polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: - Mamy do czynienia z największą w dziejach polskiego leśnictwa klęską spowodowaną wiatrami o znamionach huraganu - powiedział dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski. Dodał, że na terenach dotkniętych nawałnicami pokotem leży ok. 8,2 mln m sześc. drewna. W wyniku nawałnic zginęlo 6 osób. * * * AUSTRALIA: Rząd w Canberze chce rozpisać korespondencyjne badanie opinii publicznej na temat homomałżeństw. Naród australijski miałby się wypowiedzieć, czy chce legalizacji takich związków. Pisemny plebiscyt to zamiennik referendum, które zostało zablokowane przez opozycję. * * * SWIAT: Do zamachu z wykorzystaniem furgonetki doszło na La Rambla w pobliżu placu Katalońskiego w Barcelonie. W ataku zginęło 14 osób, a ponad 100 jest rannych. Do zamachu przyznało się tzw. Państwo Islamskie.
EVENTS INFO: Otwarcie wystawy Vitka Skoniecznego: "Portrety i kompozycje według Modiglianiego i Picassa" - Konsulat RP w Sydney, 8.09, godz. 18:30

czwartek, 27 kwietnia 2017

Włodzimierz Wnuk: Tani prześmiewcy rzeczywistości

Donald Tusk na kongresie European People's Party
na Malcie (marzec 2017). Fot. EPP Flickr CC BY 2.0
Z zaciekawieniem przeczytałem uważnie komentarz Zbigniewa Nowakowskiego (ZN), który w wydawanym w Melbourne "Tygodniku Polskim" (*)  nr 11, na 6. stronie, w felietonie  "Tusk a Unia Europejska", szarżuje jak zawzięty ułan spieszony. Pot zalewa oczy więc nietrudno pomylić Radę Europejską z Radą Europy, która jest zupełnie inną instytucją i do której należy wiele państw spoza Unii Europejskiej (UE).
 
 Nie sądzę by ZN był prawnikiem, w szczególności praw UE, więc jego analizy procedur Rady Europejskiej (RE) mogą być  pokrętne, nie na temat i bełtające w głowach (wykażę, że są!). Zresztą - á propos - pamiętam jego niezmiernie osobliwe wykładnie australijskiego prawa korporacyjnego podczas walnych zebrań Stowarzyszenie im. T. Kościuszki (STK), którym przewodniczył (**).
 
Ustosunkuję się do pierwszej połowy "popełnienia" Z. Nowakowskiego.  

Wypada zacząć od nagich faktów.

1. Donald Tusk jest tylko przewodniczącym Rady Europejskiej (także nie mylić z Radą Unii Europejskiej), a nie naczelnikiem UE. Główną rolą przewodniczącego jest przygotowywanie i płynna obsługa spotkań członków Rady (szefów rządów), moderowanie, ewentualne lekkie sterowanie tematami i dyskusją oraz ceremoniał. Dyrektorem Unii jest szef Komisji Europejskiej - obecnie Luksemburczyk Jean-Claude Juncker.  Ergo, przypisywanie Tuskowi jakiejś szczególnie wyjątkowej roli w UE jest niezrozumieniem. Jest on tak ważny jak - mniej więcej - prezydent Niemiec w kanclerskich Niemczech.

2. Każdy funkcjonariusz UE w Radzie i Komisji składa przysięgę, że będzie się kierował dobrem/interesem UE, a nie własnego, delegującego kraju. Pretensje do Tuska, że nie jest piątą kolumną Polski, a w szczególności partii obecnie rządzącej, są niepoważne, ocierające się o megalomanię.

3. Kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej trwa 2,5 roku i można ją przedłużyć tylko raz (czyli łącznie 5 lat). Potem trzeba przymusowo odpocząć. Tak niezwykle krótkie kadencje mają swoje uzasadnienie, ale i efekty uboczne (patrz: przypis ***).

