspek­tem jest wraż­li­wość dzie­cia­ków, które powinny z fil­mów pozna­wać te uczu­cia i wzru­sze­nia któ­rych nie miały oka­zji zaznać, powinny uczyć się empa­tii. Ale jeśli w głę­boko wzru­sza­ją­cych momen­tach wska­kuje pro­szek do pra­nia, to, jak sądzę, po kilku takich wal­nię­ciach o zie­mię orga­nizm przyj­muje że uczu­ciami lepiej się nie przej­mo­wać, bo może zabo­leć. Chłod­nieje. Moim zda­niem strata nie jest mniej­sza od tej, którą może spo­wo­do­wać poka­za­nie dzie­cia­kowi gołej kobiety lub butelki piwa.
Na świe­cie auto­rzy fil­mów tele­wi­zyj­nych wyzna­czają spe­cjalne miej­sca na wkle­ja­nie reklam: łatwo zauwa­żyć słu­żące do tego wyciem­nie­nia obrazu. Ale my, dumni Polacy, byle czym się nie przej­mu­jemy. My wrzu­camy bloki rekla­mowe według kodów cza­so­wych, w okre­ślo­nych ustawą odstę­pach czasu, tzn. kiedy tylko upływa wyma­gana prze­rwa mię­dzy rekla­mami. Może koleje w Pol­sce się spóź­niają, może spóź­niają się ludzie oraz insty­tu­cje. Ale przy­naj­mniej w tej jed­nej dzie­dzi­nie jeste­śmy w czo­łówce punk­tu­al­nych naro­dów świata.
Czy sprawa jest bez­na­dziejna? Ależ nie! Zmu­szony do prze­my­śle­nia tych spraw w cza­sie świą­tecz­nego nie­rób­stwa, wpa­dłem na pomysł który może rady­kal­nie zmie­nić sytu­ację: rekla­mo­dawcy będą pła­cili za to, żeby nie prze­ry­wano fil­mów. Wystar­czy im wytłu­ma­czyć, że kobieta, która z powodu bloku rekla­mo­wego nie popła­kała sobie nad losem boha­te­rów – z opóź­nie­niem kupi nowy tusz do rzęs, dziecko zużyje mniej chu­s­tek do nosa, a pozba­wiony adre­na­liny męż­czy­zna wypije mniej piwa.
Pro­duk­tywne nie­rób­stwo. Oto na czym upły­nęły mi święta.

Cezary Bryka
Studio Opinii

1 komentarz:

  1. To sam jest w Australii. Komercjalne telewizje przescigają się w durnowatym wrzucaniu reklam calkowicie niszcząc odbior filmu. Dlatego takich telewizji już nie ogladam.

    OdpowiedzUsuń

Promocja

Promocja

REKLAMA