Praktycznie od początku Euro2012, a właściwie dłużej żyjemy pod presją oczekiwania na przemarsz, manifestację czy też pochód rosyjskich kibiców przez Warszawę. Ma się on odbyć dziś, w rocznicę święta państwowego Federacji Rosyjskiej, upamiętniającego rozwiązanie Związku Radzieckiego (Sowieckiego, jak chcą niektórzy…) – czyli upadku komunizmu w jego kolebce.
Marsz przedstawiany jest jako apokalipsa i manifestacja… no, właśnie czego? Polscy „patrioci” obawiają się, że Rosjanie w dniu upadku ZSRR będą manifestować przywiązanie do symboli komunistycznych, sierpa i młota, co już jest kuriozalne. Marsz ma się odbywać w cieniu czerwonych sztandarów, a Rosjanie mają Polaków prowokować – także na samym Stadionie Narodowym, gdzie dziś wieczorem rozgrywany jest mecz reprezentacji Polski i Rosji. Prowokacje mają ponoć polegać na puszczaniu papierowych samolocików i podpalaniu ich, co ma nawiązywać wiadomo do czego…
Aby nas Rosjanie nie prowokowali, to koniecznie musimy im przypominać, co krok, co w Polsce jest niedozwolone. Wyraźnie i dobitnie. Polska demokracja przecież nie może narazić się na despekt i zagrożenia koszulkami z sierpem i młotem, lub, co gorsza, artefaktami Lenina, kiedy był dzieckiem. Czynić to musiał nawet polski ambasador w Moskwie, aby przypadkiem ci, którzy to zamierzali, do Polski nie przyjechali.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azrael. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 czerwca 2012
niedziela, 20 maja 2012
Objazd
„Nie ważne czy dobrze, czy źle, ważne, aby o Tobie mówili”. Albo inna mutacja – „nie ważne co robisz, czy robisz to dobrze, czy źle, ludzie i tak Cię skrytykują”. Ale jeżeli z ciebie się śmieją.. wywal specjalistę od pijaru…
Nie da się ukryć, że przejazd/przelot premiera Donalda Tuska po kraju wywołał wielką falę komentarzy. Komentarzy pełnych drwin, sardonicznych, złośliwych. Niektórzy twierdzą, że ten objazd wynika ze strachu premiera przed kompromitacją przebiegu Euro2012. Nie chodzi oczywiście o piłkarzy, tu pierwszy napastnik polskiej piłki nie ma wiele do powiedzenia, ale o organizację mistrzostw, szczególnie jego zaplecza logistycznego. Mistrzostwa mają przecież zahamować spadek notowań Platformy Obywatelskiej, rządu i samego premiera.
czwartek, 17 maja 2012
Prowokatorka na zlecenie
W miniony piatek posłowie głosujacy w sprawie reformy podnoszącej wiek emerytalny dla kobiet w 2040 roku i mężczyzn w 2020 r. do 67. roku życia zostali zablokowami na terenie parlamentu przez demonstrujących cały dzień wokół budynku Sejmu związkowców z „Solidarności”.
Po raz pierwszy w najnowszej historii wolnej Polski parlamentarzyści wybrani w demokratycznych wyborach przez kilka godzin nie mogli opuścić swojego miejsca pracy. Pod ich adresem ze strony demonstrujących padały najgorsze epitety, niektórzy chcący mimo blokady wyjść zostali bici kijami. Doszło też do nękania czekających i zniecierpliwionych sytuacją posłów. Internet obiegł film ze starcia posła Platformy Obywatelskiej Stefana Niesiołowskiego z dziennikarką Ewą Stankiewicz z „Gazety Polskiej”. Dziennikarka z włączoną kamerą nieustannie nachodziła czekającego na odblokowanie wyjścia z Sejmu posła PO, Kilkakrotnie, mimo próśb Niesiołowskiego , by dała mu spokój, nie ustępowała, więc znany z okazywania emocji poseł PO zagroził, że rozbije jej kamerę. Gdy Stankiewicz nie dawała za wygraną, odepchnął kamerę, krzycząc "Won stąd!"
wtorek, 8 maja 2012
Hollande - Pan Bezbarwny
Francuzi wybrali na prezydenta Francoisa Hollande’a. Prezydenta zastępczego, choć tak oczywiście nie będą, z wrodzonej dumy, o nim mówić. Murowanym kandydatem socjalistów był Dominique Strauss-Kahn, ale jego „delegacyjne” zabawy w Nowym Jorku z pokojówką, plus zabawy z prostytutkami w samej Francji, zakończyły jego karierę polityczną, a także biznesową. Socjaliści (po wewnętrznych prawyborach) wystawili do konkursu wyborczego Hollande. I wygrał. Albo inaczej – Francuzi, znużeni i zniesmaczeni stylem sprawowania władzy przez Nicolasa Sarkozy’ego, dali mu szansę. Mam wrażenie, że czynniki ekonomiczne w ostatecznym rozrachunku, w drugiej turze wyborów, kiedy zostało tylko dwóch przeciwników, odegrały mniejszą rolę.
![]() |
| Francois Hollande. Fot. Matthiey Rieger/wikimedia |
Demokracja francuska, mająca ponad dwustuletnią tradycję, jest stabilna. Można się od niej wiele nauczyć, szczególnie po II wojnie światowej, kiedy podniosła się z traumy klęski w roku 1940, hańby Vichy, utraty pozycji mocarstwa kolonialnego, wewnętrznego załamania, z którego wyprowadził ją Charles de Gaulle, prawdziwy twórca V Republiki. To dalej demokracja poszukująca i żywa, żywa zaangażowaniem samych Francuzów, narodu, który najlepiej czuje, jaką wartością jest uczestnictwo w życiu społecznym.
sobota, 5 maja 2012
Bojkot Euro2012. Komu to jest potrzebne?
W związku z sytuacją Julii Tymoszenko PiS opowiada się za bojkotem meczów Euro2012 rozgrywanych na Ukrainie oraz dalszą presją na władze ukraińskie - napisał w oświadczeniu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Według niego polski rząd powinien również zagrozić bojkotem a odpowiednie instytucje europejskie powinny przygotować scenariusz odebrania Ukrainie prawa do organizacji powierzonej jej części mistrzostw Europy i przeniesienia jej do innego kraju. Oświadczenie prezesa Prawa i Sprawiedliwości komentuje Azrael Kubacki:
Piłka nożna to tylko sport. Nie, piłka nożna to sport i wielki biznes. I to nie wszystko – to biznes i polityka. Dlatego nie da się oddzielić tych sfer od siebie.
Jarosław Kaczyński „wystrzelił” dziś wezwaniem do bojkotu Euro2012. Na razie na Ukrainie, ale kto wie – może i w Polsce. Ta odezwa wywołała dużą konsternację, tym bardziej, że równolegle można było przeczytać blogowy wpis Ryszarda Czarneckiego, który krytykował bojkot, jako cyniczne działanie tych, którzy do tej pory nic w obronie Julii Tymoszenko nie zrobili. Jednym słowem Czarnecki postawił swojego politycznego pryncypała w jednym szeregu z Angelą Merkel i Jose Manuel Barroso i innymi politykami z Holandii, Niemiec, Bułgarii, czy Chorwacji. Szybko jednak wycofał się z tego, to przecież mogłoby się dla niego skończyć polityczną dekapitacją…
Piłka nożna to tylko sport. Nie, piłka nożna to sport i wielki biznes. I to nie wszystko – to biznes i polityka. Dlatego nie da się oddzielić tych sfer od siebie.
Jarosław Kaczyński „wystrzelił” dziś wezwaniem do bojkotu Euro2012. Na razie na Ukrainie, ale kto wie – może i w Polsce. Ta odezwa wywołała dużą konsternację, tym bardziej, że równolegle można było przeczytać blogowy wpis Ryszarda Czarneckiego, który krytykował bojkot, jako cyniczne działanie tych, którzy do tej pory nic w obronie Julii Tymoszenko nie zrobili. Jednym słowem Czarnecki postawił swojego politycznego pryncypała w jednym szeregu z Angelą Merkel i Jose Manuel Barroso i innymi politykami z Holandii, Niemiec, Bułgarii, czy Chorwacji. Szybko jednak wycofał się z tego, to przecież mogłoby się dla niego skończyć polityczną dekapitacją…
niedziela, 29 kwietnia 2012
Czy Tu 154M uderzył w brzozę?
Przedstawiamy wywiad z polskim naukowcem pracującym w Kanadzie, profesorem Pawłem Artymowiczem jaki przeprowadzil kilka dni temu dla portalu na:temat Azrael Kubacki. Rozmowa nie dotyczy polityki ale realnych przyczyn fizycznych katastrofy smoleńskiej. Zasadnicze pytanie polega na tym czy na podstawie realnych założeń naukowych i dostępnej wiedzy, polski samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim i pozostałymi 95 osobami na pokładzie rozbił się 10 kwietnia 2010 roku w wyniku zderzenia z drzewem, czy jednak możliwe są inne przyczyny katastrofy? W rozmowie prof. Artymowicz odnosi się do opracowań specjalistów pracujących dla zespołu parlamentarnego Antoniego Maciarewicza – Wiesława Biniendy, Kazimierza Nowaczyka i Grzegorza Szuladzińskiego.
piątek, 20 kwietnia 2012
A więc...wojna!
Antoni Macierewicz na spotkaniu klubu „Gazety Polskiej” w Krośnie stwierdził, że „Przecież zamach w Smoleńsku był wypowiedzeniem Polsce wojny”. Uważa, że katastrofa smoleńska (zamach) to część szerszego planu ataku Rosji na Polskę. Szkoda jednak, że nie pamięta, kto zaprosił całe dowództwo polskiego wojska na pokład tupolewa i kto jest odpowiedzialny, że po katastrofie wojskowej samolotu CASA nie zrealizował zaleceń uporządkowania lotnictwa, w tym 36. pułku specjalnego…
środa, 11 kwietnia 2012
Posmoleńska wojna domowa
![]() |
| Pomnik ku czci ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem na warszawskich Powązkach. Fot. A.Kubacki |
Wielomiesięczne dyskusje o tym, kto jest winny katastrofie, kto za nią i jej wyjaśnienie odpowiada, zapomniano o najważniejszym – o ludziach. Tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku smoleńskim, i tych, którzy pozostali. Rodziny tragicznie zmarłych zostały przez ten czas poddane traumatycznym doświadczeniom, naciskom, manipulacjom, w części zostały zostawione same sobie. Niektórzy z nich jednak sami uczestniczą w medialnych i politycznych spektaklach. Część zupełnie świadomie i bez skrupułów. Są wśród rodzin tacy, którzy gotowi są na bezczeszczenie zwłok swoich zmarłych, tylko dlatego, aby udowodnić swoje prawdy. Bezskutecznie.
Katastrofa smoleńska podzieliła Polaków, zamiast ich połączyć. Nieodwracalnie. Politycy nie odrobili lekcji nowoczesnego pojmowania interesu społecznego i patriotyzmu. Cynicznie wykorzystują tę tragedię dla celów przyziemnej polityki. Jarosław Kaczyński od dnia kiedy zdecydował się na kandydowanie w wyborach prezydenckich robi wszystko, aby budując mit swojego brata zbijać doraźny kapitał polityczny. Kilka dni temu, tuż przed drugą rocznicą tragedii powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że znów będzie kandydował na urząd prezydenta. Dziś na Krakowskim Przedmieściu nie będzie czczona pamięć zmarłych, lecz odbędzie się pierwszy mityng wyborczy. I będzie to swoista wersja „przemysłu nienawiści” wobec władzy, ale również wobec państwa. Dla Jarosława Kaczyńskiego katastrofa jest kolejnym dowodem na to, że III RP jest bękartem. Nie ma jednak żadnych skrupułów, aby tragedię wykorzystać do przejęcia władzy i wykorzystuje wszelakie mechanizmy, także medialne, aby swojego celu dopiąć.
Polskę dotknęła wielka tragedia, największa tragedia społeczna i polityczna w czasach pokoju. W jednej chwili zginęło 96 osób, Prezydent RP z małżonką, wielu znakomitych działaczy, senatorowie, posłowie, urzędnicy administracji publicznej, ludzie kultury, praktycznie całe najwyższe dowództwo polskiej armii. Nie było nigdzie w czasach pokoju tak wielkiego nieszczęścia w wymiarze państwa, tragedia jest tak wielka śmiercią wielu uczestników życia społecznego, publicznego. W samolocie lecącym do Smoleńska znaleźli się ludzie mający ważny, znaczący wpływ na funkcjonowanie państwa. Obserwując jednak to, co się działo przez pierwsze dni po katastrofie, widać było wyraźnie, że państwo poradziło sobie z tym, w wymiarze stabilności. Ani przez moment nie czuło się żadnych zagrożeń wewnętrznych, nie mówiąc o zewnętrznych. Demokracja polska potrafiła przez 20 lat wypracować procedury, które działały w warunkach ekstremalnych.
Katastrofa i tragedia nie przewartościowała podejścia do polityki, odpowiedzialności za sprawy państwa i społeczeństwa. Nie nastąpiło mityczne porozumienie narodowe ponad podziałami. Wprost przeciwnie – katastrofa tylko pogłębiła, w sposób nieodwołalny, podziały społeczne, polityczne. To, co się stało w Stanach Zjednoczonych, gdzie pod wpływem traumy ataków na WTC i Pentagon, nastąpiło zjednoczenie i polityków i społeczeństwa, w Polsce nie mogło mieć miejsca. Emocje i tragedia, poza krótkotrwałym okresem żałoby narodowej i do czasu wyborów prezydenckich, szybko opadły i nie przerodziły się w trwałą wartość polityczną i społeczną. Doświadczenia polskie po śmierci papieża Jana Pawła II wskazują, że Polacy doskonale wczuwają się w atmosferę tragedii – i szybko zapominają, jakie nauki powinni z niej wyciągnąć.
