polish internet magazine in australia

Reklama

Sponsors

NEWS: POLSKA: Trwa ogólnopolski strajk nauczycieli. Szef Związku Nauczycieli Polskich, Sławomir Broniarz poinformował, że w proteście na 20 403 placówki w Polsce uczestniczy 15 tys. 179 szkół. Stanowi to 74,29 proc. ze wszystkich. To największy strajk od 1993 roku. Nauczyciele domagają się podwyżek plac. Negocjacje z rzadem nie przyniosły pozytywnego rezultatu. * * * AUSTRALIA: Założyciel portalu WikiLeaks Julian Assange, aresztowany w Londynie, nie otrzyma szczególnego wsparcia od swojej ojczystej Australii – poinformował premier Scott Morrison. Assange’owi pomoże konsulat, ale na takich samych zasadach jak każdemu innemu Australijczykowi w podobnej sytuacji. Nie będzie traktowany wyjątkowo – dodał Morrison. * * * SWIAT: Ciężkie walki między siłami dwóch rywalizujących ze sobą rządów wybuchły w sobotę na południowych obrzeżach Trypolisu w Libii - poinformowali mieszkańcy. Światowa Organizacja Zdrowia podała z kolei, że liczba osób zabitych w walkach o miasto wzrosła do 220.
EVENTS INFO: Ewa Blaszczyk w Australii - Polskie Sanktuarium Maryjne w Essendon (Vic.), 27.04, godz. 14:00; Dom Polski "Syrena" w Rowville (Vic.), 28.04, godz. 17:00; Klub Polski w Bankstown (NSW), 4.05, godz. 18:00, 5.05, godz. 15:00

niedziela, 14 kwietnia 2019

Ryszard Opara: AMEN - Pierwszy rok na WAM

W dzisiejszym świecie zanika coś co kiedyś było wyrazem; stanowiło wyraźną różnice między ludźmi: unikalna osobowość, indywidualizm. Obecnie wszyscy stają się automatami – nastaje epoka humanizmu komputerowego.


AMEN – Odcinek 7 Autobiografii Naukowej Ryszarda Opary – Trudne początki

W czasie pierwszego roku na WAM…

Mieliśmy zajęcia, typowe dla uczelni medycznej: fizjologia, anatomia, histologia, oprócz tego były również zajęcia z przedmiotów typowo wojskowych (taktyka, rodzaje broni, terenoznawstwo).
Duży nacisk kładziono oczywiście na naukę jedynie słusznych, właściwych z duchem czasu ideologii, czyli historii marksizmu i leninizmu oraz ekonomii socjalizmu.

Studia rozpoczęło 220 podchorążych, ukończyło -125 oficerów w stopniu podporucznika. Ok 50%.
Organizacyjnie byliśmy podzieleni - na trzy kompanie, każda zajmowała jedno piętro w budynku. Każda Kompania składała się z sześciu drużyn (czyli grup studenckich) - po 12 osób. Całym rokiem, wszystkim dowodził i zarządzał Mjr Sołtysiński, który miał zastępcę d.s. politycznych -Mjr Onyszko. Każdy dzień, był z góry ustalony programem i wszystko odbywało się na rozkaz i na czas.

Komendantem uczelni był admirał Łasiński; przezacny, bardzo prawy i honorowy człowiek, a przy okazji również lekarz, profesor anatomii. Bardzo wysportowany, szczupły, zawsze miał nienaganną wyprostowaną sylwetkę. Nawet kiedy musiał odejść, (zmarł w wieku 95 lat), szedł z podniesioną głową - prosto w zaświaty.

Koszary Wojskowej Akademii Medycznej, w Łodzi przy ul. Źródłowej 52, zajmowały duży teren - kilka hektarów otoczonych wysokim płotem, dodatkowo strzeżonych przez wartowników. Każdy podchorąży, który chciał opuścić koszary, mógł to zrobić po zajęciach, ale wyłącznie z pisemną przepustką. Wyjściem alternatywnym był zawsze skok przez płot, (ja miałem w tym wyjątkową wprawę) ale to było, mogło być karane aresztem i wiązało się czasem nawet z zagrożeniem życia. Warty przy płocie pełnili bowiem żołnierze służby zasadniczej, często prości wieśniacy, którzy dostali rozkaz strzelania - do wszystkich próbujących tak... skokiem przez płot - opuścić koszary.
Zdarzyło się też kilka takich przypadków, chociaż wartownicy w większości spali albo zwyczajnie odwracali oczy. Ale niektórzy -„służbiści”, zwłaszcza ci mało wykształceni albo pochodzący np. ze środowisk plebsu, bywali czasami wprost nieobliczalni. Trzymając się ściśle, głupich rozkazów.
Wszelkie, niezgodne z regulaminem działania podchorążych, groziły też konsekwencjami – czyli „odsiadką”, w areszcie garnizonowym.