Wiele osób - a już szczególnie tych ulokowanych na rogatkach wokół partii PiS - nadal nie rozumie tego, że nie było żadnych wyborów w Radzie Europejskiej. Było natomiast - jak to przecież wcześniej ogłoszono - głosowanie nad tym, czy przedłużyć kadencję dotychczasowego przewodniczącego Donalda Tuska. Swoją drogą, młody reprezentant Malty, której przypadło przewodniczenie, okazał się dość nieporadny w prowadzeniu posiedzenia.

Gdyby to głosowanie (zwykłą większością głosów!) wskazało na konieczność przeprowadzenia wyborów, to dopiero wtedy musiano by wziąć pod uwagę wybranka nowego rządu Polski, posła PO, Jacka Emila Saryusz-Wolskiego. Oczywiście wraz z innymi, dyskretnie zgłoszonymi kandydatami.  A wynik konkurencji ustalono by tzw. większością kwalifikowaną (55% członków, reprezentujących 65% populacji UE - co oznacza, że kraje duże nie mogą narzucić kandydata krajom małym i vice-versa). Tym niemniej, od czterech kadencji (dwóch elekcji), wyniki są jednogłośne.

Kto oglądał trzy lata temu migawki filmowe z promowania kandydata Tuska, ten wie, że najpierw odbywa się wstępne poszukiwanie i dyskretne sondowanie kandydatów, potem długie konwersacje/negocjacje w poszukiwaniu konsensusu i wreszcie "głosowanie", które dotychczas było czczą formalnością. Albowiem przyjęto zasadę, że przewodniczącym Rady nie może być kandydat zawetowany przez choćby jeden kraj. A więc szuka się aklamacji i nie ma oficjalnego, "przyklepującego" głosowania dopóki się tego nie zagwarantuje. Kiedyś w przyszłości być może zobaczymy w akcji kilku równorzędnych kandydatów.

Przypomnę, że Tusk nie miał łatwo.  Zarzucano mu nieznajomość innego niż niemiecki, głównego języka Unii, brak doświadczenia w procedowaniu według reguł zachodnich, brak znajomości systemu westminsterskiego itp.  Ale Angela Merkel jakoś go przepchnęła i został przewodniczącym Rady. I obiecał ... "I will polish my English"... Z czego się wywiązał, bo dzisiaj potrafi wypowiadać się na żywo klarownie, logicznie i poprawną angielszczyzną, choć mówi z akcentem i francuskim "r".

Miał też kłopoty z przestawieniem się z roli decydenta, któremu to inni wszystko przygotowują, na rolę służebną - tj. tego, który ma zbierać, omawiać i przygotowywać konkrety/opcje innym. Dziennikarze donosili - choć nie ma pewności, czy nie są to tzw. kaczki dziennikarskie lub ukartowana gra polityczna - o jego kilku poważnych wpadkach/zaniedbaniach, z których w ostatniej chwili ratowali go podenerwowani Juncker i Merkel.

Jego "niemedialny" poprzednik Herman van Rompuy swymi inicjatywami znacznie zreformował procedury wewnątrz biurokracji UE po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego. Tusk nie może pochwalić się czymś szczególnym w tej materii. Ale z drugiej strony, choć Władimir Putin i Nigel Farage wielokrotnie publicznie przykro kpili z Rompuy'a, nie odważyli się na to względem Tuska.