Przez wiele miesięcy wśród zwolenników Lecha Kaczyńskiego, panowała opinia, że winą za to należy obarczyć premiera Donalda Tuska, który dał się „rozegrać” Władimirowi Putinowi. Krańcowym poglądem, wygłaszanym przez Jarosława Kaczyńskiego był ten, że gdyby nie doszło do podziału wizyt i premier i prezydent polecieliby razem, do katastrofy by nie doszło. Dziś, pod wpływem Antoniego Macierewicza i mediów „smoleńskich”, czyli takich, które budują swoją pozycję na tej tragedii, dominuje pogląd o zamachu. Zamachu mieliby dokonać Rosjanie, za wiedzą i zgodą Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska.
Jeżeli dziś do dyskusji społecznej, także w mediach mainstreamu dopuszcza się i takie dywagacje, można również zadawać inne pytania. Na przykład takie, czy za katastrofę smoleńską nie odpowiada w jakiejś części Lech Kaczyński, jego brat i środowisko Prawa i Sprawiedliwości? Czy przypadkiem nie było tak, że polityczne rachuby reelekcji Lecha Kaczyńskiego stały za wyjazdem 10 kwietnia 2010 roku? I czy nie jest tak, że również polityczne rachuby nie instrumentalizują działań i opinii Jarosława Kaczyńskiego w kwestii wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy? Obarczanie winą Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska, rządu, a także Rosjan, to łatwa droga i łatwa ucieczka od własnej odpowiedzialności. Jarosław Kaczyński stracił swojego brata, który była dla niego jak lustro. I powinien stanąć przed prawdziwym lustrem i zadać sobie pytanie, czy cząstka odpowiedzialności za śmierć brata nie spoczywa na nim. A ci, którzy go otaczają, powinni się zastanowić, czy żerowanie na tragedii nie jest po prostu objawem paranoi.
Azrael Kubacki (10.04.2012, rano)
Kilka godzin później pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu (VIDEO):
wtorek, 27 marca 2012
Puste płuca prawicy
W niedzielę w odbył się kongres założycielski Solidarnej Polski, która przyjęła nazwę Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro. To, według słów samego Ziobry, ma być drugie płuco polskiej prawicy. Dwie godziny pierwsze płuco (mocno pokrojone wcześniejszymi odejściami posłów i polityków lokalnych), Prawo i Sprawiedliwość, w imię deklarowanej kilka dni temu uchwały komitetu politycznego partii, jedności prawicy, na konferencji prasowej podpisało umowę z Prawicą Rzeczpospolitej Marka Jurka. Jaki organ reprezentuje w ciele prawicowym Jurek nie ogłoszono. Ani SP, ani duumwirat PiS/RP nie są płucami, sercem, ani mózgiem polskiej prawicy. To są już tylko wydmuszki polityczne, pozbawiona szerszej idei, poza konfesyjnym podejściem do życia publicznego i socjalistycznymi pomysłami ekonomicznymi i społecznymi.
Oczywiście, taka prawica odpowiada dużej części elektoratu. Jest zapotrzebowanie, jest i odpowiedź. To elektorat definiowany jeszcze niedawno jako wielkie grupy odrzuconych, opuszczonych i przegranych w wyniku transformacji. Jest on przywiązany do idei państwa opiekuńczego, w demokracji zwanego „solidarnym”, a dodatkowo jest zanurzony w pseudo romantycznej myśli narodowej, wzbogaconej ludycznym katolicyzmem. Ale od dni polskiej transformacji minęły już 23 lata. Zmienia się Polska, jej otoczenie, zmienia się społeczeństwo. Ten program, na krótko wygrał, w roku 2005, pod postacią tak zwanej IV RP – i szybko się skompromitował. Skompromitował się nie tylko z powodu samego programu (lustracji, dekomunizacji, zawłaszczania mediów, dobrania Samoobrony do rządzenia), ale również z tego powodu, że wszyscy dziś lokujący się po prawej stronie politycy, tacy jak Kaczyński, Ziobro, Kurski, Dorn i Jurek wykazali się po prostu nieudolnością.
Cała polska prawica, nie tylko ta, ale również pozostająca poza medialnym obiegiem, ma jeden podstawowy problem – brak programu. Jedynym programem jest odsunięcie rządu Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej od władzy. To, jak się okazuje, jest za mało aby doprowadzić do zjednoczenia prawicy. Nie jest to zresztą możliwe, dopóki Jarosław Kaczyński jest w polityce. On nie tylko jest elementem blokującym możliwość połączenia wielu formacji, dodatkowo jego negatywny elektorat już nigdy nie zmieni o nim swojej opinii.
Prawicowe formacje krytykują rząd, na przykład za wzrost zadłużenia Skarbu Państwa, wzrost długu publicznego, ale jednocześnie jeżeli podejmowane są realne projekty zmiany, podnoszą larum. Tak się dzieje kiedy próbuje się zamknąć szkoły, ze względu na niż demograficzny, podobnie kiedy rząd usiłuje ograniczyć dotowanie koncernów farmaceutycznych poprzez nowe rozwiązania refundacji leków (fakt, że niezbyt zręcznie przeprowadzone regulacje). Podobnie jest z reformą emerytur. Wszystko to wynika z tego, że idee otwartego liberalizmu, tak w konserwatyzmie mocne, są dla polskiej prawicy obce.
Ale polska prawica nie wróci do władzy z jeszcze jednego powodu – ona nie jest wstanie określić celów dla Polski i Polaków. Działając reaktywnie na to, co robi Platforma Obywatelska, pozostaje zawsze pół kroku z tyłu. Cele dla Polski określa partia XXI wieku, czyli PO. Można ją kontrolować i krytykować. Można próbować korygować jej kurs. Nie zrobi tego Jarosław Kaczyński i jego PiS, ani Solidarna Polska, czy PJN. To nie są outsiderzy, lecz wieczni przegrani, bez możliwości rewanżu i realnego wpływu na Polskę.
Azrael Kubacki
Oczywiście, taka prawica odpowiada dużej części elektoratu. Jest zapotrzebowanie, jest i odpowiedź. To elektorat definiowany jeszcze niedawno jako wielkie grupy odrzuconych, opuszczonych i przegranych w wyniku transformacji. Jest on przywiązany do idei państwa opiekuńczego, w demokracji zwanego „solidarnym”, a dodatkowo jest zanurzony w pseudo romantycznej myśli narodowej, wzbogaconej ludycznym katolicyzmem. Ale od dni polskiej transformacji minęły już 23 lata. Zmienia się Polska, jej otoczenie, zmienia się społeczeństwo. Ten program, na krótko wygrał, w roku 2005, pod postacią tak zwanej IV RP – i szybko się skompromitował. Skompromitował się nie tylko z powodu samego programu (lustracji, dekomunizacji, zawłaszczania mediów, dobrania Samoobrony do rządzenia), ale również z tego powodu, że wszyscy dziś lokujący się po prawej stronie politycy, tacy jak Kaczyński, Ziobro, Kurski, Dorn i Jurek wykazali się po prostu nieudolnością.
Cała polska prawica, nie tylko ta, ale również pozostająca poza medialnym obiegiem, ma jeden podstawowy problem – brak programu. Jedynym programem jest odsunięcie rządu Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej od władzy. To, jak się okazuje, jest za mało aby doprowadzić do zjednoczenia prawicy. Nie jest to zresztą możliwe, dopóki Jarosław Kaczyński jest w polityce. On nie tylko jest elementem blokującym możliwość połączenia wielu formacji, dodatkowo jego negatywny elektorat już nigdy nie zmieni o nim swojej opinii.
Prawicowe formacje krytykują rząd, na przykład za wzrost zadłużenia Skarbu Państwa, wzrost długu publicznego, ale jednocześnie jeżeli podejmowane są realne projekty zmiany, podnoszą larum. Tak się dzieje kiedy próbuje się zamknąć szkoły, ze względu na niż demograficzny, podobnie kiedy rząd usiłuje ograniczyć dotowanie koncernów farmaceutycznych poprzez nowe rozwiązania refundacji leków (fakt, że niezbyt zręcznie przeprowadzone regulacje). Podobnie jest z reformą emerytur. Wszystko to wynika z tego, że idee otwartego liberalizmu, tak w konserwatyzmie mocne, są dla polskiej prawicy obce.
Ale polska prawica nie wróci do władzy z jeszcze jednego powodu – ona nie jest wstanie określić celów dla Polski i Polaków. Działając reaktywnie na to, co robi Platforma Obywatelska, pozostaje zawsze pół kroku z tyłu. Cele dla Polski określa partia XXI wieku, czyli PO. Można ją kontrolować i krytykować. Można próbować korygować jej kurs. Nie zrobi tego Jarosław Kaczyński i jego PiS, ani Solidarna Polska, czy PJN. To nie są outsiderzy, lecz wieczni przegrani, bez możliwości rewanżu i realnego wpływu na Polskę.
Azrael Kubacki
czwartek, 23 lutego 2012
Pisanie historii na nowo
Lecha Wałęsy nie lubię; właściwie to nigdy go nie lubiłem. Za pierwszej „Solidarności”, za tej drugiej, także w czasach kiedy był prezydentem. Złym prezydentem, otaczającym się ludźmi miernego formatu. Nie lubię go za zarozumialstwo, za brak taktu, za zawiść, brak klasy. A ruch „Solidarności” nie był moim ruchem, pomimo, że przez kilka miesięcy do związku należałem. Zraził mnie jako prezydent, nie znosiłem jego wystąpień, miałem za złe otaczanie się ludźmi w stylu Wachowskiego, Drzycimskiego, czy bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy.
Ale Wałęsa jest symbolem przełomu, jest człowiekiem, który wyniesiony na szczyt przysporzył Polsce splendoru – i dzięki temu jest jak jest, od dwudziestu dwóch lat żyjemy w normalnym, demokratycznym państwie. Nie on stworzył „Solidarność”, tak jak nie uczyniła tego suwnicowa Walentynowicz i Andrzej Gwiazda. To tylko elementy. Nie oni tworzyli ideę i prawidła, nie są autorami 21 postulatów, nie wnieśli do ruchu pierwiastka intelektualnego. Ruch społeczny był dziełem doradców pierwszego komitetu strajkowego – a jego korzenie to ROPCiO, KOR, i inne związki opozycyjne. Także Kościół Katolicki. I setki tysięcy aktywnych działaczy w kraju.
Lech Wałęsa jest popularny w Polsce i takim pozostanie już nie jako polityk, lecz jako pewien symbol. I nie chodzi tu tylko o jego przeszłość opozycyjną, czasy „Solidarności”, ale również chodzi o sprawy najnowsze, o nagonkę, jaką na niego uczyniono w ciągu ostatnich lat. Po konflikcie z braćmi Kaczyńskimi, a przede wszystkim po awanturach z publikacjami IPN, jego popularność w społeczeństwie znacznie wzrosła. Gdyby był umieszczany w rankingach, zapewne byłby w pierwszej piątce. Gdyby był dalej aktywny politycznie, jego znaczenie byłoby minimalne, ale popularność – dalej wielka.
Kilka lat temu w wywiadzie dla jednej ze stacji radiowych profesor socjologii z Torunia, Andrzej Zybertowicz, były doradca Lecha Kaczyńskiego do spraw bezpieczeństwa, także doradca Jarosława Kaczyńskiego, jeden z ideologów IV RP, człowiek, któremu wszystko się kojarzy ze służbami, a głównie z komunistycznymi służbami specjalnymi – powiedział, że historię „Solidarności” i historię jej przywódcy, Lech Wałęsy trzeba napisać na nowo. Proszę zwrócić uwagę na sformułowanie – „napisać na nowo”. Cóż za stalinowskie podejście do sprawy! Pisanie historii – i to najnowszej, na nowo! Bo o to właśnie chodzi w systematycznej nagonce na Lecha Wałęsę, której mamy teraz kolejną odsłonę, pod postacią artykułów w „Naszym Dzienniku” i tygodniku „Uważam Rze”. Osią mają być dokumenty tak zwanej komisji Ciemniewskiego, badającej materiały esbeckie po tak zwanej „nocy teczek”, sprokurowanej przez Antoniego Macierewicza w czerwcu 1992 roku.
Lech Wałęsa był uwikłany we współpracę z SB. Więcej, Lech Wałęsa był w pełni świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL, zarejestrowanym w grudniu 1970 roku i wyrejestrowanym w roku 1976. Został zarejestrowany, prawdopodobnie pod groźbą kary więzienia za drobny czyn kryminalny. Tylko, że nigdzie, i nikt nie widział dowodów bezpośrednich tej współpracy – i nawet Sławomir Cenckiewicz z Piotrem Gontarczykiem, w swojej pracy “SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” nie postawili tezy, że uwikłanie młodego robotnika miało wpływ na jego dalszą działalność. Inaczej – zabrakło im odwagi na postawienie tezy, że właśnie wyzwolenie się Lecha Wałęsy ze współpracy z SB dało mu siłę do działalności opozycyjnej w Wolnych Związkach Zawodowych, w trakcie strajku, potem w podziemiu lat ‘80. Autorzy takiej tezy nie mogli jej postawić, ponieważ nie po to pisali swoją książkę. Oni ją pisali dla “prawdy historycznej”. Prawdy tak zwanej IV RP, takiej jak ją widzi profesor Zybertowicz.