W czasie studiów, spędziłem w sumie kilkadziesiąt dni w tym „przychówku”. Głównie, za wyjazdy do Warszawy albo np. „prywatki” w cywilnych akademikach - bez przepustki, no i ograniczeń czasowych. Przepustki zawsze kończyły się o 22.00 a prywatki różnie; w zależności od okoliczności, braku poczucia czasu albo też rozmaitości; nieobecności dozorców przyzwoitości.

Areszty były kilkudniowe; dzieliły się na tzw.„zwykłe” - normalnie po zajęciach, trzeba się tam było zameldować i przespać w celi; albo tzw. „ścisłe”: czyli cały czas w celi, na drewnianej pryczy, bez koca, pościeli, łazienki; kubeł w celi jako kibel; zakratowane okno; pożywienie jeden raz na dwa dni.
W pozostałe dni podawano tylko suchy, żołnierski chleb i wodę z kranu – a ta była bez ograniczeń.
Dodatkowo w ramach szkoleń wojskowych, każdy z nas podchorążych, według ustalonego grafiku, co jakiś czas, musiał pełnić służby na tzw. dyżurce budynku - głównie, by utrzymywać odpowiedni ład i dryl, zwoływać apele, wykonywać i przekazywać polecenia dowódców.

Najmłodsze dwa roczniki, pełniły też warty wokół koszar oraz „dyżury” w kuchni, co wiązało się głównie z obieraniem ziemniaków. Aby wyżywić codziennie ok. 2 tysięcy chłopa, trzeba się było nieźle „naobierać” tego towaru. Ponad tonę kartofli dziennie. Kiedyś nawet obliczałem ile ton kartofli obrałem – aby zostać lekarzem. Wojskowym. Parę ton się uzbierało...

Po pierwszym miesiącu studiów w WAM, powoli zacząłem przyzwyczajać się do rytmu życia armii - wszyscy jechaliśmy na tym samym żołnierskim wózku i choć pochodziliśmy z całkowicie różnych miast, środowisk, musieliśmy sobie pomagać, chronić się nawzajem.

Nic tak nie łączy ludzi - jak wspólna niedola.

W pokoju miałem dwóch super kolegów, szybko nawiązałem sporo innych przyjaźni. Ale rzadko wychodziliśmy do miasta i tylko w sobotę lub niedzielę. Przede wszystkim dlatego, że nauki było rzeczywiście mnóstwo. Zaliczyłem pierwsze kolokwium z anatomii, „pełną trójką”- co było wtedy wielkim sukcesem i najlepszą oceną w naszej grupie.

Nasz profesor Wasilewski (zwany Wasyl), uważał bowiem, że piątka należy się tylko Panu Bogu; czwórka była dla niego i jego najlepszych docentów, a student ma szansę najwyżej na trójkę.
On sam (Wasyl) czasem nawet stawiał trójkę podchorążym... ale z np. dziesięcioma minusami.
Egzamin końcowy zwłaszcza z anatomii, po pierwszym roku był owiany wieloma legendami.
Z reguły w pierwszym terminie u Prof. Wasilewskiego oblewało 50% studentów. A ten kto zdał anatomię, mógł się poczuć po tym egzaminie - niemal lekarzem.

Patrząc wstecz, co zdarza mi się coraz częściej – jako zapewne normalny objaw upływu czasu czyli dojrzewania – widzę wyraźnie, jak dzisiejszy świat jest inny od tamtego. Nie mówię czy lepszy czy gorszy. To niewątpliwie kwestia oceny, a ta rzadko (może nigdy) - bywa obiektywna. Ale napewno dzisiaj takich ludzi jak Prof. Wasilewski, Łasiński i wielu innych - już nie ma.  W dzisiejszym świecie zanika coś co wtedy było wyrazem lub stanowiło wyraźną różnice między ludźmi: unikalna osobowość, indywidualizm. Obecnie wszyscy stają się automatami – nastaje epoka humanizmu komputerowego.