W takich warunkach europoseł PO Saryusz-Wolski (koniec-końców wystrychnięty na dudka i wystawiony do odstrzału przez ministra W. Waszczykowskiego i premier Beatę Szydło) najprawdopodobniej padłby jak kawka.  Również dlatego, że - jak dotychczas - przewodniczącymi Rady zostają byli szefowie rządów (powiedzmy: cywilna generalicja), a nie jacyś biurokracji średniego szczebla (powiedzmy: adiutanci). Krótko mówiąc:  w razie jakiejś potrzeby/kryzysu Donald Tusk jest nadal w stanie zmobilizować wielu Polaków, podczas gdy gros Polaków nawet nie wie kim w Parlamencie Europejskim był (bo go wywalono - i z partii i stanowisk) Saryusz-Wolski. W 2004 r. przegrał wyścig o stanowisko komisarza UE z prof. Danutą Hubner, która obecnie jest przewodniczącą Komitetu d/s Konstytucyjnych w Parlamencie UE, natomiast w 2015 r. Rosja umieściła jego nazwisko na swojej liście persona non-grata w odpowiedzi na sankcje UE i za jego rolę w popieraniu opozycji na Białorusi i Ukrainie.  Jak zatem miałby spotykać się z "wiecznie żywym" duetem prezydencko-premierowskim Putin-Miedwiediew?

Europoseł PO powiedział, że wysiadł z pociągu PO na stacji Polska. Nota bene - owe częste bezsensowne nawiązywania w obozie obecnej władzy do żołnierza-amatora, marszałka-Litwiaka, socjalisty sprzed wieku zaczyna irytować.  No bo wynika z tego, że jedynym pociągiem przystającym na tej stacji był i jest pociąg PO, gdyż poseł nadal tam czeka. Czy to oznacza, że pociąg PiS na tej stacji w ogóle nie przystaje?  A może pendolino PiS przelatuje tam ekspresowo? Szkoda, że nie żyje były wiceprezes PiS i wicepremier, śp. Przemysław Gosiewski  - również prawnik z PRL (tytuł magistra zdobywał 14 lat) -  który przyhamował pociąg pospieszny we Włoszczowej. Utrzymywał, że jego przodkiem był hetman Wincenty Gosiewski, prawzór postaci Kmicica w ostatnim tomie "Potopu"  On by wiedział co zrobić.

Założę się o każde pieniądze, że gdy Tusk wreszcie przestanie być przewodniczącym Rady i konieczne będą wybory, to obecny rząd (o ile będzie nadal przy władzy) nie ponowi wystawienia Saryusza-Wolskiego. Być może wystawi (na pożarcie?) Beatę Szydło...

Próbując podsunąć Radzie kandydata, o którego nikt nie prosił i to jeszcze z partii opozycyjnej (sic!), rząd PiS-u usiłował iść na skróty,  metodą aktów uprzedzających (do czego zresztą ma upodobanie także w innych dziedzinach). Niestety, w tej konkretnej sytuacji wyszedł na wiejskiego przygłupka.

Oto analogia: pytam czy sprzedać dom czy nie, a słyszę o świetnej okazji kupna następnego domu.

Gorzej. To objaw niezłej arogancji i tupetu, gdy - nie wiadomo dlaczego - rząd PiS-u najwyraźniej uważał, że funkcja przewodniczącego należy się Polsce, bo sprawował ją Tusk. Bo pomysł był taki: odwołujemy Tuska, gdyż nie ma naszego zaufania i robimy podmianę Saryuszem-Wolskim.  

Ale przecież wybory dotyczą konkretnej osoby a nie delegującego państwa. Państwo ma swoje 15 minut sławy, gdy nadchodzi jego kolej przewodzenia w UE (Malta właśnie skompromitowała się trochę). Gdyby prezydencja UE przypadła obecnie Polsce, to wątpię czy premier Beata Szydło zrezygnowałaby z owej uciążliwości na rzecz Saryusza-Wolskiego.

Zresztą aprobata naiwnego pomysłu rządu RP stworzyłaby precedens, który w przyszłości mógłby skutkować poważnymi zaburzeniami w stabilności machiny UE, gdyż wyniki wyborów parlamentarnych w krajach, gdzie obywatele są ogromnie spolaryzowani (np. Francja, Grecja, Włochy,  Austria czy Polska), mogłyby prowadzić do poważnych załamań, kryzysów i braku "business continuity" na szczytach UE. Nikt nie chce przenoszenia krajowego opluwania się i targania się za uszy na szczebel unijny. A precedensy, historia i zwyczaje są nadal bardzo ważnym elementem systemu prawa na tzw. Zachodzie, czego najwyraźniej nie rozumieją szczwani i cyniczni manipulatorzy żyjący na wschód od Odry.