Lech Wałęsa jest w trudnej sytuacji. Nie, nie trudnej z punktu widzenia siebie, jako symbolu “S” w Polsce i na świecie. Tego mu nikt nie zabierze, nikt nie jest w stanie, nawet jego wrogowie, zanegować jego pozycji. Ludzie tacy, jak Krzysztof Wyszkowski, małżeństwo Gwiazdów, stada pseudo-patriotów – nie są wstanie wymazać go z fotografii lat 70. Lechowi Wałęsie jest trudno, psychologicznie jest trudno, ponieważ nie panuje nad sytuacją – a zawsze, nawet kiedy przegrywał w wyborach z Kwaśniewskim – miał poczucie, że jednak nie wszystko stracone. Tu jest inaczej – każda jego reakcja na oskarżenia i oszczerstwa, każda wypowiedź będzie interpretowana i analizowana – i odwracana na jego niekorzyść.
Z punktu widzenia dyskusji o tym, czy Wałęsa był donosicielem, czy nie – dla stron sporu nie będzie miało to znaczenia. Jasne jest, że były prezydent był uwikłany przez kilka lat, co najmniej do 1973 roku, w kontakty z funkcjonariuszami służb. Nie zmienia to osądu (i historycznej prawdy) na rolę tego człowieka we współczesnej historii Polski i jego znaczenie w odzyskaniu przez nasz kraj pełnej suwerenności. Zwolennicy teorii spiskowych, dla których Wałęsa był narzędziem w rękach SB, zdania nie zmienią. Bo dla nich nie ma to znaczenia, dla nich WSZYSTKO było spiskiem i takim pozostaje, od samego Sierpnia ‘80, poprzez Okrągły Stół, na III Rzeczpospolitej kończąc. Dla nich “współpraca” Wałęsy jest tylko “przyczynkiem”, potwierdzającym ich chore rojenia i teorie.
Atakujący Lecha Wałęsę mają kolosalną przewagę. Mają za sobą akta SB. Akta ubeckie, twórczo i przekonywająco wykorzystywane do sformułowania oskarżeń. Mają za sobą także cześć mediów, tych prawicowych. Dal nich prawda może być tylko jedna – w tym wypadku prawda oparta na teczkach i potwierdzona przez funkcjonariuszy SB. Są jeszcze robotnicy, koledzy Lecha Wałęsy z wydziału W-4 stoczni im. Lenina, którzy pamiętają, co i kiedy mówił Wałęsie prawie 40 lat temu, a właściwie – pamięć odświeżyły im materiały IPN, które usłużnie podsunęli Cenckiewicz z Gontarczykiem.
Dziwne, ale Jerzy Borowczak, były szef „S” w stoczni, który był blisko Wałęsy, mówi, że nie wierzy…
Azrael Kubacki
Studio Opinii
Ale Wałęsa jest symbolem przełomu, jest człowiekiem, który wyniesiony na szczyt przysporzył Polsce splendoru – i dzięki temu jest jak jest, od dwudziestu dwóch lat żyjemy w normalnym, demokratycznym państwie. Nie on stworzył „Solidarność”, tak jak nie uczyniła tego suwnicowa Walentynowicz i Andrzej Gwiazda. To tylko elementy. Nie oni tworzyli ideę i prawidła, nie są autorami 21 postulatów, nie wnieśli do ruchu pierwiastka intelektualnego. Ruch społeczny był dziełem doradców pierwszego komitetu strajkowego – a jego korzenie to ROPCiO, KOR, i inne związki opozycyjne. Także Kościół Katolicki. I setki tysięcy aktywnych działaczy w kraju.
Lech Wałęsa jest popularny w Polsce i takim pozostanie już nie jako polityk, lecz jako pewien symbol. I nie chodzi tu tylko o jego przeszłość opozycyjną, czasy „Solidarności”, ale również chodzi o sprawy najnowsze, o nagonkę, jaką na niego uczyniono w ciągu ostatnich lat. Po konflikcie z braćmi Kaczyńskimi, a przede wszystkim po awanturach z publikacjami IPN, jego popularność w społeczeństwie znacznie wzrosła. Gdyby był umieszczany w rankingach, zapewne byłby w pierwszej piątce. Gdyby był dalej aktywny politycznie, jego znaczenie byłoby minimalne, ale popularność – dalej wielka.
Kilka lat temu w wywiadzie dla jednej ze stacji radiowych profesor socjologii z Torunia, Andrzej Zybertowicz, były doradca Lecha Kaczyńskiego do spraw bezpieczeństwa, także doradca Jarosława Kaczyńskiego, jeden z ideologów IV RP, człowiek, któremu wszystko się kojarzy ze służbami, a głównie z komunistycznymi służbami specjalnymi – powiedział, że historię „Solidarności” i historię jej przywódcy, Lech Wałęsy trzeba napisać na nowo. Proszę zwrócić uwagę na sformułowanie – „napisać na nowo”. Cóż za stalinowskie podejście do sprawy! Pisanie historii – i to najnowszej, na nowo! Bo o to właśnie chodzi w systematycznej nagonce na Lecha Wałęsę, której mamy teraz kolejną odsłonę, pod postacią artykułów w „Naszym Dzienniku” i tygodniku „Uważam Rze”. Osią mają być dokumenty tak zwanej komisji Ciemniewskiego, badającej materiały esbeckie po tak zwanej „nocy teczek”, sprokurowanej przez Antoniego Macierewicza w czerwcu 1992 roku.
Lech Wałęsa był uwikłany we współpracę z SB. Więcej, Lech Wałęsa był w pełni świadomym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL, zarejestrowanym w grudniu 1970 roku i wyrejestrowanym w roku 1976. Został zarejestrowany, prawdopodobnie pod groźbą kary więzienia za drobny czyn kryminalny. Tylko, że nigdzie, i nikt nie widział dowodów bezpośrednich tej współpracy – i nawet Sławomir Cenckiewicz z Piotrem Gontarczykiem, w swojej pracy “SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” nie postawili tezy, że uwikłanie młodego robotnika miało wpływ na jego dalszą działalność. Inaczej – zabrakło im odwagi na postawienie tezy, że właśnie wyzwolenie się Lecha Wałęsy ze współpracy z SB dało mu siłę do działalności opozycyjnej w Wolnych Związkach Zawodowych, w trakcie strajku, potem w podziemiu lat ‘80. Autorzy takiej tezy nie mogli jej postawić, ponieważ nie po to pisali swoją książkę. Oni ją pisali dla “prawdy historycznej”. Prawdy tak zwanej IV RP, takiej jak ją widzi profesor Zybertowicz.
Lech Wałęsa jest w trudnej sytuacji. Nie, nie trudnej z punktu widzenia siebie, jako symbolu “S” w Polsce i na świecie. Tego mu nikt nie zabierze, nikt nie jest w stanie, nawet jego wrogowie, zanegować jego pozycji. Ludzie tacy, jak Krzysztof Wyszkowski, małżeństwo Gwiazdów, stada pseudo-patriotów – nie są wstanie wymazać go z fotografii lat 70. Lechowi Wałęsie jest trudno, psychologicznie jest trudno, ponieważ nie panuje nad sytuacją – a zawsze, nawet kiedy przegrywał w wyborach z Kwaśniewskim – miał poczucie, że jednak nie wszystko stracone. Tu jest inaczej – każda jego reakcja na oskarżenia i oszczerstwa, każda wypowiedź będzie interpretowana i analizowana – i odwracana na jego niekorzyść.
Z punktu widzenia dyskusji o tym, czy Wałęsa był donosicielem, czy nie – dla stron sporu nie będzie miało to znaczenia. Jasne jest, że były prezydent był uwikłany przez kilka lat, co najmniej do 1973 roku, w kontakty z funkcjonariuszami służb. Nie zmienia to osądu (i historycznej prawdy) na rolę tego człowieka we współczesnej historii Polski i jego znaczenie w odzyskaniu przez nasz kraj pełnej suwerenności. Zwolennicy teorii spiskowych, dla których Wałęsa był narzędziem w rękach SB, zdania nie zmienią. Bo dla nich nie ma to znaczenia, dla nich WSZYSTKO było spiskiem i takim pozostaje, od samego Sierpnia ‘80, poprzez Okrągły Stół, na III Rzeczpospolitej kończąc. Dla nich “współpraca” Wałęsy jest tylko “przyczynkiem”, potwierdzającym ich chore rojenia i teorie.
Atakujący Lecha Wałęsę mają kolosalną przewagę. Mają za sobą akta SB. Akta ubeckie, twórczo i przekonywająco wykorzystywane do sformułowania oskarżeń. Mają za sobą także cześć mediów, tych prawicowych. Dal nich prawda może być tylko jedna – w tym wypadku prawda oparta na teczkach i potwierdzona przez funkcjonariuszy SB. Są jeszcze robotnicy, koledzy Lecha Wałęsy z wydziału W-4 stoczni im. Lenina, którzy pamiętają, co i kiedy mówił Wałęsie prawie 40 lat temu, a właściwie – pamięć odświeżyły im materiały IPN, które usłużnie podsunęli Cenckiewicz z Gontarczykiem.
Dziwne, ale Jerzy Borowczak, były szef „S” w stoczni, który był blisko Wałęsy, mówi, że nie wierzy…
Azrael Kubacki
Studio Opinii
czwartek, 16 lutego 2012
Droga ku historii
Czy ktoś jeszcze pamięta jaka radość panowała w komitecie wyborczym Platformy Obywatelskiej po wygranych, drugich z kolei wyborach parlamentarnych? Niewielu zapewne, a minęło dopiero przecież kilka miesięcy; właśnie mija pierwsze sto dni nowego rządu Donalda Tuska. Sto dni, w których sam premier stracił wiele zaufania społecznego (jest w tym rankingu na miejscu… czwartym), a jego rząd ma 70% negatywnych opinii. I nikt z ankietowanych w ostatnim sondażu nie ocenia go „bardzo dobrze”.
Ten rząd jest jeszcze bardziej autorski, niż poprzedni, pomijając polityków koalicyjnego PSL. Brak w nim Grzegorza Schetyny i odsunięcie go na bocznicę polityczną jest tego najbardziej jaskrawym przykładem. Ale nie tylko brak ex-marszałka Sejmu, ale również dziwne nominacje ministerialne (Gowin, Mucha, Nowak, Cichocki), wskazują na to, że był on budowany pod kątem całkowitego przesunięcia centrum politycznego w Aleje Ujazdowskie, do kancelarii premiera. Tam ma być nie tylko centrum legislacyjne, ale również centrum decyzyjne. Efekt jest taki, że z KPRM dziś do Sejmu dotarło zaledwie kilka projektów ustaw i to raczej w sprawach drugorzędnych. Sejm, już dawno pozbawiony roli agory debat politycznych, które przesunęły się do mediów, został dziś pozbawiony paliwa legislacyjnego. Mało kto wie o tym, że posłowie rządzącej partii nie mają prawa zgłaszać własnych projektów do laski marszałkowskiej, lecz muszą być one kierowane do kancelarii, a stamtąd dopiero wracają w formie gotowych materiałów. A projekty innych klubów sejmowych (choć marszałek Ewa Kopacz zrezygnowała praktycznie z tak zwanej zamrażalki) mają znaczenie drugorzędne. A przecież reformy ponoć są w drugiej kadencji konieczne.
Donald Tusk znalazł się poniekąd w roli amerykańskiego prezydenta, który przez pierwszą kadencję musi myśleć o utrzymaniu poparcia z wyborów i dotrwania do następnych, równie udanych, druga natomiast jest po to, aby przejść do historii. Dziś Donald Tusk musi się zastanowić, jak przejść do historii polskiej polityki nie tylko jako ten, który dwa razy doprowadził swoją formację do zwycięstwa wyborczego, ale również zostawił po sobie konkretne rozwiązania, reformy, projekty. Dziś, poza „Orlikami”, mającymi konkretną wartość społeczną, trudno znaleźć coś, co zapisze się jako wyraźna zmiana jakości. Liczba problemów nie maleje, wręcz rośnie; nie ma dziedziny życia, gdzie są wymagane nie kosmetyczne decyzje, a wręcz rewolucje. Administracja z jej przerostami, szkolnictwo podstawowe (kompletne fiasko upowszechnienia systemu szkoły dla sześciolatków), wyższe ze swoimi przewagą formy nad jakością, finanse państwa (z reformą emerytalną, także służb mundurowych), rozgrzebane reformy ochrony zdrowia, etc., etc.. Pytanie tylko, z kim i jak te reformy mają zostać wdrożone? Przykro to stwierdzić, ale w otoczeniu premiera do formatu reformatora dorasta chyba tylko Jan Vincent Rostowski, bo nawet nowy minister od spraw cyfryzacji, Michał Boni doskonale tworzy wizje, ale chyba jednak jest gorzej z ich wdrożeniami. A poza tym jest on poza „klubem” Donalda Tuska w jego kancelarii.
Jest jeszcze coś, co widać gołym okiem. Końcówka ubiegłorocznej kampanii wyborczej pokazała, jaką siłą i determinacją dysponował Donald Tusk. Wygrana, i to wyraźna wygrana, to jego zasługa. Kilka ostatnich tygodni spędzonych w „Tuskobusie”, szybkie reakcje na kryzysowe sytuacje (jak choćby śmiertelne potrącenie kibica „Falubazu” w Zielonej Górze), umiejętność reagowania zgodnie z odczuciami społecznymi – to były atuty premiera. Pamiętamy jak rozwiązał problem z dopalaczami, nie mówiąc już o aferze hazardowej. Dziś, patrząc na problem z umową ACTA i gigantycznym zamieszaniem z refundacją leków, widać że Tusk traci intuicję społeczną. I nie jest to tylko wina złych doradców, którzy go źle poinformowali w kluczowych sprawach – to problem wypalenia. Dziś – inaczej niż to było kilka lat temu – premier nie jest tym, który wchodzi z boku i jednym ruchem rozwiązuje problem, ale cofa się, kluczy, zmienia zdanie. Konsultacje społeczne, tak jak w przypadku ACTA, mogą zostać odczytane jako słabość.