Wracając na ziemię WAM-u. Pewnej soboty, był to początek listopada wg grafiku miałem służbę na dyżurce, całodobową. Po południu, widziałem jak moi niektórzy koledzy szczęściarze, wychodzili na przepustkę, aby pójść do kawiarni czy kina, czyli spotkać, poprzytulać się z dziewczyną. Wtedy mało kto chodził do kina, po to aby obejrzeć film. To był raczej tylko pretekst; jedyne miejsce by to zrobić. Zazdrościłem im bardzo tej wolności i tych chwil...bo ja musiałem siedzieć i warować głupoty.
Około godziny 21.00, zadzwonił kolega z miasta, który przez telefon krzyczał:
Rysiek, to ty? Biją nas!!! Zrób coś! Potrzebujemy szybko pomocy...
Zapytałem:
- Karol- co się dzieje, gdzie jesteś”
Powiedział, że poszli z Witkiem do „Staromiejskiej”, takiej restauracji z dancingiem, na Bałutach. Poprosili do tańca dwie dziewczyny, zaczęli je podrywać, potem przytulać...no i szybko zrobiła się z tego awantura. Miejscowa żulia, będąca większością, dotkliwie ich pobiła i wyrzuciła z knajpy.

Ale na tym się nie skończyło. Obecnie są zabarykadowani w budce telefonicznej i „liżą” swe rany.
Boją się wyjść, bo żulia czeka na zewnątrz. Niewiele się namyślając, zrobiłem alarm wśród podchorążych z naszego i sąsiedniego rocznika. Zorganizowałem ok. stu chłopaków, z pasami. Przeskoczyliśmy wszyscy przez płot (wartownicy jakoś wtedy „odwrócili oczy”). Biegiem ruszyliśmy do „Staromiejskiej”. Było niedaleko – 15 minut drogą. Zrobiliśmy porządek, poprzewracaliśmy parę krzeseł, stolików; odbiliśmy „naszych” z budki; całej żulii pokazaliśmy, którędy droga. Nie doszło nawet do żadnej, większej bijatyki.

Była to raczej demonstracja siły, która zwykle tkwi w ilości. Następnie z honorem i śpiewem na ustach, wróciliśmy do koszar. Dalsza część wieczoru i noc przebiegły już bez zakłóceń.
Następnego dnia rano, w niedzielę, zostałem wezwany do Komendanta Uczelni.  Dostałem porządne OPR. (podsumowanie moich działań - po wojskowemu). Komendant zażądał ode mnie pisemnego wyjaśnienia całego zajścia oraz podania nazwisk wszystkich osób, biorących udział w „awanturze”. Zapowiedział poważne konsekwencje dla mnie, w przypadku odmowy. Zignorowałem rozkaz milczeniem. Podziwiając ciekawości sufitu.

Wypadki potoczyły się błyskawicznie.

W poniedziałek zakazano mi iść na zajęcia i wezwano do biura Komendanta na godzinę 12.00.
Podczas tego spotkania (wojskowego raportu), znowu zapytano mnie o szczegółowe wyjaśnienia i podanie nazwisk osób, które współdziałały ze mną tego zajścia, sobotniego wieczoru.
Wszystko miałem zrobić na piśmie. Natychmiast, na miejscu... odmówiłem wyjaśnień, biorąc całą winę za całe zajście na siebie, twierdząc, że zrobiłem to zgodnie z moim własnym... rozumieniem - honoru podchorążego i żołnierza. I mężczyzny.

O godzinie 14.30 wezwano mnie ponownie do Komendanta. Wtedy wręczono mi rozkaz – na piśmie, informujący, że w związku z moją odmową wykonania rozkazu wyjaśnień - zostałem dyscyplinarnie wyrzucony z uczelni WAM.

W ciągu 24 godzin muszę się rozliczyć ze wszystkiego (munduru i broni) - oraz opuścić koszary.
I pojawił się problem. W normalnej sytuacji, powinienem być karnie skierowany do wojskowej służby zasadniczej, w jakiejś karnej jednostce służby zasadniczej. Ale ponieważ miałem 17 lat - czyli byłem niepełnoletni, Komendant WAM-u - nie mógł tego zrobić, zgodnie z prawem. Postanowiono, więc najzwyczajniej wyrzucić mnie „na ulicę”, zalecając szybki powrót do domu. Tak jakby przestało ich wogóle interesować - co się dalej, ze mną stanie.