Premier Beata Szydło przegrała sromotnie (27:1) z innymi szefami krajów członkowskich Unii, choć do końca mogła wyjść z twarzą - choćby wstrzymując się od głosu (ten sam efekt, ale mniejsza kompromitacja). Nawet niezadowolona, opuszczająca Unię Wielka Brytania nie poparła rządu Polski.

Naczelnik szybko zorientował się, że rząd PiS właśnie wpisał się w definicję kiepa i popędził na przywitanie premier z potężnym bukietem, robiąc z tego fakt medialny o ogromnym sukcesie Polski, z którą wreszcie zaczną się liczyć wraży "sojusznicy" z UE. Praktyczny Juncker skomentował później krótko:  róbta co chceta, ale kasę UE trzymamy my. 

Rządzący w Polsce mogli się nie wygłupiać i przynajmniej zgłosić byłego premiera lub prezydenta - a nadal żyje ich w RP sporo - np. Jana Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego, Waldemara Pawlaka, Jerzego Buzka, Hannę Suchocką, Kazimierza  Marcinkiewicza, Leszka Millera, Marka Belkę, Włodzimierza Cimoszewicza, a najlepiej samego dr prawa Jarosława Kaczyńskiego, który pewnie też by przepadł na pierwszym stopniu schodów z powodu nieznajomości języków i braku working-relations z liderami UE.  Np. gazety katolickiej Bawarii nazywają go zacietrzewionym ignorantem, a jeśli ktoś zapoznał się z nowatorską i odkrywczą pracą doktorską obecnego naczelnika ("Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą",  1976 r.) to może mieć jeszcze gorsze skojarzenia.

Wbrew napuszonym słowom tego ostatniego (frazeologia i formułowanie myśli przez prezesa to temat na osobny komentarz - np. co oznacza, że ktoś/coś "wpisuje się w tradycję zdrady"? Zauważmy jak śmiesznie brzmi: wpisuję się w tradycję miłości), to nie Polska jest ową jedynką w wyniku głosowania o przedłużenie kadencji Tuskowi, lecz hunwejbini obecnego rządu, którym przestrzeganie procedur,  przepisów i zwyczajów przeszkadza w osiąganiu zamierzonych celów. Analogicznie wyglada  sytuacja, gdy na ring bokserski lub zapaśniczą matę wpuszcza się zabijakę-ulicznika lub artystę wolnej amerykanki.

 Paradoksalnie, podobnie było w przypadku rosyjskich bolszewików, którzy - aby rządzić - koniecznie musieli zagarnąć wszystkie instrumenty władzy i zdemolować pierwociny demokracji  budowane przez rząd Kiereńskiego. Bez nadzoru, bez długofalowego planu, bez uprawnień i umiejętności, ale z wizjami zaczerpniętymi z "Kapitału" Marksa i „tfurczych” przemyśleń homoseksualisty (zachowała się korespondencja kochanków) Lenina - zniewieściałego pieszczocha zafascynowanego krzepą zwykłego ludu. Bolszewików (w rzeczywistości stanowili mniejszość, ale nazwali się szumnie) surfujących na fali taniego populizmu oraz - niestety - autentycznego uwielbienia „ludu miast i wsi”, nie gardzącego rękoczynami, boć hasłami były: „rozkułaczenie”, "obszarnika goń!", „cała władza w ręce rad” „sprawiedliwość społeczna”, "nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera" oraz "mierny, bierny ale wierny".

Zaś na słupach  ogłoszeniowych masowo rozklejano podżegające do mobingu i wielce  ekspresywne plakaty z odstręczającymi bankierami-grubasami o kulfoniastych nosach, dźganymi w tłuste zadki bagnetami krasnoarmiejców.