Gorzej, że każdy z tych problemów, z jakimi mamy do czynienia na początku tego roku (emerytury, ACTA, refundacje leków) i związane z nimi gwałtowne protesty, ma odbicie w odpływie elektoratu. Chyba nikt już nie pamięta, kiedy Platforma Obywatelska miała w sondażach poniżej 30% poparcia. To, że „betonowy” PiS nie zyskuje, a inne formacje niewiele, może napawać Tuska i jego otoczenie nadzieją na „odbudowanie” pozycji. Nie ma to również znaczenia ze względu na to, że jesteśmy na początku kadencji parlamentarnej. Jednak dwie akcje zbierania podpisów w sprawie referendum (ACTA i reforma podwyższającą wiek emerytalny) dały zastanawiający wynik. Pod akcją społeczną w sprawie ACTA zebrani kilkaset tysięcy podpisów, w sprawie emerytur jest ich już ponad 1,5 mln. To wyborcy niezadowoleni z polityki rządu Donalda Tuska. I tylko chwilowo nieprzyporządkowany politycznie do żadnej formacji.
Janina Paradowska, publicystka „Polityki”, twierdzi od zawsze, że najsłabszą domeną rządu Tuska i PO jest marketing, polityczny PR. I jest to prawda. Dziś ten PR jest wyjątkowo słaby. Ale problemów, jakie stoją przed rządem i samym premierem nie rozwiąże się marketingowo. Trzeba je rozwiązać tak jak się to robi normalnie – podejmując decyzje, rzutujące na państwo, społeczeństwo, ekonomię, dziś i za wiele lat. Bo jak się chce przejść do historii, nie tylko jako piłkarz i twórca placów zabaw, to trzeba te decyzje podejmować.
Dziś wyraźnie widać, w jakim kierunku zmierza Platforma Obywatelska politycznie – jest to kierunek na lewo. To także kierunek na większą polaryzację sceny politycznej, ale już nie w układzie dualizmu PO – PiS. To zaczyna się rozgrywka lewica – prawica z Kościołem katolickim w tle. Donald Tusk wie, że reform z populistami z prawicy nie zrobi. Dziś jego sojusznikami jest eseldowska lewica i antyklerykalny Palikot. Od zręczności Donalda Tuska będzie zależało, czy te dwie „przystawki” zostaną skonsumowane
Azrael Kubacki
Studio Opinii
Ten rząd jest jeszcze bardziej autorski, niż poprzedni, pomijając polityków koalicyjnego PSL. Brak w nim Grzegorza Schetyny i odsunięcie go na bocznicę polityczną jest tego najbardziej jaskrawym przykładem. Ale nie tylko brak ex-marszałka Sejmu, ale również dziwne nominacje ministerialne (Gowin, Mucha, Nowak, Cichocki), wskazują na to, że był on budowany pod kątem całkowitego przesunięcia centrum politycznego w Aleje Ujazdowskie, do kancelarii premiera. Tam ma być nie tylko centrum legislacyjne, ale również centrum decyzyjne. Efekt jest taki, że z KPRM dziś do Sejmu dotarło zaledwie kilka projektów ustaw i to raczej w sprawach drugorzędnych. Sejm, już dawno pozbawiony roli agory debat politycznych, które przesunęły się do mediów, został dziś pozbawiony paliwa legislacyjnego. Mało kto wie o tym, że posłowie rządzącej partii nie mają prawa zgłaszać własnych projektów do laski marszałkowskiej, lecz muszą być one kierowane do kancelarii, a stamtąd dopiero wracają w formie gotowych materiałów. A projekty innych klubów sejmowych (choć marszałek Ewa Kopacz zrezygnowała praktycznie z tak zwanej zamrażalki) mają znaczenie drugorzędne. A przecież reformy ponoć są w drugiej kadencji konieczne.
Donald Tusk znalazł się poniekąd w roli amerykańskiego prezydenta, który przez pierwszą kadencję musi myśleć o utrzymaniu poparcia z wyborów i dotrwania do następnych, równie udanych, druga natomiast jest po to, aby przejść do historii. Dziś Donald Tusk musi się zastanowić, jak przejść do historii polskiej polityki nie tylko jako ten, który dwa razy doprowadził swoją formację do zwycięstwa wyborczego, ale również zostawił po sobie konkretne rozwiązania, reformy, projekty. Dziś, poza „Orlikami”, mającymi konkretną wartość społeczną, trudno znaleźć coś, co zapisze się jako wyraźna zmiana jakości. Liczba problemów nie maleje, wręcz rośnie; nie ma dziedziny życia, gdzie są wymagane nie kosmetyczne decyzje, a wręcz rewolucje. Administracja z jej przerostami, szkolnictwo podstawowe (kompletne fiasko upowszechnienia systemu szkoły dla sześciolatków), wyższe ze swoimi przewagą formy nad jakością, finanse państwa (z reformą emerytalną, także służb mundurowych), rozgrzebane reformy ochrony zdrowia, etc., etc.. Pytanie tylko, z kim i jak te reformy mają zostać wdrożone? Przykro to stwierdzić, ale w otoczeniu premiera do formatu reformatora dorasta chyba tylko Jan Vincent Rostowski, bo nawet nowy minister od spraw cyfryzacji, Michał Boni doskonale tworzy wizje, ale chyba jednak jest gorzej z ich wdrożeniami. A poza tym jest on poza „klubem” Donalda Tuska w jego kancelarii.
Jest jeszcze coś, co widać gołym okiem. Końcówka ubiegłorocznej kampanii wyborczej pokazała, jaką siłą i determinacją dysponował Donald Tusk. Wygrana, i to wyraźna wygrana, to jego zasługa. Kilka ostatnich tygodni spędzonych w „Tuskobusie”, szybkie reakcje na kryzysowe sytuacje (jak choćby śmiertelne potrącenie kibica „Falubazu” w Zielonej Górze), umiejętność reagowania zgodnie z odczuciami społecznymi – to były atuty premiera. Pamiętamy jak rozwiązał problem z dopalaczami, nie mówiąc już o aferze hazardowej. Dziś, patrząc na problem z umową ACTA i gigantycznym zamieszaniem z refundacją leków, widać że Tusk traci intuicję społeczną. I nie jest to tylko wina złych doradców, którzy go źle poinformowali w kluczowych sprawach – to problem wypalenia. Dziś – inaczej niż to było kilka lat temu – premier nie jest tym, który wchodzi z boku i jednym ruchem rozwiązuje problem, ale cofa się, kluczy, zmienia zdanie. Konsultacje społeczne, tak jak w przypadku ACTA, mogą zostać odczytane jako słabość.
Gorzej, że każdy z tych problemów, z jakimi mamy do czynienia na początku tego roku (emerytury, ACTA, refundacje leków) i związane z nimi gwałtowne protesty, ma odbicie w odpływie elektoratu. Chyba nikt już nie pamięta, kiedy Platforma Obywatelska miała w sondażach poniżej 30% poparcia. To, że „betonowy” PiS nie zyskuje, a inne formacje niewiele, może napawać Tuska i jego otoczenie nadzieją na „odbudowanie” pozycji. Nie ma to również znaczenia ze względu na to, że jesteśmy na początku kadencji parlamentarnej. Jednak dwie akcje zbierania podpisów w sprawie referendum (ACTA i reforma podwyższającą wiek emerytalny) dały zastanawiający wynik. Pod akcją społeczną w sprawie ACTA zebrani kilkaset tysięcy podpisów, w sprawie emerytur jest ich już ponad 1,5 mln. To wyborcy niezadowoleni z polityki rządu Donalda Tuska. I tylko chwilowo nieprzyporządkowany politycznie do żadnej formacji.
Janina Paradowska, publicystka „Polityki”, twierdzi od zawsze, że najsłabszą domeną rządu Tuska i PO jest marketing, polityczny PR. I jest to prawda. Dziś ten PR jest wyjątkowo słaby. Ale problemów, jakie stoją przed rządem i samym premierem nie rozwiąże się marketingowo. Trzeba je rozwiązać tak jak się to robi normalnie – podejmując decyzje, rzutujące na państwo, społeczeństwo, ekonomię, dziś i za wiele lat. Bo jak się chce przejść do historii, nie tylko jako piłkarz i twórca placów zabaw, to trzeba te decyzje podejmować.
Dziś wyraźnie widać, w jakim kierunku zmierza Platforma Obywatelska politycznie – jest to kierunek na lewo. To także kierunek na większą polaryzację sceny politycznej, ale już nie w układzie dualizmu PO – PiS. To zaczyna się rozgrywka lewica – prawica z Kościołem katolickim w tle. Donald Tusk wie, że reform z populistami z prawicy nie zrobi. Dziś jego sojusznikami jest eseldowska lewica i antyklerykalny Palikot. Od zręczności Donalda Tuska będzie zależało, czy te dwie „przystawki” zostaną skonsumowane
Azrael Kubacki
Studio Opinii
czwartek, 19 stycznia 2012
Bez głosu generała
Kilka dni temu „Rzeczpospolita” i „Gazeta Polska Codziennie” podały, jako sensację, że z odsłuchanych taśm z rejestratorów samolotu Tu 154M wynika, że generała Andrzeja Błasika w kabinie pilotów tuż przed katastrofą smoleńską nie było. Ma to oznaczać, że nie było nacisków na pilotów, aby lądowali za wszelką cenę. Na podstawie tych informacji, jakie wyciekły z prokuratury, najprawdopodobniej przy udziale adwokatów rodzin smoleńskich, zaczęto budować nową narrację. Brzmi ona – raport komisji ministra Millera (Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego) jest z gruntu fałszywy, należy powołać nową, najlepiej międzynarodową.
Dziś odbyła się konferencja prasowa prokuratury, prowadzona przez prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta. Omówił on sprawy śledztwa smoleńskiego, swojej wizyty w Rosji, rozmów z rosyjską prokuraturą. Ale dziennikarze czekali na potwierdzenie swoich rewelacji. I doczekali się – rzeczywiście, słowa do tej pory przypisywane generałowi Błasikowi, odczytane ze stenogramów przez biegłych z Krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych imienia J. Sehna, zostały faktycznie wypowiedziane przez kogoś innego – członka załogi, drugiego pilota, mjr Roberta Grzywę. Prokuratura stwierdziła, że nie może podać dowodów, że w ostatniej fazie lotu Błasik był w kokpicie samolotu, podawał komendy, lub odczyty przyrządów i wywierał nacisk na załogę, aby ta lądowała w warunkach niedozwolonych (a takie były w dniu 10 kwietnia 2010 roku). Odczyty laboratorium krakowskiego przyporządkowały – uwaga – wszystkie odczytane i rozpoznane głosy konkretnym komendom i rozmowom. Ale są również w stenogramach głosy i frazy, których przyporządkować się nie da. Oznacza to, że obecności generała Błasika w kabinie pilotów wykluczyć nie można.
Prokurator Ireneusz Szeląg podał jeszcze jedną ważną informację – kopie taśm znajdujące się w Polsce są zgodne w 100% z oryginałami z rejestratorów samolotu, a oryginały po katastrofie nie podlegały żadnym zabiegom. Oznacza to, że kopie taśm i ich stenogramy mogą być zaliczone jako dowód w postępowaniu prokuratorskim.
Czy rewelacje dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i „GPC”, dziś w pewnym stopniu potwierdzone przez prokuratorów wojskowych, mają jakiekolwiek znaczenie dla zmiany naszego osądu o bezpośrednich przyczynach katastrofy smoleńskiej? Nie, nie mają praktycznie żadnego znaczenia. Podstawowe przyczyny katastrofy, czyli błędy załogi były już wiadome praktycznie dwa tygodnie po kwietniowej katastrofie. Dalej nie znamy odpowiedzi na pytania z pogranicza techniki, organizacji i polityki, czyli na te, kto i dlaczego podjął probe lądowania (czy próbnego podejścia, jak chcą niektórzy) w warunkach skrajnie niesprzyjających, poniżej poziomu bezpieczeństwa lotniska, a przede wszystkim poniżej poziomu uprawnień i wyszkolenia załogi. Nie wiemy również tego, co, lub kto zmusił załogę do startu z Warszawy, pomimo informacji o złych warunkach pogodowych, nie wiemy dlaczego załoga już w trakcie lotu nie odeszła na lotniska zapasowe, pomimo potwierdzenia dramatycznie złych warunków nad pasem lądowiska. We wszystkich tych pytaniach, jako podmiot domyślny może występować generał Andrzej Błasik, jako faktyczny dowódca tego lotu. To on przecież przyjmował rankiem 10 kwietnia na płycie lotniska Okęcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, meldując samolot i załogę gotową do lotu.
Raport komisji ministra Jerzego Millera jest rzetelny, opierał się na dostępnych materiałach i nic nie przemawia za tym aby powoływać nową komisję. I będzie on zaliczony jako dowód w postępowaniu prokuratorskim. Nie do podważenia jest teza, oparta o analizę dokumentów, zeznań i właśnie odczyty rejestratorów samolotu, że główną i bezpośrednią przyczyną katastrofy były błędy w szkoleniu polskiej załogi. W raporcie wyraźnie jest zaznaczone, że poziom wyszkolenia załogi zagrażał bezpieczeństwo lotów. I do tego załoga prezydenckiego samolotu została zestawiona dzień przed wylotem. Raport komisji stwierdził lekceważenie procedur, norm, a przede wszystkim brak szkoleń, w tym na symulatorach. Łamano przepisy w pułku, który miał zapewnić bezpieczeństwo najwyższym urzędnikom państwa. Lotnicy nigdy nie trenowali awaryjnych sytuacji na symulatorze lotów. Byli to młodzi wiekiem i stażem żołnierze, o zbyt słabym wyszkoleniu i małym doświadczeniu do pilotowania ciężkiego samolotu pasażerskiego w tak skrajnych warunkach. I powinien zdawać sobie z tego sprawę ich przełożony, dowódca lotnictwa, generał Andrzej Błasik. Jak również z tego, że załoga nie miała ważnych uprawnię formalnych do lotu samolotem Tu 154M.