Wróciłem do swego pokoju, w bardzo muzycznie minorowym oraz pogrzebowym nastroju. Wiedziałem jednak jedno: postąpiłem właściwie, a skoro taka jest cena honoru podchorążego i mężczyzny - trudno.
Ces’t la Vie. Let it Be.!

Wtedy nie było jeszcze tego przeboju Beatesów: „Let it Be” - Wszedł do historii 2 lata potem.
Ale ja - tak to odczułem – z perspektywy czasu... jako niedoszły muzyk...

Problemy zaczęły się pojawiać kiedy próbowałem, sam sobie, odpowiedzieć na pytanie: Co dalej?
Jak to wszystko wytłumaczyć moim rodzicom, kolegom... Byłem przecież dumą, sławą i chwałą Piaseczna, a tu po zaledwie czterech miesiącach - wyrzucono mnie dyscyplinarnie z uczelni.
Podjąłem wtedy męską decyzję – jedynie słuszną, jak mi się wydawało - Nie wracam do domu!
Około 18.00 koledzy powrócili do koszar. Wszyscy dobrze wiedzieli, co się stało i niby, chyba tak na pokaz - współczuli, ale tak naprawdę wyczuwałem, że się ode mnie dystansują. Zwłaszcza Karol, inicjator bójki, ten który zadzwonił. Oni teraz myśleli raczej o problemach dnia następnego. Zwyczajnie bali się o własną dupę, przecież to oni byli sprawcami moich kłopotów, czuli się może nawet współodpowiedzialni...ale ich instynkt nakazywał im ostrożność.

Karol... i cała reszta bali się, że zmięknę, albo zmienię zdanie...no i oni polecą za mną...z Uczelni.
Nikt się za mną nie ujął. Kilku próbowało złożyć „kondolencje”; kiedy odpowiedziałem, że jeszcze nie umieram, szybko wyszli. Zostałem sam, przekonałem się, że prawdziwych przyjaciół nie mam. Powód był prosty: byłem w biedzie. Takich ludzi Nikt - Nigdy nie potrzebuje... na naszym świecie. Przekonałem się o tym później wiele razy w życiu. To normalka, standard. Szybka przepustka oraz przejście do historii... przemijania. W milczeniu samotności.

Koledzy z mojego pokoju, pilnie milczeli i studiowali. Przed kolacją, powiedziałem im, że z różnych względów (głównie ambicjonalnych) planuję nie wracać do Piaseczna, zapytali gdzie będę mieszkał. Odpowiedziałem nie wiem... ale dziś na kolacji nie będę; nie jestem głodny. Oni wyszli w milczeniu. Potakując smutkiem zrozumienia.

Wieczorem przyszedł, nieznany mi bliżej kolega z innego roku – Andrzej i zaproponował, abym pojechał do Bydgoszczy i tam właśnie zamieszkał w jego pokoju, u rodziców. Zapytałem, skąd on wie, że nie wracam do domu. Odpowiedział...wszyscy już wiedzą. Byłem zdziwiony propozycją, od w sumie nieznajomego ale nie miałem żadnej innej alternatywy... była to dla mnie jedyna - bardzo wprost miła niespodzianka. Zgodziłem się natychmiast.

Wyszliśmy na korytarz. Omówiliśmy szczegóły; uzgodniliśmy też, że będę wysyłał listy do niego, a on z kolei będzie przesyłał całą pocztę do moich rodziców. Tak samo z korespondencją od nich. Zależało mi bardzo, żeby nikt nie wiedział o tej mojej idiotycznie, bezsensownej porażce. Zwłaszcza moi kochani rodzice, których łzy miałem ciągle w oczach pamięci. Dość prozaiczne powody propozycji Andrzeja, poznałem kilka tygodni później.
Ale o tym, potem...

Tymczasem, narazie miałem gdzie mieszkać, choć moja przygoda z WAM, skończyła się szybko i bardzo nieoczekiwanie... a co się dalej stanie – wtedy nie miałem jeszcze pojęcia.

Ryszard Opara
NEon24

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Promocja

Promocja

Promocja