Polski premier Mieczysław Rakowski publicznie twierdził, że dzięki socjalizmowi nie musi paść krów. Premier Włodzimierz Cimoszewicz uściślał, mówiąc, że jego rodzina miała tylko kozę.

Do czego doprowadziła taka ułuda i jak skończyły się te usiłowania (tj. inną odmianą absolutyzmu - tym razem nomenklatury bazującej na proletariacie, a potem siłach porządku publicznego) widzieliśmy, a nawet odczuliśmy na własnej skórze.


Koniec-końców okazało się, że urzędy Unii są - na szczęście - poza zasięgiem większości (w rzeczywistości niewielkiej) partii obecnie miłościwie panującej w Polsce. Może taki pstryczek w nos czegoś partyjniaków-hunwejbinów nauczy...

Nasuwa się jednak pytanie: skoro podstarzali polscy hunwejbini umieją obecnie tak głośno i udatnie awanturować się na wszystkie strony, to gdzie byli, gdy w Polsce rządził Gierek, Kania, Rakowski, Jaruzelski i Kiszczak?  A może zza pleców proletariatu wielkoprzemysłowego cichutko pomrukiwali na kolanach, a nabrali niesłychanej odwagi i „ciągu przywódczego” dopiero po 1990 r.?

Pocieszę tych komentatorów i czytelników, którzy szczerze i organicznie nienawidzą Tuska i jego ferajny. To już jego ostatnia kadencja i za niespełna 3 lata najpewniej pojawi się w RP w glorii chwały albo wyląduje na dostatniej emeryturze pod palmami na Seszelach lub Madagaskarze.

Obecnie finanse RP idą w zaparte (dług publiczny właśnie przekroczył bilion PLN, a chroniczny coroczny deficyt 60 mld zł), w ZUS/KRUS/FUS powiększa się ssąca „czarna dziura”, a także kończą się powoli masywne dofinansowania z UE na transformację. Za dwa lata to Polska będzie płatnikiem netto na przedsięwzięcia UE gdzieś indziej. Także trendy w sondażach zaczynają przybierać niepomyślny kształt, a pól do popisu coraz mniej, bo nawet rewelacje z Siewiernego rozpływają się w gęstej mgle.

A także zanosi się na to, że w wyniku Brexitu do Polski powróci bezrobocie i matki z dziećmi, które z satysfakcją wyeksportował poprzedni rząd, a rzeka funtów obecnie wartko płynąca do RP ździebko przyschnie.

Summa-summarum wygląda na to, że znacznie młodsi, nowi kumple Tuska dadzą obecnie rządzącym możliwość robienia jeszcze większego rabanu lokalnie, bo na pewno łatwiej jest skarżyć się na szykany i okrutny los z ławek opozycji.

Post-factum, niektórzy komentatorzy, doszukujący się u Naczelnika genialności i makiawelizmu, suponowali, że całość była głęboko przemyślana i przebiegły prezes przemyślnie zapobiegł powrotowi D.Tuska do Polski, a więc PiS ma wolną rękę w eskalacji Dobrej Zmiany do końca kadencji rządu. Pomimo tego, że istotnie publikowano przecieki (zawsze z "dobrze poinformowanych źródeł", czy "kręgów wokół", ale nigdy od konkretnego biurokraty UE) bardzo  krytyczne względem wykonywania przez Tuska roli przewodniczącego Rady, to jednak sądzę, iż jest to po prostu robienie dobrej miny do dotkliwej porażki, gdyż jeśli w Radzie chciano by wygaszenia Tuska, to - od co najmniej pół roku - trwałyby "dyskretne" poszukiwania odpowiednich kandydatów, a to byłoby trudne do ukrycia.

Po tej dłuższej dygresji powracam do artykułu Zbigniewa Nowakowskiego (ZN).

W drugiej połowie swego "popełnienia" ZN ironizuje i szydzi z urzędników UE, w tym Tuska, prawie tak ostro jak pewien nestor Kasander z Sydney, członek efemerydy KOP.