10 kwietnia 2010 roku na pokładzie samolotu znajdował się zwierzchnik sił zbrojnych, prezydent RP, Lech Kaczyński i najwyższa kadra oficerska Wojska Polskiego. Warto przypomnieć, że raport komisji Millera stwierdza, że nie odnotowano w dostępnych materiałach bezpośrednich nacisków na załogę. Arkadiusz Protasiuk i jego zastępca, Robert Grzywa, mieli jednak tę świadomość, na jaką uroczystość lecą, że spóźnieni wylecieli z Warszawy, że niewylądowanie może mieć poważne reperkusje. Dla nich, pilotów i oficerów, ale również dla osób będących na pokładzie. Kapitan Protasiuk poddany był, być może niezwerbalizowanej, ogromnej presji, ponieważ dowódcą tego statku powietrznego nie był on, lecz prezydent Lech Kaczyński i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie będą reperkusje, nie tylko dla niego, jeżeli samolot nie przyziemi na smoleńskim lotnisku. Być może piloci nie mieli czasu na to, aby po prostu zastanowić się nad tym, aby podjąć własną, w pełni autonomiczną decyzję.
To co się działo po konferencji prokuratury wojskowej, czyli szybkie konferencje Jarosława Kaczyńskiego z przybocznym, Antonim Macierewiczem, a także briefing w Sejmie Zbigniewa Ziobro, szefa Solidarnej Polski, świadczą o tym, że w tym wszystkim dalej głównie chodzi o politykę. Ustalenie w innym brzmieniu kilku linijek stenogramu taśm rejestratora Tu154M, jakie dokonali biegli z Krakowa, nic nie zmienia. Honor polskiego generała? Nie ucierpiał. Zarówno piloci Tu 154M, jak i samolotu CASA, który rozbił się pod Mirosławcem w styczniu 2008 roku, byli jego podwładnymi. Warto o tym pamiętać, ponieważ do obu katastrof, jak się dziś wydaje, doprowadziły błędy pilotów, którymi generał dowodził.
Azrael Kubacki
Studio Opinii
Dziś odbyła się konferencja prasowa prokuratury, prowadzona przez prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta. Omówił on sprawy śledztwa smoleńskiego, swojej wizyty w Rosji, rozmów z rosyjską prokuraturą. Ale dziennikarze czekali na potwierdzenie swoich rewelacji. I doczekali się – rzeczywiście, słowa do tej pory przypisywane generałowi Błasikowi, odczytane ze stenogramów przez biegłych z Krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych imienia J. Sehna, zostały faktycznie wypowiedziane przez kogoś innego – członka załogi, drugiego pilota, mjr Roberta Grzywę. Prokuratura stwierdziła, że nie może podać dowodów, że w ostatniej fazie lotu Błasik był w kokpicie samolotu, podawał komendy, lub odczyty przyrządów i wywierał nacisk na załogę, aby ta lądowała w warunkach niedozwolonych (a takie były w dniu 10 kwietnia 2010 roku). Odczyty laboratorium krakowskiego przyporządkowały – uwaga – wszystkie odczytane i rozpoznane głosy konkretnym komendom i rozmowom. Ale są również w stenogramach głosy i frazy, których przyporządkować się nie da. Oznacza to, że obecności generała Błasika w kabinie pilotów wykluczyć nie można.
Prokurator Ireneusz Szeląg podał jeszcze jedną ważną informację – kopie taśm znajdujące się w Polsce są zgodne w 100% z oryginałami z rejestratorów samolotu, a oryginały po katastrofie nie podlegały żadnym zabiegom. Oznacza to, że kopie taśm i ich stenogramy mogą być zaliczone jako dowód w postępowaniu prokuratorskim.
Czy rewelacje dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i „GPC”, dziś w pewnym stopniu potwierdzone przez prokuratorów wojskowych, mają jakiekolwiek znaczenie dla zmiany naszego osądu o bezpośrednich przyczynach katastrofy smoleńskiej? Nie, nie mają praktycznie żadnego znaczenia. Podstawowe przyczyny katastrofy, czyli błędy załogi były już wiadome praktycznie dwa tygodnie po kwietniowej katastrofie. Dalej nie znamy odpowiedzi na pytania z pogranicza techniki, organizacji i polityki, czyli na te, kto i dlaczego podjął probe lądowania (czy próbnego podejścia, jak chcą niektórzy) w warunkach skrajnie niesprzyjających, poniżej poziomu bezpieczeństwa lotniska, a przede wszystkim poniżej poziomu uprawnień i wyszkolenia załogi. Nie wiemy również tego, co, lub kto zmusił załogę do startu z Warszawy, pomimo informacji o złych warunkach pogodowych, nie wiemy dlaczego załoga już w trakcie lotu nie odeszła na lotniska zapasowe, pomimo potwierdzenia dramatycznie złych warunków nad pasem lądowiska. We wszystkich tych pytaniach, jako podmiot domyślny może występować generał Andrzej Błasik, jako faktyczny dowódca tego lotu. To on przecież przyjmował rankiem 10 kwietnia na płycie lotniska Okęcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, meldując samolot i załogę gotową do lotu.
Raport komisji ministra Jerzego Millera jest rzetelny, opierał się na dostępnych materiałach i nic nie przemawia za tym aby powoływać nową komisję. I będzie on zaliczony jako dowód w postępowaniu prokuratorskim. Nie do podważenia jest teza, oparta o analizę dokumentów, zeznań i właśnie odczyty rejestratorów samolotu, że główną i bezpośrednią przyczyną katastrofy były błędy w szkoleniu polskiej załogi. W raporcie wyraźnie jest zaznaczone, że poziom wyszkolenia załogi zagrażał bezpieczeństwo lotów. I do tego załoga prezydenckiego samolotu została zestawiona dzień przed wylotem. Raport komisji stwierdził lekceważenie procedur, norm, a przede wszystkim brak szkoleń, w tym na symulatorach. Łamano przepisy w pułku, który miał zapewnić bezpieczeństwo najwyższym urzędnikom państwa. Lotnicy nigdy nie trenowali awaryjnych sytuacji na symulatorze lotów. Byli to młodzi wiekiem i stażem żołnierze, o zbyt słabym wyszkoleniu i małym doświadczeniu do pilotowania ciężkiego samolotu pasażerskiego w tak skrajnych warunkach. I powinien zdawać sobie z tego sprawę ich przełożony, dowódca lotnictwa, generał Andrzej Błasik. Jak również z tego, że załoga nie miała ważnych uprawnię formalnych do lotu samolotem Tu 154M.
10 kwietnia 2010 roku na pokładzie samolotu znajdował się zwierzchnik sił zbrojnych, prezydent RP, Lech Kaczyński i najwyższa kadra oficerska Wojska Polskiego. Warto przypomnieć, że raport komisji Millera stwierdza, że nie odnotowano w dostępnych materiałach bezpośrednich nacisków na załogę. Arkadiusz Protasiuk i jego zastępca, Robert Grzywa, mieli jednak tę świadomość, na jaką uroczystość lecą, że spóźnieni wylecieli z Warszawy, że niewylądowanie może mieć poważne reperkusje. Dla nich, pilotów i oficerów, ale również dla osób będących na pokładzie. Kapitan Protasiuk poddany był, być może niezwerbalizowanej, ogromnej presji, ponieważ dowódcą tego statku powietrznego nie był on, lecz prezydent Lech Kaczyński i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie będą reperkusje, nie tylko dla niego, jeżeli samolot nie przyziemi na smoleńskim lotnisku. Być może piloci nie mieli czasu na to, aby po prostu zastanowić się nad tym, aby podjąć własną, w pełni autonomiczną decyzję.
To co się działo po konferencji prokuratury wojskowej, czyli szybkie konferencje Jarosława Kaczyńskiego z przybocznym, Antonim Macierewiczem, a także briefing w Sejmie Zbigniewa Ziobro, szefa Solidarnej Polski, świadczą o tym, że w tym wszystkim dalej głównie chodzi o politykę. Ustalenie w innym brzmieniu kilku linijek stenogramu taśm rejestratora Tu154M, jakie dokonali biegli z Krakowa, nic nie zmienia. Honor polskiego generała? Nie ucierpiał. Zarówno piloci Tu 154M, jak i samolotu CASA, który rozbił się pod Mirosławcem w styczniu 2008 roku, byli jego podwładnymi. Warto o tym pamiętać, ponieważ do obu katastrof, jak się dziś wydaje, doprowadziły błędy pilotów, którymi generał dowodził.
Azrael Kubacki
Studio Opinii
sobota, 14 stycznia 2012
Wyrok na historii
![]() |
| Czesław Kiszczak, w głębi Stanisław Kania |
O tym, że stan wojenny został wprowadzony nielegalnie wiemy jednak nie z wczorajszego wyroku, lecz z wyroku Trybunału Konstytucyjnego z marca ubiegłego roku. Trybunał uznał dwa dekrety z 12 grudnia, o wprowadzeniu stanu wojennego oraz o postępowaniach szczególnych w sprawach o przestępstwa i wykroczenia w czasie stanu wojennego za niezgodne z Konstytucją PRL. Trybunał potwierdził, że Rada Państwa nie miała prawa wprowadzić stanu wojennego na mocy dekretów – ich wydawanie było możliwe tylko w przerwach między sesjami Sejmu, a w grudniu 1981 r. sesja trwała. Trzeba w związku z tym było znaleźć winnych. I znaleziono.
Proces Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka, Stanisława Kani i innych uczestników tamtych wydarzeń był procesem politycznym. Jego ocena nie trzyma się jednak podziałów ideowych i politycznych, ale jest raczej pochodną świadomości tamtych czasów, wynikająca z wieku i doświadczeń, a także umiejętności racjonalnego zrozumienia uwarunkowań, w jakich działali wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń. Wyraźnie daje się to odczuć, słuchając bardzo zróżnicowanych ocen wyroku ówczesnych opozycjonistów, takich jak Stefan Niesiołowski, Jan Lityński, Andrzej Celiński, Bogdan Borusewicz. Ludzie, którzy tamte czasy przeżyli świadomie, a w nowej Polsce potrafili się odnaleźć i czują się z nią związani, a także są wstanie zrozumieć motywacje ludzkie – wiedzą, że proces Jaruzelskiego i Kiszczaka miał charakter czysto polityczny, a akt oskarżenia, oparty o przepis kodeksu karnego, mówiący o kierowaniu związkiem zbrojnym, miał znamiona zemsty. Wojciech Jaruzelski to doskonale zrozumiał, wie, że znalazł się na sali sądowej po to, aby dokonano na nim – a także na tych, którzy w 1989 roku zawarli z nim pakt społeczny dla nowej Polski – zemsty politycznej.
Tego procesu nie da się rozpatrywać, historycznie i politycznie bez kontekstu Okrągłego Stołu. Ten proces był złamaniem swego rodzaju porozumienia społecznego, umowy, jaką zawarł Wojciech Jaruzelski i jego środowisko polityczne, z innym środowiskiem, reprezentowanym przez działaczy opozycji demokratycznej. Można to porozumienie, które doprowadziło do częściowo demokratycznych wyborów w roku 1989, różnie nazywać – umową społeczną, kontraktem, czy paktem – ale jest bezspornym faktem, że dokonało się to w formie pokojowej – i dobrowolnej. Nikt, ani nic (poza mediacjami Kościoła Katolickiego) nie zmuszał Jaruzelskiego do wejścia w ten układ i podporządkowaniu się całego aparatu państwa, w tym aparatu represji, ustaleniom wydyskutowanym przy stole negocjacyjnym.
Dziś komentatorzy piszą, że sprawiedliwości stało się zadość, sprawiedliwość dziejowa stała się faktem. Wyrok został wydany przez niezawisły sąd III RP. Tej samej III RP, która urodziła się przy Okrągłym Stole. Ta symbolika wielu będzie dalej urażać. Innych będzie kłuć w oczy, że aby dokonać aktu „sprawiedliwości” musiano posunąć się do zastosowania wykładni o ”związku przestępczym”. Nie udało się postawić Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka przed Trybunałem Stanu, sięgnięto po inne metody. Dokonano swoistej korekty historii, przy pomocy prokuratorów IPN i sądu. Nowa prawda i nowa historia, której autorami są prokuratorzy. Czyż nie jest to w prostej linii powrót do tradycji sądów sowieckich, gdzie historia była korygowana najpierw przez prokuratora Andrieja Wyszyńskiego, a zatwierdzał ją później sędzia – generał Urlich?
Przypomnijmy może jeszcze, w kontekście ubiegłorocznego wyroku Trybunału Stanu, pewne prawne i historyczne uwarunkowania. Wojciech Jaruzelski w 1981 roku złamał Konstytucję PRL, ustanowioną jeszcze przez Stalina w 1952 roku i poprawioną przez Gierka w 1976 roku. Konstytucja ta gwarantowała władzę PZPR nad narodem polskim i ustanawiała po wsze czasy sojusz z ZSRR. Swoim „niekonstytucyjnym” aktem Jaruzelski zburzył obowiązujący od 1952 (a de facto od 1945 roku) porządek prawny. Co więcej, internował bezprawnie część kierownictwa PZPR z Edwardem Gierkiem na czele oraz odsunął od władzy partię komunistyczną, której Konstytucja gwarantowała władzę. Partię zastąpiło wojsko, co w doktrynie komunistycznej jest określane mianem bonapartyzmu. Już Józef Stalin przestrzegał w latach 30. przed bonapartyzmem i broniąc się przed nim aresztował prawie całą kadrę armii sowieckiej. W Polsce stało się inaczej – bonapartyzm zwyciężył, obalając w ten sposób władzę partii komunistycznej i kończąc de facto panowanie systemu przez tą partię stworzonego. Tak oto, owo mityczne „obalenie komuny” nie nastąpiło, jak chce Solidarność, w 1989 roku, lecz w 1981. I tak ci, którzy poparli wyrok Trybunału Stanu ustawili się de facto po stronie legalności PRL jako państwa i jego Konstytucji zatwierdzonej przez Józefa Stalina w 1952 roku.
Dziś próbuje się oddzielić stan wojenny od Okrągłego Stołu. Nie da się, fundamentem III RP jest umowa z roku 1989, wynikająca wprost z Sierpnia roku 1980 i stanu wojennego roku 1981. To jest podstawa polskiej demokracji, tak jak było nią w Hiszpanii pokojowe oddanie władzy w ręce demokratów przez pogrobowców Franco. Demokratyczna Polska poszła podobną drogą. Wczorajszy wyrok może być dla niektórych „sprawiedliwością dziejową”, ale historii nie zmieni.
Azrael Kubacki
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Tylko z Europą - szansa dla Polski
![]() |
| Fot.K.Bajkowski |
Kryzys ekonomiczny, który trwa od roku 2008, próbuje się opisać za pomocą pojęć i narzędzi z XX wieku. Specjaliści chętnie się powołują na Keynesa, na Misesa, czy na innych teoretyków ekonomii. Próbują znaleźć analogie do Wielkiego Kryzysu lat 20. i 30. XX wieku. A świat jest zupełnie inny, system finansowy, bankowy, księgowość… praktycznie nie ma żadnych analogii z doświadczeniami ubiegłego wieku, łącznie z tym, że pieniądz jako wartość stał się pochodną kreacji przez rozbudowane narzędzia finansowe. Dlatego klasyczne recepty na wyjście z kryzysu dają tak słabe rezultaty, z reguły nieprzewidywalne.
Podobnie jest w innych dziedzinach życia społecznego, także w polityce. Pojęcia lewica, prawica straciły sens, liberalizm, konserwatyzm, socjalizm… to wszystko są już hasła encyklopedyczne. Nawet pojęcie tak zwanej Trzeciej Drogi, pomysł kreowany przez Tony’ego Blaira i Gerharda Schroedera (pod patronatem Billa Clintona), które zrobiło furorę w połowie lat 90. ubiegłego wieku jest już historią. Ba, historią się stało, kiedy okazało się, że za główne narzędzie ekonomiczne brytyjski premier uznał… liberalizm. Tracą na znaczeniu także pojęcia silnie powiązane z państwem, takie jak wzbudzająca aktualnie w Polsce silne emocje suwerenność.
W jakim stanie politycznym i ekonomicznym jest Unia Europejska, szerzej, cała Europa, wszyscy widzą. Dziś, w wyniku kryzysu ekonomicznego, kryzysu wspólnej waluty, euro, ale również kryzysu instytucjonalnego UE, stoimy my, obywatele Europy, przed ważnym wyborem. Ten wybór polega na tym, że albo pozwolimy na rozpad strefy euro, co automatycznie skaże Unię na rozpad, albo pójdziemy w stronę ściślejszej integracji, godząc się na dalsze oddanie prerogatyw państwa narodowego w sferę zarządczą instytucji europejskich. To będzie oznaczać, a jakże, dalsze ograniczenie naszej suwerenności. Ale jak to określił przytomnie Leszek Miller, polityk który nas do Unii Europejskiej wprowadził, zrzekając się części suwerenności własnej, otrzymujemy suwerenność innych państw układu, które dobrowolnie nam ją cedują.
Bez zrozumienia tego mechanizmu nie może dojść do rozwiązania problemów, przed jakimi stoimy. Jedyną drogą dla całej Europy – także państw, których dziś w UE nie ma – jest dalsza, głębsza integracja. Rozwiązania prawne, ekonomiczne, przekształcenia instytucji UE są dopiero pochodną podejścia do kwestii integracji. Rozumieją to już przywódcy Francji i Niemiec, prezydent Nicolas Sarkozy i kanclerz Angela Merkel, którzy składając propozycję nowego traktatu unijnego wyraźnie zaznaczyli – jeżeli nie zostanie on zaakceptowany przez wszystkie 27 krajów UE, to wprowadzi go 17. krajów strefy euro. A jak zajdzie taka konieczność – to będzie to porozumienie dobrowolne. O ile euro zostanie obronione.
Polsce powinno zależeć na tym, aby być w centrum nowego układu, jaki się tworzy na naszych oczach, czyli takiego, gdzie silne politycznie i ekonomicznie państwa tworzą tak zwane twarde jądro, i te pozostałe, pozostające na orbitach unijnych. Dziś, dzięki aktywnej polskiej prezydencji, a także dzięki silnemu głosowi ministra Radosława Sikorskiego, jesteśmy liczącym się partnerem dyskusji. Polska zajęła pozycję opuszczoną w wyniku kryzysu przez Włochy, Hiszpanię i zawsze kontestującą rozwiązania wspólnotowe Wielką Brytanię.
To jest niepowtarzalna sytuacja, być może ważniejsza dla naszej przyszłości niż wejście do Unii Europejskiej w roku 2005. Tak, jest to koniec tej UE, do której weszliśmy, ale początek czegoś nowego. Wyraźnie trzeba powiedzieć, że rozpad Unii Europejskiej skaże całą Europę na rolę peryferii Świata. Dziś nie możemy liczyć na pomoc transatlantycką Stanów Zjednoczonych, ale raczej na konkurencję Chin, Indii, być może także Ameryki Południowej. Dlatego Europa potrzebuje nowego traktatu, w którym dobrowolnie zrzekniemy się części suwerenności, na rzecz silnej podmiotowości w strukturze Unii.
Oczywiście istnieją również scenariusze rozpadu – pierwszy jest taki, że cześć państw dobrowolnie wychodzi ze strefy euro, a reszta zacieśnia relacje i karawana unijna jedzie dalej. Drugi zakłada, że strefa euro i co za tym idzie, cała Unia Europejska, poszczególne kraje wracają do walut narodowych. Oznacza to nie tylko powrót do sytuacji z połowy ubiegłego wieku, ale również wieloletnią recesję. Polska w tej sytuacji i tak nie stałaby na pozycji całkowicie przegranej, mając za sąsiadów Niemcy i Rosję, o ile oczywiście potrafiłaby prowadzić rozsądną, pragmatyczną politykę międzynarodową.
Najgorszym rozwiązaniem dla naszego kraju poza rozpadem Unii byłoby to, aby polityka wewnętrzna i zagraniczna trafiła w ręce populistów, którzy by odgrzali resentymenty antyniemieckie i antyrosyjskie. Polityka balansowania pomiędzy Moskwą i Berlinem, która by przybrała formę polityki dwóch wrogów, byłaby czymś najgorszym, co mogłoby się przydarzyć. Jej przeciwieństwem powinna być oś polityczna, rozpięta pomiędzy stolicami Rosji i Niemiec, przebiegająca przez Warszawę.
Pojęcie suwerenności w kategoriach własnej tożsamości narodowej, kulturowej, społecznej ma ogromne znaczenie, pod warunkiem, że nie prowadzi do zamknięcia państwa. Polska przez sześć lat naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej nie tylko dostosowała prawo i gospodarkę do potrzeb wspólnoty, ale również dalece zmieniła swoje postrzeganie zasad i ograniczeń swojej swobody. Dziś jesteśmy partnerem silnych, mamy szansę być partnerem silnym politycznie – tym, który wskazuje cele i wiedzie Europę. Nie możemy zmarnować tej szansy.
Azrael Kubacki
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Indeterminizm federacji Europy - po wystąpieniu Sikorskiego w Berlinie
Historia pokazuje, że wielkie przemiany następują w momentach kryzysów, a nie wtedy, kiedy wszystko idzie utartym torem i kiedy panuje spokój i dobrobyt. Carat, cesarstwo austro-węgierskie upadły w wyniku I Wojny Światowej. Hitler doszedł do władzy na fali niezadowolenia z osłabienia Niemiec po Traktacie Wersalskim, ale głównie z powodu Wielkiego Kryzysu. II Wojna Światowa zakończyła rolę Wielkiej Brytanii jako imperium, a wyniosła do roli hegemona światowego Stany Zjednoczone.
Jeżeli chcemy uniknąć tu, w Europie, następnego wielkiego kryzysu, może nie tak krwawego i brzemiennego jak wojny, należy zrobić wszystko, aby kraje europejskie, nie tylko te należące do Unii Europejskiej, zacieśniły ze sobą współpracę.
Odpowiedzią na kryzys ekonomiczny, który jeszcze jest do opanowania, może być tylko ściślejsza współpraca państw. Więcej Europy, więcej współpracy, a nie mniej. I to jest credo wystąpienia ministra Radosława Sikorskiego w Berlinie – a wezwanie Niemiec do przewodzenia przemianom jest tylko środkiem do realizacji pomysłu integracyjnego, a nie zaproszeniem do rządzenia Europą.
Radosław Sikorski ogłaszając swoje tezy w Berlinie, na Forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej doskonale wiedział, co czyni. Niemcy to kraj stabilnej, kontrolowanej demokracji, zbudowanej na zgliszczach totalitaryzmu, najsilniejszy w Europie, politycznie i ekonomicznie, ale na równi z innymi odpowiedzialny za kryzys deficytów budżetowych wielu państw Unii. To również kraj, który silnie promował zapisy Traktatu Lizbońskiego, a także rozszerzenie Unii Europejskiej. Wystąpienie w Berlinie ma inny oddźwięk, niż te same słowa wypowiedziane w Warszawie, czy nawet w Brukseli. Głos kraju jeszcze nowego w Unii, ale za to w tej chwili jednego z najsilniejszych ekonomicznie musi być podstawą do dyskusji. Wezwanie Niemiec do przewodnictwa ma także inny wymiar – to przypomnienie, że beneficjantem zadłużenia krajów Europy Południowej są właśnie Niemcy, jako największy eksporter towarów. Za kryzys strefy euro są również odpowiedzialne kraje Europy Północnej, nawet te, które wspólnej waluty nie przyjęły, jak Wielka Brytania.
Wystąpienie Sikorskiego implikowane jest kryzysem ekonomicznym i finansowym strefy euro, ale przede wszystkim dotyka problemu kryzysu instytucji Unii Europejskiej. To właśnie słabości procedur demokratycznych, swoisty deficyt demokracji, a przede wszystkim nieprzestrzeganie reguł przez niektóre kraje, spowodowało zaostrzenie nieuniknionego od roku 2008 kryzysu. Rozwiązaniem może być tylko większa integracja europejska. To temat, który przez lata prosperity europejskiej odsuwany był na dalszy plan, teraz jest koniecznością. Propozycje wzmocnienia roli Komisji Europejskiej, połączenia urzędu szefa KE i przewodniczącego Rady UE, zmiana roli Europejskiego Banku Centralnego, czy wyborcza lista paneuropejska do Parlamentu Europjskiego to tylko zabiegi o charakterze technicznym. Naprawdę istotnym elementem dyskusji, która musi przybrać formy instytucjonalne (nie tylko na szczytach przywódców Unii Europejskiej) jest zakres i forma federalizacji Europy. Całej Europy, z otwartą furtką dla krajów Europy Wschodniej, z Rosją i Ukrainą na czele.
Propozycja polskiego ministra spraw zagranicznych jest dość czytelna – jeżeli już Unia Europejska posiada struktury zarządcze i legislacyjne, a Traktat Lizboński daje jej prymat prawny nad prawem poszczególnych członków wspólnoty, to należy iść dalej, czyli dokonać przekształcenia w strukturę federacyjną. W gestii federatów pozostałyby zagadnienia dotyczące prawa lokalnego, administracji państwa, infrastruktury i tak ważnych dla polskiej prawicy zagadnienia ładu moralnego i tożsamości narodowej. Regulacje dotyczące budżetów, podatków skumulowanych, waluty, prawa gospodarczego powinny zostać w gestii instytucji unijnych. Dopiero takie rozwiązanie pozwoliłoby traktować Unię Europejską jako jednolity system ekonomiczny, a także prawny. Bez tego Europa przestanie się liczyć jako jedno z kilku centrów z multiplikowanego systemu politycznego i ekonomicznego Świata. Bez tego Europa, w tym Polska, upadnie i zostanie ekonomicznie skolonizowana, przez gospodarki Dalekiego Wschodu. Mam wrażenie, że świadomość tego, co zagraża Europie jest większa dziś w Moskwie i Waszyngtonie, niż w wielu stolicach europejskich.
Wystąpienie Radosława Sikorskiego zostało dobrze przyjęte w Europie, o czym świadczą nieoficjalne informacje ze sfer rządowych Niemiec i Francji i materiały prasowe, między innym w „Die Welt” i w „The Economist”. W Polsce natomiast jak zwykle – brak głębszej refleksji, wykorzystanie przemówienia ministra do wewnętrznych rozgrywek, lub skomentowanie go w stylu czysto ideologicznym. Grożenie Trybunałem Stanu, próby oskarżenia Sikorskiego o złamanie Konstytucji RP, no i oczywiście brednie o ograniczeniu suwerenności. Brednie, ponieważ XIX-wieczne pojmowanie suwerenności to raczej styl uprawiania polityki, a nie realizm współczesności. Polskim interesem jest bezpieczeństwo Polski, w bezpiecznej Europie. Bezpieczna Europa to zintegrowany kontynent, z ułożonymi relacjami z Rosją, wspólną polityką zagraniczną, stabilnymi relacjami wewnętrznymi i ekonomią. To powinien być swoisty indeterminizm społeczny i polityczny, do którego właśnie namawia Radosław Sikorski. Polska przystępując 1. mają 2004 do Unii Europejskiej ograniczyła już i scedowała części swojej suwerenności na rzecz wspólnoty unijnej.
Suwerenność to kategorią polityczno–prawna i w przebiegu dziejów pojęcie to zmieniało swoje znaczenie i kontekst. We współczesnym świecie państwo nie ma pełnej suwerenności, można tylko się zastanawiać, jaka jej część została oddana we władanie innym i czy zostało to zrobione dobrowolnie – i za jaką cenę, lub za jakie inne korzyści. Tak jak stało w przypadku Polski, która dobrowolnie przystąpiła do Traktatu Nicejskiego, a następnie podpisała i ratyfikowała Traktat Lizboński. Od tej drogi, drogi rozsądku, odwrotu już nie ma. Polska, jako państwo – nie jest i nie była nigdy w pełni suwerenna. Gdyby tak było – oznaczałoby to, że nie jest uczestnikiem życia międzynarodowego, w żadnym zakresie. Polska jest członkiem szeregu międzynarodowych organizacji, na rzecz których oddaliśmy duża część naszej suwerenności. Dobrowolnie i z wielką dla nas korzyścią. Teraz czas na krok następny.
Azrael Kubacki
poniedziałek, 28 listopada 2011
Wywiad na czasie: Konrad Niklewicz
Nie twierdzę, że nasza prezydencja jest tą najlepszą od początku całej Unii Europejskiej, ale na pewno sprawdziła się, zadania jakie zostały jej postawione, zostaną wypełnione od A do Z.- mówi Konrad Niklewicz rzecznik polskiej prezydencji w Unii Europejskiej w rozmowie z Azraelem Kubackim. Polska prezydencja w UE rozpoczęła się 1 lipca i zakończy się ostatniego dnia grudnia br.
![]() |
| Konrad Niklewicz |
Konrad Niklewicz: Prezydencja nie jest niczym innym, niż kierowaniem pracami Rady Unii Europejskiej. Rada Unii Europejskiej (RUE) jest jedną z trzech podstawowych instytucji Unii Europejskiej. RUE zbiera się i obraduje w różnych konfiguracjach. Z reguły są to ministrowie poszczególnych resortów, wchodzący w skład stałych komitetów RUE. Każdy z tych komitetów, zwany też formacją, ma określone zadania. W większości przypadków są to prace nad postępującymi w UE pracami legislacyjnymi. I właściwie podstawową rolą prezydencji jest sprawne kierowanie pracami RUE.
Rada Unii Europejskiej jest trzecią formą organizacyjną Unii Europejskiej…
Tak, Parlament Europejski (PE) jest przedstawicielstwem całej społeczności Unii Europejskiej, jest wybierany w wyborach powszechnych, Komisja Europejska (KE) to strażniczka traktatów UE, która bardzo często jest nazywana egzekutywą Unii Europejskiej, ale jest to nazwa myląca, ponieważ KE nie do końca ma uprawnienia takie jak rządy krajowe. Ma natomiast bardzo poważną prerogatywę – jako jedyna instytucja w UE ma prawo do zgłaszania wniosków, projektów legislacyjnych. Nad tymi propozycjami pracuje najpierw RUE, a następnie PE. RUE jest taka naprawdę przedstawicielem rządów poszczególnych państw unii. Aby sprawnie procedować, RUE musi mieć kierownictwo i to jest właśnie rola prezydencji.
Prezydencja jest więc działaniem nie na rzecz interesów danego kraju, lecz na rzecz całej wspólnoty europejskiej? Pytam się o to, ponieważ w Polsce pojawiały się głosy, szczególnie ze strony opozycji, że Polska obejmując prezydencję zbyt mało nacisku położyła na obronę polskich interesów i problemów.
Najważniejszą rolą prezydencji jest prezentowanie i dbanie o interesy wszystkich 27. państw UE. Już niedługi tych państw będzie 28., ponieważ to polska prezydencja doprowadziła do końca proces akcesji Chorwacji do UE.
Jakie są główne zadania polskiej prezydencji w tym półroczu, kiedy przewodzimy RUE?
Starannie przygotowywaliśmy się do naszej prezydencji od kilku lat. Mamy trzy podstawowe priorytety. Pierwszym z nich jest wzrost gospodarczy UE i wszystkie działania mające do tego doprowadzić. Koncentrowaliśmy się na usunięciu barier na rynku wewnętrznym UE, choć wspólny rynek UE ma już prawie 20 lat, to wciąż istnieje wiele barier lokalnych, utrudniających przedsiębiorcom prowadzanie działalności. Są to często bardzo szczegółowe rozwiązania, jakieś zapomniane przepisy, czy regulacje, które blokują działalność. Oczywiście podstawowym zagadnieniem w tym obszarze jest budżet UE, negocjacje w sprawie wieloletniego budżetu, na lata 2014 – 2020. Chcemy następnym prezydencjom szczegółowy raport, który by opisywał, w których elementach tego budżetu już osiągnięto porozumienie, a w których potrzebne są dalsze negocjacje.
Wielką rolą, jak spadła na polską prezydencję, były działania antykryzysowe. I to najważniejsze działania odbywały się w ramach Rady Ecofin , czyli formacji skupiającej ministrów finansów UE. Udało nam się przygotować i wdrożyć znany powszechnie tak zwany sześciopak, czyli pakiet pięciu rozporządzeń i dyrektywy, wzmacniający unijny Pakt Stabilności i Wzrostu, trzymający w ryzach finanse publiczne krajów UE. Ten pakiet znacząco wzmacnia dyscyplinę finansową krajów UE, w prawie krajów UE znajdą się zapisy zapobiegające ich nadmiernemu zadłużaniu, a dodatkowo zostaną zmienione zasady upominania tych państw, które naruszają zasady zapisane w traktacie z Maastricht, mówiące, że deficyt nie może być większy niż 3 procent, a zadłużenie publiczne nie może być większe niż 60 procent PKB. „Sześciopak” jest dowodem, że Polsce udało się wypracować niezwykle ważną reformę. To nie jedyne polskie sukcesy w walce z kryzysem. Na ostatnich szczytach UE przyjęto wiele rozwiązań dotyczących walki z kryzysem. Większość z nich jest autorstwa Eurogrupy [państw należących do strefy euro], ale część pakietu antykryzysowego, zgodnie z podziałem zadań w UE, zostało wypracowane na forum całej Rady Unii Europejskiej. Dotyczy to między innymi systemowego wzmocnienia sektora bankowego. I jest to zasługa polskiej prezydencji.
Drugim priorytetem polskiej prezydencji są zadania, nazywane roboczo „Bezpieczna Europa”. Dotyczy to bezpieczeństwa społeczeństwa ściśle rozumianego, ale również zagadnień bezpieczeństwa energetycznego. W ramach tego priorytetu polska prezydencja podejmowała i dalej podejmuje bardzo konkretne działania. Udało nam się uzyskać historyczne, precedensowe porozumienie w sprawie wspólnego, unijnego mandatu do negocjacji gazowych z Azerbejdżanem i Turkmenistanem.
Czy to dotyczy gazociągu Nabucco?
Także tego projektu, ale nie tylko. Jeżeli uda się podpisać porozumienie z wymienionymi krajami, powstaną podstawy prawne do podpisania kontraktów na budowę gazociągów transportujących gaz do krajów UE. Nie ma natomiast problemu gazu łupkowego, regulacje prawne UE pozwalają na swobodne poszukiwanie i wydobywanie gazu łupkowego w Polsce. Kolejnym elementem polityki energetycznej, co zostało wypracowane przez polską prezydencję, jest tak zwana wewnętrzna polityka energetyczna UE. Chodzi o skatalogowanie zasad, jakimi ma kierować się cała unia w swoich relacjach z państwami trzecimi. Tym katalogiem zasad objęta byłaby również Rosja. Porozumienie w tej sprawie powinno zostać podpisane w grudniu.
A trzeci priorytet naszej prezydencji?
Jest on związany z polityką zagraniczną UE i jej rozszerzeniem. Nazwaliśmy go „Europa korzystająca na otwartości”. Przede wszystkim chodzi o kontynuację procesu rozszerzania UE, budowę lepszych kontaktów z państwami bliskiego sąsiedztwa UE. W ramach tego priorytetu zorganizowaliśmy Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie. Było to wydarzenie dużej rangi, szczyt partnerstwa zakończył się podpisaniem wspólnej deklaracji, przez wszystkie państwa członkowskie UE i przez wszystkie państwa partnerstwa, rozszerzające katalog wspólnych działań. Jednym z elementów tej deklaracji są ustalenia, że państwa Partnerstwa Wschodniego będą stopniowo obejmowane ruchem bezwizowym. Innym elementem tego porozumienia jest zwiększenie budżetu operacyjnego Partnerstwa Wschodniego.
Jak Pan może przekonać opinię publiczną w Polsce, że nasza prezydencja jest udana?
Jest prawdą, że kryzys gospodarczy w Europie Zachodniej przesłonił codzienną działalność polskiej prezydencji. Prezydencja jednak doprowadza do podjęcia konkretnych decyzji w wielu sferach życia, jak choćby regulacje dotyczące handlu elektronicznego, wprowadzające jednolity rynek internetowy w całej UE. Media o tym nie piszą, są raczej nakierowane na bardziej spektakularne sprawy. Polska odniosła wiele spektakularnych sukcesów, jak choćby wspomniany „sześciopak”. Wprowadzono wiele znaczących regulacji i aktów prawnych, jak choćby ten chroniący dzieci przed pornografią i pedofilią, czy regulacje dotyczące europejskiego paktu przeciwko narkotykom syntetycznym. Komunikaty prasowe po każdym miesiącu naszej prezydencji pełne są informacji i konkretnych załatwionych problemach. Nie twierdzę, że nasza prezydencja jest tą najlepszą od początku całej unii, ale na pewno sprawdziła się, zadania jakie zostały jej postawione, zostaną wypełnione od A do Z, a nawet więcej – potrafiła odnaleźć się w czasie wielkiego kryzysu. Polacy dali nasz, autorski wkład w opanowanie tego kryzysu.
Czy jakieś projekty, zainicjowane przez Polskę będą dalej realizowane?
Tak, wiele z nich. Choćby regulacje dotyczące handlu elektronicznego. Będzie możliwe realizowanie transakcji handlowych pod reżimem jednolitego prawa unijnego. Oczywiście bardzo ważnym elementem naszej prezydencji jest rozpoczęcie negocjacji budżetowych. Innym konkretem jest przełamanie problemów z programem pomocy żywnościowej dla najuboższych. To są setki milionów euro, wydawanych w z budżetu UE na zakup żywności, która jest następnie dystrybuowana wśród biedniejszych mieszkańców unii. Wiele krajów z tego projektu korzysta, kilka krajów chciało zablokować ten projekt, naszej prezydencji udało się przekonać je, aby ten projekt w najbliższych latach był dalej kontynuowany.
Dziękuję za rozmowę.
rozmawiał Azrael Kubacki
niedziela, 20 listopada 2011
Rząd kontynuacji czy przełomu?
Po przedstawieniu przez premiera Donalda Tuska składu nowego rządu, komentatorzy i politycy wydają się być zawiedzeni. Nie ma w nim żadnych niespodzianek, których by wcześniej nie odkryli dziennikarze, łącznie z nominacją filozofa (ale doktora politologii) Jarosława Gowina na stanowisko ministra sprawiedliwości.
Próbuje się temu rządowi przydzielić różne etykiety – polityczny, autorski, rząd hegemona, czy nawet, jak to określił sam premier, rząd zderzaków (przed skutkami kryzysu). Chyba najtrafniejsze określenie to rząd zadaniowy. Nie mamy do czynienia z rekonstrukcją rządu, ponieważ poprzedni nie rozleciał się, lecz stabilnie dotrwał do końca kadencji, ale raczej z kontynuacją. To rząd, gdzie najważniejsze resorty (finansów, skarbu, gospodarki, rozwoju regionalnego, spraw wewnętrznych, administracji i cyfryzacji, obrony, spraw zagranicznych) z punktu widzenia interesów gospodarczych państwa pozostały nienaruszone, lub są prostą kontynuacją poprzez awansowanie sekretarzy i podsekretarzy stanu na stanowiska ministrów konstytucyjnych. Jest oczywiście także wymiar polityczny, związanie z premierem i rządem pewnych ludzi i frakcji politycznych Platformy Obywatelskiej – tym są nominacje konserwatysty Gowina do MS i lewicującego Bartosza Arłukowicza, który objął resort ochrony zdrowia. Ukłonem w stronę parytetu płci jest nominacja Joanny Muchy, ale znający ją wiedzą, że nie jest to osoba słaba i nie będzie li tylko ozdobnikiem gabinetu Donalda Tuska.
Rząd pozostanie centrum legislacji państwa, szerzej – głównym centrum władzy. Premier, mający niepodważalną legitymację rządzenia, a także silną pozycję w swojej partii, doprowadził do znacznego osłabienia prezydenta w roli władzy wykonawczej, nic nie zabierając prestiżowi tego urzędu, a przede wszystkim osłabił rolę Sejmu. Nominacja na stanowisko marszałka Sejmu całkowicie oddanej Donaldowi Tuskowi Ewy Kopacz jest tego koronnym dowodem. Spójność klubu PO w Sejmie potwierdza alians premiera z jego szefem, Rafałem Grupińskiem, stronnikiem Grzegorza Schetyny. To każe inaczej patrzeć na sprawę samego byłego marszałka. Również podział ról w rządzie wskazuje, że premier chce trzymać władzę w swoich rękach, prawdziwe centrum dowodzenia jest w Alejach Ujazdowskich, w Kancelarii Premiera Rady Ministrów. Wskazuje też na to wzmocnienie pozycji Tomasza Arabskiego, który nie tylko pozostał szefem kancelarii, ale również został szefem Komitetu Stałego RM. To poważna funkcja, warto sobie przypomnieć jak ważną rolę w rządzie Jarosława Kaczyńskiego odgrywał Przemysław Gosiewski.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Zadyma warszawska w Święto Niepodległości
210 osób zatrzymanych w tym 93 Niemców, 29 rannych w szpitalach, 40 poszkodowanych policjantów, zniszczone samochody i ulice - to bilans zamieszek, do których doszło w Warszawie podczas manifestacji związanych z obchodami Święta Niepodległości. Funkcjonariusze użyli armatek wodnych i gazu łzawiącego. Prezydent Bronisław Komorowski zapowiedział zmiany w prawie.