Jest to dość płaskie i mało przekonywujące popisywanie się przed publiką, bo założę się o każdą kwotę, że krytykant nie utrzymałby się ani dnia na podobnie eksponowanych stanowiskach. Doradzam zatem, aby przed fetowaniem ocen i wyroków zaznajomić się - choćby pobieżnie - z poważniejszymi, beznamiętnymi oraz mniej stronniczymi raportami i opracowaniami, zamiast buszować po blogowiskach Internetu czy łamach np. Gazety Polskiej.

Bo oprócz tego, że niektórzy przodkowie Tuska mają niemieckie pochodzenie, a Tusk wadę wymowy i resztki ryżej czupryny, to w ostatnich 3 latach:

·         postawił się mocodawczyni Merkel (a szczególnie guru UE Junckerowi) w sprawie imigrantów (zamknął szlak bułgarski i uświadomił Unii specyficzną sytuację Polski, która już ma milion imigrantów zza miedzy)

·         jednak doprowadził do wprowadzenia konkretnych i dotkliwych sankcji wobec Rosji, choć początkowo UE nie miała na to najmniejszej ochoty

·         pomimo tego, że nie ma o D. Trumpie dobrego zdania, pogratulował mu wyboru (czego nie uczyniły inne szyszki UE) z intencją utrzymania uprzywilejowanego statusu UE w relacjach z USA, na czym Polsce powinno zależeć.

Panu ZN przypomnę, że Wolne Miasto Gdańsk - w wyniku umów wersalskich - od 1920 r. było enklawą neutralną, a więc nie ma nic wstydliwego ani nagannego w tym, że dziadek Tuska w nim żył i miał jego obywatelstwo. To samo dotyczy mieszkańców tych obszarów plebiscytowych, które po wojnie opowiedziały się za Polską. Hitler "przywrócił"  Wolne Miasto Gdańsk do Rzeszy tak samo, jak "przywrócił" do niej ”pruski" Poznań (ogromny zamek Otto von Bismarcka, utrzymywany obecnie przez polskich podatników, panoszy się w jego centrum),  Wielkopolskę oraz kawał Śląska. W 1939 r. wszystko w II RP - oprócz Generalnej Guberni i terenów zagarniętych przez ZSRR - stało się Rzeszą. O Zaolziu nie wspomnę.

Dziadkowi Tuska przymusowo zmieniono obywatelstwo na niemieckie i wcielono go do Wehrmachtu, po czym wylądował w obozie koncentracyjnym SS Neuengamme koło Hamburga.

Zaś rodzina Tuska, jako przynależąca do mniejszości kaszubskiej, była non-stop podejrzewana o nielojalność zarówno przez hitlerowców jak i komunistów. I zaprawdę trudno dziwić się temu, że "niemiecki" Tusk patrzył z Gdańska na rozciągający się na południu teren PRL jak na dziwactwo i  nienormalność, bo takim samym dziwactwem na zachodzie był NRD, a na wschodzie Białoruś, Litwa i enklawa Kaliningradu. Okolice Gdańska - jak okazało się to niejednokrotnie na przestrzeni lat 1968-1986 - rzeczywiście były czymś specjalnym w szarym, siermiężnym baraku PRL.

Zaś skoro Traktat Lizboński negocjował i podpisał znakomity prawnik z PRL, śp. dr hab. Lech Kaczyński, profesor nadzwyczajny, turecki Europejski Mąż Stanu 2006, doctor honoris causa uniwersytetów: Hankuk (Korea Płd.), Państwowego w Ułan Bator (Mongolia), Państwowego w Tbilisi (Gruzja), Słowiańskiego w Baku (Azerbajdżan), wspierany przez liczną ekipę ze swej prezydenckiej Kancelarii, to dlaczego średniowykształcony Tusk (co najwyżej Słońce Peru) miał mieć jakiekolwiek zastrzeżenia przy jego ratyfikacji?