Azrael Kubacki relacjonuje z Placu Konstytucji:Święto Niepodległości w Warszawie miało różne oblicza. Szkoda, że w świadomości pozostaną obrazy burd przekazywane przez media. I przekazy zmanipulowane przez stacje telewizyjne i internet, dla osiągnięcia konkretnych korzyści.
Pierwszy obraz to ten znany z corocznych uroczystości na Placu Piłsudskiego, pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Przemówienia, honorowa zmiana wart, składanie wieńców potem defilada i parada pasjonatów historii i wojskowości, w szpalerze tłumów. Duma i radość, w osnowie podniosłej atmosfery. Wszystko bez zakłóceń.
Drugi obraz to pierwsze rozruchy na Nowym Świecie. Niemieccy zadymiarze, na wyrost nazwani antyfaszystami, atakują polską grupę rekonstrukcyjną w strojach napoleońskich, a następnie kryją się z restauracji Nowy Wspaniały Świat, zarządzanej przez „Krytykę Polityczną”. Media są już na miejscu, ale widzą tylko to, co chcą. Niemcy są wyciągani przez policję z knajpy i przewożeni na komendę, na Wilczej. W przekazie o tym incydencie dochodzi do pierwszych przekłamań. Media nie podają, że niemieccy zadymiarze chronią się w kawiarni przez polskimi prawicowcami, z którymi starli się chwilę wcześniej. Natomiast „Krytyka Polityczna” wieczorem ogłasza tryumfalnie o tym, że powstrzymano prawicowców z Marszu Niepodległości na Marszałkowskiej, ale ani słowem nie wspomina o Niemcach, którzy w Polsce pojawili się także z jej inicjatywy. O tym nie wspomina w krótkiej notce również dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Seweryn Blumsztajn. To zaburza obraz „zwycięstwa” nad prawicą.
Trzeci obraz – jestem na Marszałkowskiej, w samym środku festynu „Kolorowej Niepodległej”. Platforma, muzyka, Kazimiera Szczuka wodzi, na ulicy politycy lewicy. Radośnie. Ale na obrzeżach stoją, przed kordonami policji, ubrani na czarno polscy zadymiarze, przemieszani z niemieckimi. Gotowi do starcia. Nie ma to nic wspólnego ze świętowaniem…
Kilkanaście minut później, Plac Konstytucji. Jestem w samym środku. Nie widzę przygotowań do uroczystego marszu, atmosfery patriotycznego napięcia. Małe grupki ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i ogromne tłumy kiboli, zadymiarzy, gotowych do konfrontacji. Nie, nie z lewicowcami – z policją, po to tu przyszli, zachęceni przez prawicowe media, także przez „Gazetę Polską”. Nie są ich setki, są ich tysiące, w tym przygotowane profesjonalnie szwadrony z białymi maskami. I nie jest to ochrona Marszu Niepodległości, lecz jego bandycka awangarda. Tuż przed godziną 15.00 rozpoczyna się regularna bitwa z policją, sprowokowana przez bandytów. Widać to na przekazach medialnych i widzę to na własne oczy. W stronę policji lecą petardy, race, kostka brukowa, ponoć również zapalone butelki.
Organizatorzy Marszu Niepodległości potem odcinają się od bandytów. Oni ich nie zapraszali, sami przyszli. Na próżno – to nie były oddzielne grupy – to była ta sama ekipa. Część bandytów poszła w marszu w drugą stronę, Waryńskiego, Belwederską, Alejami Ujazdowskimi. Ten marsz idzie spokojnie, ale trudno w nim zauważyć podniosłość, dumę, radość, skupienie. Tego nie robią same flagi i transparenty. To musi być wewnątrz. Tego nie ma, jest raczej prawicowo-narodowa buta.
Zanim czoło pochodu dociera do Placu na Rozdrożu, gdzie stoi pomnik Romana Dmowskiego, wcześniej, bocznymi uliczkami i wzdłuż Trasy Łazienkowskiej docierają tam zorganizowane grupy ONR i bandytów. Dochodzi do spalenia dwóch samochodów stacji TVN, w tym wozu transmisyjnego i uszkodzenia dwóch innych samochodów. Atakowani się dziennikarze, nie tylko TVN, ale także innych stacji. Dziennikarka, publicystka tygodnika „Uważam Rze” na jednym z prawicowych portali napisała kilka godzin później, że wyglądało to na zaplanowaną prowokację… policji. Świadek naoczny, prawicowy bloger, Rybitzky, twierdzi jednak co innego – podpalenie dokonała grupa zorganizowana, spod szyldu ONR… Komu wierzyć? Zawodowej dziennikarce, piszącej relację z drugiej ręki, czy niezależnemu blogerowi? I jak poprzednio – organizatorzy marszu odcinają się od bandyckiego podpalenia. Krzysztof Bosak, rzecznik Fundacji Republikańskiej powie później na antenie TVN24, że winni są bandyci… i policja.
Marsz zostaje zakończony (rozwiązany) pod pomnikiem narodowca, Romana Dmowskiego. Wcześniej, przy Belwederze stoi pomnik Marszałka, ale on nie jest obiektem zainteresowania narodowców. To Dmowski jest bohaterem ONR, MW, organizatorów marszu. Tak jest wygodnie dla nich, choć przecież rocznica odzyskania polskiej niepodległości ściśle wiąże się z Józefem Piłsudskim… Przed pomnikiem ateisty Dmowskiego wyrasta olbrzymi drewniany krzyż, a część maszerujących intonuje „Pierwszą Brygadę”. Prawicowa schizofrenia…
Szybko w mediach pojawiają się głosy ze strony władz miasta, organizatorów marszu, a nawet prezydenta, że należy zmienić prawo, które pozwala na marsze, ich blokowanie i prowadzi do chaosu. Bzdura. Ustawa o organizacji imprez masowych powinna być stosowana literalnie, to wystarczy. Nie przekonują mnie głosy, że miasto ma związane ręce przy zgłoszeniach manifestacji, nie może je odmówić. Może, jeżeli służby miasta, a przede wszystkim policja wykaże, że wydanie zezwolenia może przyczynić się do zagrożenia porządku publicznego. Wydanie jednoczesnych zezwoleń na marsz i na jego blokowanie było takim przypadkiem.
Miasto nie stanęło na wysokości zadania. Święto Niepodległości to nie tylko oficjałka na Placu Piłsudskiego – to święto społeczeństwa. I trzeba ten dzień tak zorganizować, aby był dla mieszkańców, a nie dla ideologicznych manifestantów.
Azrael Kubacki
wtorek, 8 listopada 2011
Rozłam w PiS-ie. To musiało się tak skończyć...
![]() |
| Ziobrzyści wyrzuceni z PiS |
Logika Jarosława Kaczyńskiego nie pozwoliła mu inaczej zakończyć sprawy trzech europosłów, Zbigniewa Ziobry, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego.
Ubierając swoją decyzję w sztafaż demokratycznych procedur, które istnieją tylko dla mediów, wyrzucił ich ze swojej partii. Bo przecież Prawo i Sprawiedliwość nie jest partią demokratyczną, lecz, jak to trafnie określił Marian Piłka, formacją polityczną w stylu oenerowskim, gdzie nie tylko władzą, ale i właścicielem jest przywódca. PiS nie jest partią demokratyczną, tak jak nie jest demokratą Jarosław Kaczyński, choć musi się poddawać od czasu do czasu procedurom państwa demokracji parlamentarnej. Ten niedemokratyzm PiS jest zapisany w jej statucie, gdzie jedyną władzą stoją ponad przewodniczącym partii jest jej kongres, z tym, że największy wpływ na kształtowanie władz wszystkich szczebli partii, a co za tym idzie na wybór delegatów na walny jej zjazd ma… prezes partii. Kółeczko zamknięte, do czasu, kiedy Jarosław Kaczyński nie odejdzie z polityki.
Nie sądzę, aby Zbigniew Ziobro i stojący za nim działacze poważnie myśleli o przebudowie partii; jeżeli tak, to wykazali się poważną naiwnością. W tej formacji nie ma miejsca na wewnętrzną dyskusję, na zmianę profilu, na budowę oddolną programu i struktur. Wszystko to po prostu zależy od Jarosława Kaczyńskiego. Podobnie jest także w Platformie Obywatelskiej, ale jej przewodniczący swoją pozycję opiera na sile swoich zwycięstw. On dzieli, rządzi, powołuje i odwołuje swoich współpracowników po zwycięstwach wyborczych. Jest hegemonem z racji sukcesu, jeżeli poniesie porażkę – prawdopodobnie odejdzie. Jarosław Kaczyński zbudował swego czasu swoją pozycję również w oparciu o sukces i nośny program. Dziś ten program jest zwietrzały, czas jest inny, a swoją przewagę z lat przeszłych Kaczyński obudował formalizmem niedemokratycznego statutu.Kaczyński wygrał – buntownicy odeszli, partia pozostała homogeniczna. I bezwolna, pozbawiona choćby śladu intelektualnego fermentu, niezdolna do pozyskania nowego elektoratu i wygrywania wyborów. Ale chyba już Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na wygrywaniu wyborów, tak jak nie zależy mu na reprezentowaniu interesów wyborców. Teraz jedynie chodzi już o zachowanie status quo, swojej pozycji w partii. Odpowiedzialność za państwo niech ponoszą inni. Wspiera go w tym grono oddanych, bezwolnych i niemających żadnych aspiracji działaczy partyjnych. Ci, którzy mieli mniejsze lub większe ambicje zrealizowania jakiegoś programu, czy wdrożenia jakiejś idei, dawno tę formację opuścili. O tym, jak daleko zaszła degrengolada, świadczy jednak nie lista tych, którzy odeszli, ale tych, którzy po banicji powrócili. To Kazimierz Michał Ujazdowski, czy Jarosław Sellin, a przede wszystkim Ludwik Dorn. To Dorn określił otoczenie Kaczyńskiego mianem eunuchów – godząc się na współpracę i de facto legitymizując PiS, sam się stał bezwolnym i zgnuśniałym politykierem, dietowcem sejmowym…
Jarosław Kaczyński swoimi poczynaniami budował przez lata pozycję… Platformy Obywatelskiej; gdyby na czele lewicy stał ktoś choć odrobinę mądrzejszy od Grzegorza Napieralskiego, zapewne i SLD miałaby dziś inne notowania i liczbę mandatów w parlamencie. Nie o rozkład mandatów jednak chodzi i siłę partii politycznych, ale o interesy wyborców. PO nie musi bardzo się starać, wystarczy, że w miarę dobrze administruje państwem, wyborców nagania im Jarosław Kaczyński, rozbicie polskiej prawicy (też jest to wina szefa PiS), no i nieudolność lewicy.
Zastanawiające jest jednak coś innego – jak możliwe jest to, że po sześciu kolejnych porażkach Jarosław Kaczyński dalej uchodzi za wizjonera, genialnego stratega, pochylającego się nad dolą szarego człowieka. Jak można dokonywać wielokrotnych wyborów formacji, która nie ma szans na spełnienie naszych oczekiwań, postulatów? Teraz, z perspektywy lat, widać, że podwójne zwycięstwo wyborcze w roku 2005 było wypadkiem przy pracy Donalda Tuska, z którego wyciągnął wnioski – i skutkiem nagonki na lewicę po aferze Rywina (czy po błędach Leszka Millera).
Jarosław Kaczyński wygrał i dał wygraną swemu bratu Lechowi nie dlatego, że przedstawił nośny program społeczny, lecz dlatego, że zapowiedział rozliczenie rządów lewicy. Program tak zwanej IV RP okazał się po prostu humbugiem. Teraz Kaczyński mami naiwnych wizją drogi węgierskiej, Fideszu i Victora Orbana. Tylko że ten zbudował poparcie na młodych i integracji różnych nurtów węgierskiej prawicy, na inicjatywach oddolnych. PiS to partia starych, przegranych i prawicę to właśnie Kaczyński pozbawił woli i znaczenia.
Rolę, jaką przewidywałem dla Zbigniewa Ziobro kilkanaście dni temu, wypełnia on doskonale. Osłabia i prowadzi do upadku Prawo i Sprawiedliwość. Sam Ziobro być może założy partię, zbuduje klub parlamentarny, ale będzie to również partia niszy, narodowo-katolicka, takie połączenie LPR z PiS. Zdolności integracji prawicy Zbigniew Ziobro ma jeszcze mniejsze niż Jarosław Kaczyński – mniejsze niż zero. I równie małe ma szanse zdobycia wyborców centrowych. Spełnił swoją rolę (pospołu z … Januszem Palikotem), czyli rozbił duopol partyjny, stwarza warunki do zmian na scenie politycznej. Prawica jak była marginesem, tak zostanie. Czas w Polsce, dzięki zmianom kulturowym, a także oportunizmowi polskiego Kościoła katolickiego, na centrolewicę. I taka będzie w Polsce długo rządzić. Jej twarzą dziś jest… Donald Tusk. On to wiedział już wtedy, kiedy inni nie rozpatrywali nawet takiego scenariusza.
Azrael Kubacki
Subskrybuj:
Posty (Atom)