A na żałosne kpienie ze szczerości Tuska (przyznał, że w domu śpiewano kolędy po niemiecku) powiem tak:  jestem Australijczykiem, a śpiewam kolędy po polsku; jestem także Polakiem, a śpiewam kolędy anglosaskie (te "wpadające w ucho" i nie mające polskich odpowiedników). Uważam też, że "Cicha Noc" najładniej brzmi w języku oryginalnym.

Zamiast drwić, należałoby się cieszyć z tego, że w domu Tuska w ogóle śpiewano kolędy w czasie PRL-owskiej marksistowsko-gomułkowskiej nocy. I do tego po niemiecku!  Wtedy, gdy generalissimus "Wiesław" walił pięścią i grzmiał z mównicy o V-kolumnie w Polsce, dogadywaniu  się biskupów polskich z hitlerowcami, a zagłuszane Radio Wolna Europa nadawało z Monachium...

Myślę, że wyliczanie przez ZN wybranych potknięć rządów PO/Tuska w III RP jest chybionym  argumentem przy ocenie działalności Tuska w biurokracji Unii.  I to niezależnie od tego, że jest on rzeczywiście współwinnym wielu spraw polskich, np. „zaiwanienia” kapitału z funduszy emerytalnych (co błyskawicznie dokonsumował obecny rząd PiS), trzykrotnego rozdęcia biurokracji, przyzwalania na „kreatywność” ministra finansów, ignorowania pleniącej się korupcji oraz mafijności, którą silnie wsparły siły wyrzucone z dnia na dzień z WSI przez A. Macierewicza & Ska  (polecam zapoznanie się z zeznaniami i wywiadami mafiozo a potem świadka koronnego "Masy").

 
Włodzimierz Wnuk, Melbourne 

________________

(*)  Tygodnik Polski (TP) jest polonijnym czasopismem, które ma już niemal siedemdziesięcioletnią nieprzerwaną tradycję. Obecnie wydawany jest w Melbourne, gdzie mieści się redakcja zatrudniająca 3 osoby i wspomagana przez grupę wolontariuszy. Właścicielem jest Stowarzyszenie im. T. Kościuszki (STK), zaś wydawcą Strzelecki Holding Pty. Ltd.

(**)    Zarząd STK składa coroczne sprawozdania podczas walnych zebrań, w których najistotniejszą częścią jest budżet i sprawy wokół Tygodnika Polskiego - jedynej swej działalności. Ale członkowie uczestniczący w zebraniu nie mogą pytać o szczegóły dotyczące gazety, gdyż przewodniczący Zbigniew Nowakowski
nie zezwala i ucina, bo (sic!) ... zebranie dotyczy STK, a nie TP.


(***)    Uważam, że tak niezwykle krótkie kadencje wynikają z obaw Rady przed ogromną  kompromitacją gdyby zaszła konieczność natychmiastowej wymiany przewodniczącego z powodu tego, że okazał się półgłówkiem, niedojdą, bankrutem, przestępcą, bądź zabrakło mu nagle piątej klepki.
 Z drugiej zaś strony, tak krótkie kadencje w zasadzie uniemożliwiają jednej osobie kontynuację rozwiązywania ważkich problemów UE. Problemy takie mają zazwyczaj długi horyzont czasowy. Np. podczas obu kadencji poprzednika Tuska, grafa Hermana Van Rompuy'a, nie udało się rozwiązać problemu zadłużenia Grecji, Hiszpanii, Portugalii i Włoch, ani ustabilizować sytuacji w krajach arabskich "wiosen", np. w Libii, Egipcie, Syrii i Libanie. Natomisat Tusk ma na głowie doglądanie nietrywialnych problemów masowej imigracji, terroryzmu, globalizmu oraz trudną sytuację w Turcji i na Ukrainie. 
A więc i w przyszłości będziemy mieli do czynienia raczej z podwójnymi kadencjami przewodniczacego Rady, o ile nie palnie on jakiegoś piramidalnego głupstwa.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja