polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: - Mamy do czynienia z największą w dziejach polskiego leśnictwa klęską spowodowaną wiatrami o znamionach huraganu - powiedział dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski. Dodał, że na terenach dotkniętych nawałnicami pokotem leży ok. 8,2 mln m sześc. drewna. * * * AUSTRALIA: Wicepremier Barnaba Joyce może stracić swoje stanowisko po tym jak rząd Nowej Zelandii potwierdził, że jest obywatelem nowozelandzkim według ustawy o obywatelstwie z 1948 r. Ojciec Joyce'a był Nowozelandczykiem. Australijska konstytucja zabrania osobom z podwójnym obywatelstwem zasiadać w parlamencie. * * * SWIAT: Do zamachu z wykorzystaniem furgonetki doszło na La Rambla w pobliżu placu Katalońskiego w Barcelonie. W ataku zginęło 14 osób, a ponad 100 jest rannych. Do zamachu przyznało się tzw. Państwo Islamskie.
EVENTS INFO: Otwarcie wystawy Vitka Skoniecznego: "Portrety i kompozycje według Modiglianiego i Picassa" - Konsulat RP w Sydney, 8.09, godz. 18:30

sobota, 14 maja 2016

Nie stchórzyć wobec historii. W 90. rocznicę Zamachu Majowego

Józef Piłsudski udaje się na spotkanie z prezydentem
Stanisławem Wojciechowskim zanim rozpoczęły się
 bratobójcze walki 12 maja 1926 r.  fot. NAC
W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. Tak pisał sprawca Zamachu Majowego, marszałek Józef Piłsudski, po wspólnym pogrzebie poległych żołnierzy obu walczących stron. Patriotyzm nie jest sprawą łatwą, zwłaszcza w tak trudnych i dramatycznych momentach. Nie ma wtedy patriotów lepszych i gorszych. Wszyscy tak samo walczą, tak samo wierzą w świętość własnych racji – i wszyscy umierają tak samo. Od roku 1926 i tamtych wydarzeń mija właśnie 90 lat o czym wspomina w kontekście współczesnej polityki polskiej Paweł Kasprzak, były opozycjonista, działacz  Niezależnego Zrzeszenia Studentów i Solidarności .

W tym roku przypada okrągła, 90. rocznica zamachu majowego. To jest rocznica wyjątkowo trudna. Kłopotliwa, śliska sprawa. Niektórzy mówią: niebezpieczna. Istotnie, dotyczy ona centrum polskich mitów historycznych i polskich kompleksów, pokazując, że bycie Polakiem to bardzo szczególny rodzaj przekleństwa…

W III RP nie upamiętniono Zamachu – mimo prób – żadną np. sejmową uchwałą. Przy poprzedniej rocznicy przeciw takiej uchwale, zaproponowanej przez PSL i SLD, solidarnie głosowały PiS i PO. Ich zdaniem stosowniejszym momentem byłaby rocznica okrągła. Więc np. za rok – mówiono, Cóż, rok właśnie minął…


Tę rocznicę po 1989 roku obchodzono oficjalnie w Polsce zaledwie jeden raz. Zamach Majowy, nazwany zresztą na tę okoliczność Majowym Czynem, postanowiono mianowicie w 2006 roku obchodzić w Białymstoku – w tym samym Białymstoku, który się tak wieloma rzeczami ostatnio wsławia. Postanowiono tam zatem z okazji Majowego Czynu pochwalić absolutnie wszystkie jego racje i następstwa, z procesem brzeskim i Berezą włącznie. Obchodom rocznicy z udziałem wojewody Dobrzyńskiego (PiS) przewodził – co znamienne – tamtejszy dyrektor aresztu śledczego, który z tej okazji wręczał państwowe odznaczenia funkcjonariuszom i byli to funkcjonariusze więziennictwa…

I poza tym wyjątkiem Zamach nie był w III RP w żaden sposób upamiętniany. Podobnie było oczywiście w II RP – obowiązywała zasada „ciszej nad tą trumną”… Powody łatwo zrozumieć. Równie łatwo jest pojąć, dlaczego także w III RP o Zamachu nie chcemy wspominać. Nadal słychać, że jest zbyt wcześnie na tak bolesne rozrachunki. Może w takim razie umówmy się od razu na spotkanie za trzysta lat. W rzeczywistości tym pilniejsza jest potrzeba, im większy mamy z tą rocznicą kłopot, a dzisiejsza aktualność wydarzenia tym bardziej skłania do tego, by się z tą kartą polskiej historii zmierzyć jednak dzielnie, a nie tchórzliwie.

Niełatwe lekcje tej historii


Zamach Majowy był rzecz jasna wydarzeniem ponurym. Jak większość polskich rocznic, w których czcimy często po prostu kolejne klęski kolejnych narodowych powstań. Tu jednak chodziło o walkę bratobójczą i to między innymi z tym faktem nie umieliśmy się dotąd zmierzyć.

W trzydniowym starciu w Warszawie zginęło wówczas wg oficjalnych danych 379 osób, w tym 164 cywili, więc także dzieci, kobiet, starców. Z rąk żołnierza walczącego po stronie piłsudczyków zginął np. demonstrujący w obronie konstytucyjnych władz student, Karol Levittoux, stryjeczny wnuk innego Karola o tym samym, francuskim nazwisku, który w 1841 roku zginął w płomieniach wznieconego przez siebie pożaru w celi warszawskiej Cytadeli. Uwięziony za spisek mający za cel ustanowienie w Polsce republiki i zniesienie pańszczyzny, poddany najokrutniejszym torturom, postanowił w ten sposób raczej zginąć niż wydać w śledztwie towarzyszy. Ów starszy Levittoux był zaś, co przypomnieć warto, Polakiem zaledwie w pierwszym pokoleniu – jego ojciec był napoleońskim żołnierzem, który zdecydował się pozostać w Polsce. Historia Polski bywa więc aż tak dziwna, a polski patriotyzm – aż tak silnie zaraźliwy…

Józef Piłsudski na pogrzebie poległych był nieobecny. W jego późniejszym rozkazie, napisanym 22 maja, a nazwanym potem pojednawczym, czytamy: „W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną”. Istotnie patriotyzm nie jest łatwą sprawą. Nie ma patriotów prawdziwych i fałszywych, lepszych i gorszych – wszyscy tak samo walczą, tak samo wierzą w świętość własnych racji i tak samo umierają. To jedno z tych bardziej oczywistych przesłań, które historia ma dzisiaj nam do zaoferowania. Chyba najważniejsze.

Był Zamach ponurą kartą w polskich dziejach nie tylko z powodu ofiar, ale także dlatego, że bez wątpliwości oznaczał on – być może wbrew intencjom zamachowców, bo te intencje da się oceniać różnie – koniec polskiej demokracji, czego z kolei oceniać dowolnie się nie da wobec znanych z historii faktów. Nastąpiły więc po Zamachu polityczne więzienia, brutalne złamanie wolności wyborów, zdławienie wolności prasy, wiele przypadków politycznych mordów, systematyczne osuwanie się w dyktaturę zarówno politycznego ustroju, jak społecznych żywiołów. W końcowym okresie Sanacji ta dyktatura zyskiwała coraz wyraźniej brunatną barwę. II RP, do której wielu polskich patriotów – bardzo znaczna większość prawdopodobnie – wzdychało nostalgicznie w latach powojennego zniewolenia, była w rzeczywistości daleka od ideału. II RP gwałciła prawa obywateli, represje miewały powody polityczne, religijne i etniczne, a nierzadko bywały krwawe.

Kłopotliwe jest więc dzisiaj oczywiście również to w rocznicy Zamachu, że wspomnienie o nim tworzy rysę w micie do dziś świętym dla sporej części z nas. W micie Niepodległej oraz w micie Marszałka – opatrznościowego męża narodu. Dokładnie jednak z tych samych powodów ta rocznica nabiera dzisiaj szczególnej aktualności, skoro ów mit bywa ochoczo przywoływany przez strojących się w patriotyczne piórka i aspirujących szczególnie chętnie właśnie do schedy po Marszałku.

Ale Zamach daje okazję do ważnych i aktualnych przestróg niezależnie od tego komu dokładnie z dzisiejszych aktorów przypisywalibyśmy czyją rolę w naiwnie kleconej „historycznej rekonstrukcji”, do czego wszyscy mamy skłonność, szukając historycznych analogii. Te przestrogi są zupełnie niezależne od ocen motywów ówczesnych zamachowców. Przyjęcie prawdy o Zamachu niekoniecznie bowiem musi oznaczać infamię Piłsudskiego i zaprzeczanie jego zasługom. Nie musi nawet oznaczać uznania za złe motywów tej jego decyzji. Z całą pewnością nie musi wreszcie oznaczać ani prostej pochwały, ani potępienia pierwszych ośmiu lat II RP, które Zamach poprzedzały. Z tych lat historia również pamięta i polityczne procesy, i brutalne dławienie politycznych praw obywateli, rozpędzane demonstracje lewicy, ksenofobiczne wrzaski podburzonych przez narodowców tłumów oraz katastrofę zabójstwa Narutowicza. Z Piłsudskim i z jego przewrotem sympatyzowało wielu – by wspomnieć PPS, komunistów i PSL Wyzwolenie, albo Zofię Nałkowską, czy Stefana Żeromskiego. Wiemy dzisiaj to, czego jeszcze sam Piłsudski być może wiedzieć nie mógł. Znamy mianowicie skutki.

Skutki zaś są jasne i – jako się rzekło – ocenom się nie poddają: znamy twarde fakty. Pokazuje więc ta historia, że wbrew znanemu porzekadłu, kiedy człowiek strzela, to kule nosi być może diabeł. Pierworodny grzech pogardy dla konstytucyjnych praw przynosi zawsze takie owoce. I one zawsze wymykają się kontroli sprawców. Niezależnie od racji, które łamaniu prawa i obraniu drogi na skróty przyświecają, te owoce są zawsze zatrute. Tym wymowniejsza jest ta lekcja przecież, im bardziej szanujemy pamięć Marszałka.

Dzisiejszy ciężar mitu


Gdybyśmy mieli kiedy tradycję II RP zrozumieć, gdybyśmy mieli jak dokonać rozrachunku Sanacji i samego Zamachu – wtedy być może dzisiejsze polityczne szaleństwa nie byłyby możliwe tak łatwo.

Byłoby ogromnym błędem szukać dziś zbyt łatwych analogii. Jarosław Kaczyński być może chce pozować na Marszałka, ale oczywiście daleko mu do jego talentów i zwłaszcza do zasług – porównanie tego rodzaju byłoby groteskowe. Pamiętna laudacja, którą Andrzej Duda wygłaszał na cześć Kaczyńskiego z okazji tworzenia rządu Szydło, była starannie i najpewniej świadomie zainscenizowaną powtórką podobnej mowy równie marionetkowego Mościckiego o Piłsudskim. Ale na dobrą sprawę, pomimo całego tego teatru nie wiadomo dobrze, kto dokładnie czyją rolę odgrywa, bo przecież rząd PiS powołano legalnie, więc może to Beatę Szydło należy utożsamić z Witosem, na którego władzę nastaje, nie przebierając w środkach, jakiś np. Kijowski, czy inny Schetyna. Podobnie groteskowe jest i to porównanie. Zupełnie inne są dzisiaj czasy, sytuacja gospodarcza i międzynarodowa. To tylko – siłą mitu – nastroje są podobne i te same pojęcia dominują w naszym myśleniu w społecznej skali, co jest problemem poważnym, bo niszczy nawet ślady racjonalności naszych zbiorowych zachowań.

Język PiS, owszem, w wielu momentach przypomina frazeologię legionistów o „rozwydrzonym partyjniactwie”, choć w innych fragmentach zbliża się bardziej do późno-sanacyjnego OZN, kiedy się w nim pojawia polityczna i etniczna ksenofobia, utopijny dziś bardziej niż wtedy izolacjonizm gospodarczy, albo charakterystyczne pomysły konstytucyjnych zmian. To jednak raczej dlatego, że wszyscy dyktatorzy używają podobnych retorycznych figur w swych napuszonych mowach i do podobnie brutalnych metod sięgają w działaniu.

Pewien znakomity historyk, a przy tym człowiek porządny i wcale nietchórzliwy, proszony o udział w obchodach rocznicy, powiedział – odmawiając stanowczo – że historię należy zostawić historykom, polityki do niej mieszać nie wolno, a dyskusje historyków niech się lepiej odbywają w uniwersyteckich salach, a nie na ulicach. Mitu Marszałka podważyć się nie da, a wszelkie próby tego rodzaju natychmiast zdefiniują nowy polski konflikt kulturowy, w którym demokraci muszą przegrać z zamordystami, ponieważ mierzyć się przyjdzie z tradycją obezwładniającą. Polacy chętnie zobaczą ukochaną Kasztankę tam, gdzie w rzeczywistości stoją raptem przenośne schodki kupione w Ikei dla wywyższenia przemawiającego wśród tłumu prezesa…

Cóż, o tyle oczywiście naiwny jest ów, skądinąd słuszny, postulat trzymania polityki na dystans, że polityka w tej historii od zawsze była i nadal pozostaje obecna – ostatnio silniej niż to wcześniej bywało. Z trwania zastarzałych mitów wbrew rozsądnej historycznej ocenie dałoby się zresztą uczynić zarzut historykom, co jednak nie byłoby sprawiedliwe, bo te akurat mity kształtowały się przez dekady zniewolenia i żadne historyczne opracowania ani żadna perswazja wpływu na nie żadnego nie miała i mieć nie mogła.

Być może rzeczywiście nadszedł czas, by polityka przestała się do ocen historii wtrącać, choć to trąci utopią i ignoruje fakt, że obecna w kulturze historiografia zawsze w bieżące konteksty uwikłana być musi i nie ustrzeże się ich najrzetelniejszy nawet historyk najodleglejszej starożytności. Po to w końcu historię czytamy, żeby się w niej odnaleźć i zrozumieć własną tożsamość. Może i rozbrat historii z teraźniejszością byłby właściwym lekarstwem na schorowaną polską duszę, ale musiałby w takim razie oznaczać raczej zbiorową niepamięć. W każdym razie dzisiaj to właśnie na ulicy słychać gromko wykrzykiwane pogróżki oraz nawoływania, by jeszcze raz w Berezie zamknąć tych, którym patriotyzmu znów nie wystarcza, albo inaczej go pojmują – mnóstwo takich wrzasków dziś słyszymy…

Jeśli to wziąć pod uwagę, jeśli dostrzec jak silnie i jak złowrogo obecne są w naszej świadomości mity przeszłości, jak często i łatwo towarzyszy im choćby rasizm w najczystszej postaci i wszystkie mroczne zmory totalitarnych ideologii, ucieczka od dyskusji o dziedzictwie II RP i szukanie bezpiecznego uniwersyteckiego azylu okaże się zwykłą kapitulacją wobec groźnego i wciąż wzbierającego żywiołu. A on właśnie na ulicach szaleje i rośnie w siłę – nie na uniwersytetach. Jakoś się tym zająć trzeba – a wygląda też, że pilnie.

Polscy bohaterowie – wolność vs. niepodległość


Czci nasza narodowa tradycja wielką ilość narodowych bohaterów. A oni z rzadka tylko umierali naturalnie. Większość ginęła śmiercią gwałtowną, broniąc naszej wolności lub o nią walcząc. Tego jeszcze jesteśmy wszyscy jako tako świadomi. Ale przy tym ta wolność – o czym pamiętamy już rzadziej – była najczęściej „wspólną sprawą”, a wtedy oznaczała zawsze tylko niepodległość. Nie osobiste prawa człowieka i obywatela i nie jego indywidualną wolność. Tym się między innymi różnimy na przykład od Francuzów, że żadnej Bastylii nie zdołaliśmy zburzyć naprawdę własnymi rękami, a jeśli nawet próbowaliśmy, to wyłącznie dlatego, że to obca władza ją nam zbudowała, a my chcieliśmy swojej – niechby i takiej, która kolejne takie Bastylie i Cytadele nam postawi dla umocnienia państwa. W imię żadnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela nie występowaliśmy, a demokratyczne konstytucje częściej nam nadawano, niż je w walce sobie zapewnialiśmy. Angielski termin „freedom fighter” co innego znaczy, kiedy opisuje Polaka niż kiedy opisuje Amerykanina. W polskiej przeszłości da się, owszem, takich ludzi znaleźć, ale w tradycji oni znaczą już mniej, o ile w ogóle da się ich zauważyć. Nieliczni polscy dysydenci z lat siedemdziesiątych prawa człowieka mieli wypisane na sztandarach, co w polskiej historii jest ewenementem, a ich największą i trwałą zdobyczą była faktycznie w Polsce wywalczona wolność słowa. Ale w kolejnej dekadzie lat osiemdziesiątych ci ludzie zniknęli już w tłumie narodowego ruchu, nierzadko potem deptani jako element narodowi obcy i w zgodnym marszu przeszkadzający.

Ilekroć więc „wspólna sprawa” stawała w konflikcie z prawami obywatelskimi – a często tak się zdarzało i nadal zdarza – ci, którzy bronili praw jednostki, przegrywali w Polsce z kretesem. Zawsze i bodaj bez jednego wyjątku. Zamach Majowy wyróżnia się również pod tym względem na tle polskiej historii, choć on się skończył tak, jak to zwykle w Polsce bywało. Bohatersko, ale i tragicznie.

Piłsudski – opowiadają – nie spodziewał się oporu, kiedy zbrojnie wkraczał do Warszawy. Występował przeciw powołanemu właśnie rządowi Wincentego Witosa. To był legalny rząd i nie istniały żadne powody, by tę jego legalność kwestionować. Ale był to równocześnie już szesnasty rząd II RP w ciągu ośmiu lat niepodległego istnienia Polski. Dla wielu Polaków był to widomy znak kryzysu – może nie aż konstytucyjnego, ale głębokiego ustrojowego kryzysu demokracji na pewno. Przy tym wszystkim i przy wszystkich realnych powodach, by na przewrót się zdecydować, Piłsudski miał prawo oczekiwać zwłaszcza, że nie znajdzie się nikt, kto by chciał zbrojnie stanąć za tym odłamem PSL, który reprezentował Witos, ani za nim samym. Ot, jeden z wielu słabych rządów i jedno z wielu politycznych stronnictw – wszystkie one mniej więcej jednakowo obrzydły Polakom w partyjnej demokracji rozczarowującej niemal wszystkich i rzeczywiście wyraźnie szwankującej.

A jednak zbrojny opór nastąpił. I nie Witosa w nim broniono, a – okazało się nagle – właśnie demokratycznych instytucji państwa i podstawowych zasad praworządnej demokracji. To jest wobec tego jeden z tych unikalnych momentów polskiej historii, kiedy polscy bohaterowie gotowi byli oddać życie i rzeczywiście je oddali nie za niepodległość tylko i nie za wolność Ojczyzny, ale za wolność w Ojczyźnie i za prawa, które uznawali za cywilizowane. Może i byli w mniejszości – dziś nie da się tego zmierzyć. Ale istnieli i walczyli o swoje. Złożyli zaś broń nie w obliczu militarnej klęski, ale po to, by zachować życie rodaków i całość państwa. Są tą częścią polskiej tradycji, której Polakom najbardziej dziś brakuje. A zwłaszcza w „obozie demokratów” ona jest potrzebna.

Duma demokratów


Demokracja, której dzisiaj bronimy na wiecach i marszach w proteście przeciw „zamachowi stanu”, jak się często określa politykę obecnej władzy, nie jest pojęciem ze sfery wartości. O tym zapominamy. Demokracja nie ma etycznych znaczeń w powszechnie uświadamianym odbiorze. Pojęcie jest raczej techniczne i oznacza skomplikowane prawne procedury, którymi sprawnie i dla własnych korzyści posługują się raczej „rozwydrzone partie” niż „prosty lud”. Jeszcze gorzej jest z konstytucją.

Tę, której dzisiaj bronimy, przyjęliśmy w ogólnonarodowym referendum z 1997 roku. Jeśli jednak chcemy stąpać po ziemi, a nie tkwić w złudzeniach, powinniśmy pamiętać, jak było naprawdę. Specjalną ustawą zdecydowano wówczas, że akurat to referendum – jedyne takie – będzie ważne również, kiedy frekwencja nie osiągnie 50%. I rzeczywiście – wyniosła mniej niż 43. Konstytucję przyjęliśmy stosunkiem 53 do 47. Zatem głosami niewiele ponad co piątego wyborcy. A przy tym – jeśli spojrzeć na rozkład wyników w starych jeszcze wtedy województwach – widać bardzo wyraźnie, że im wyższa była frekwencja, tym mniejsze było poparcie konstytucji. Wola ustanowienia polskiego prawa najwyższego – w tym kształcie, którego dzisiaj bronimy – nie była więc jakoś szczególnie silna i da się wątpić, czy rzeczywiście byłaby to wola większości, bo gdybyśmy spytali wszystkich, to wynik byłby prawdopodobnie odwrotny, jeśli wierzyć matematyce obserwowanych silnych korelacji. Nasza konstytucja nie jest więc i nie była żadną proklamacją praw drogich Polakom. Była znów wolnością podarowaną nam wtedy, kiedy jej sami wcale nie żądaliśmy. W dodatku – oczywiście – mapa rozkładu tamtych głosów niemal dokładnie odpowiada wszystkim późniejszym politycznym mapom Polski. Im bardziej na Wschód, tym dla konstytucji gorzej, a lepiej dla silnej władzy legendarnych wodzów i narodowych mitów. I lepiej dla PiS.

Niewiele, wydaje się, zmieniło się w tej sytuacji, choć właśnie dzisiaj ta zmiana być może się rozpoczyna. Jeśli jednak chcemy zmiany prawdziwej, to pamiętać należy przede wszystkim, jak nikła jest w naszych oczach etyczna wartość demokracji, a jak wiele znaczy dla nas „wspólna sprawa narodowa”. Przeciw szarżom skrzydlatej husarii i przeciw legionom poległych za niepodległość mamy dzisiaj na ogół zaledwie nudne gadanie o europejskich standardach. Wiele tym nie zwojujemy.

 Często dzisiaj słyszymy, że demokracja jest właśnie taka i że taka ona być musi. Zawiła, rozczarowująca, bez uniesień łatwo oferowanych przez groźne ideologie. Demokratyczna mądrość wymaga trudnego myślenia, a nie łatwych uniesień.
Nieprawda. Trudna mądrość nie wyklucza idei i ich piękna. Nie wyklucza ani dumy, ani godności. Wartość demokratycznych wolności znają i przeżywają ci, którzy tę wolność zdobywali. I którzy ją z tego powodu cenią, nie pozwalając jej sobie odebrać. Od ojca znał z Francji tę tradycję starszy Levittoux, a być może i młodszy się w tej samej tradycji wychował.


Mamy szansę podobną tradycję odkryć, jeśli będziemy mieli odwagę nie cofać się przed demonami narodowych mitów. Nie stchórzmy znowu przed tą rocznicą. To tylko intelektualnej odwagi wymaga.

 

Do obywateli i przedstawicieli najwyższych władz Rzeczypospolitej


W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną.

Tak pisał sprawca Zamachu Majowego, marszałek Józef Piłsudski, po wspólnym pogrzebie poległych żołnierzy obu walczących stron. Patriotyzm nie jest sprawą łatwą, zwłaszcza w tak trudnych i dramatycznych momentach. Nie ma wtedy patriotów lepszych i gorszych. Wszyscy tak samo walczą, tak samo wierzą w świętość własnych racji – i wszyscy umierają tak samo. W Zamachu ginęli również cywile. Wśród 164 cywilnych ofiar byli aktywni uczestnicy wydarzeń, ale także kobiety, dzieci, starcy, ludzie niestający po żadnej ze stron walki, w której cudze racje się ważyły i w której cudze dążenia przynosiły śmierć niewinnym. Od roku 1926 i tamtych wydarzeń mija właśnie 90 lat.

Wypowiadamy te słowa dla uczczenia pamięci tych, których dramatu w niepodległej Polsce nigdy nie wspomniał ani Sejm, ani żaden inny konstytucyjny organ Rzeczypospolitej, żadna z sił politycznych, ani nawet żadne z akademickich środowisk. Których z naszej zbiorowej pamięci staraliśmy się dotąd raczej wyprzeć. Chcielibyśmy dzisiaj widzieć na czele własnego, niepodległego państwa ludzi, których stać choćby na to, żeby odważnie spojrzeć w przeszłość. Bo wtedy może i w przyszłość umieliby patrzeć podobnie śmiało.

W 90. rocznicę Zamachu Majowego wspominamy więc 379 rodaków zabitych wtedy w Warszawie. To dług niepodległej Polski, który chcemy choć w części spłacić.
Zebraliśmy się również ku przestrodze. Niech tragiczny w przebiegu oraz społecznych i politycznych skutkach Zamach Majowy wspomną rządzący dziś Polską i niech o tym wydarzeniu pamiętają również rządzeni. Zamach Majowy i jego następstwa powinny nam dzisiaj powiedzieć, czym kończy się łamanie konstytucyjnego porządku państwa nawet wtedy, kiedy się go dokonuje w jego obronie i w najszlachetniejszych intencjach.

Zamach Majowy i niepodległość II RP to jeden z polskich narodowych mitów, któremu wiele zawdzięczaliśmy w latach zniewolenia. Jest to równocześnie mit obciążony wielkim negatywnym balastem. Gdybyśmy tę przeszłość zrozumieli i od mitów się uwolnili, być może szaleństwa trapiące dzisiaj Polskę i Polaków nie byłyby tak łatwo możliwe.

To trudne zadanie i dobrze o tym wiemy, skoro w tym micie wyrosło bardzo wielu polskich patriotów, skoro to on kształtował ich miłość ojczyzny i był im przez lata drogi.


Motywy autorów i sprawców Zamachu da się dzisiaj zrozumieć. Da się nawet podzielać ich argumenty. Występowali w obronie demokracji, a nie dla jej zdławienia, a zagrożenia demokratycznego ustroju II RP były wówczas realne i poważne. Zamach Majowy powinien być jednak tym ważniejszą dla Polaków lekcją im bardziej rozumiemy racje zamachowców. Wiemy dzisiaj to, czego jeszcze nie wiedzieli oni – gwałt na podstawowych prawach demokracji i łamanie najwyższego prawa Rzeczypospolitej nie jest nigdy dobrem, przynosi zawsze zło. Ogromne. Niezależnie od intencji.

379 ofiar walk w Warszawie to nie koniec bilansu tego dramatycznego wydarzenia. To również 13 lat rządów Sanacji, początek procesu politycznego i społecznego, który miał – jak zawsze – własną dynamikę i który przyniósł procesy i mordy polityczne, łamanie podstawowych praw ludzkich, represje, nierzadko krwawe, na tle politycznym, wyznaniowym i narodowościowym. Niepodległa Druga Rzeczpospolita, którą przez dekady zniewolenia z nostalgią wspominaliśmy, nie była państwem wolnych obywateli. Zmierzała w stronę brunatnej dyktatury. Pierworodny grzech pogardy dla praw i wolności konstytucyjnych zawsze przynosi takie owoce. Inaczej niż wówczas, dziś już – po tamtej tragicznej lekcji – powinniśmy dobrze to rozumieć.
Przestrzegamy dzisiaj tych, którzy mając w Polsce władzę, chcą ją sprawować ponad prawem i z pogardą depczą Konstytucję, polskie prawo najwyższe. Cena takich postępków jest wielka, a odpowiedzialności za nie uniknąć się nie da. Jeśli dziś ktokolwiek z rządzących sądzi, że historia przyzna mu rację, niech wspomni Walerego Sławka i jego tragiczną samobójczą śmierć u kresu II RP, kiedy skutki łamania praw demokracji stały się w całej pełni widoczne.

Tę wielką cenę strasznej odpowiedzialności zapłacili przed laty ludzie o ogromnych zasługach i wielkiej szlachetności. Dzisiejsi sprawcy bezprawia ani takich zasług nie mają, ani przymiotów. Tym większa będzie cena.


Niech wspomną dzisiaj rządzący samobójstwa oficerów, nieumiejących inaczej znaleźć miejsca dla żołnierskiego honoru, kiedy wierność konstytucji i prawom obywateli przeczyła wierności władzom. Niech pamiętają, że dzisiaj żołnierze przysięgają podobnie. Wierność konstytucji ślubują w Polsce również policjanci, sędziowie, parlamentarzyści, członkowie rządu, Prezydent. Ta przysięga to kwestia honoru. I konstytucyjnej odpowiedzialności.


Dzisiaj Polacy już wiedzą, że nie każdej władzy należy się posłuszeństwo i że kiedy bezprawie staje się bandycką normą, normą będzie też obywatelskie nieposłuszeństwo.


„Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci” – pisał 90 lat temu Józef Piłsudski. I niech również te jego słowa będą przestrogą dla władzy. Niech już nikt takich modłów nie zanosi, niech zamiast nich wypełni przysięgę ten zwłaszcza, kto ją składał, wzywając Bożej pomocy.

Niech nigdy więcej patriotyzm nie dzieli Polaków. Niech rządzą prawo, obywatelskie swobody i demokracja!


Paweł Kasprzak
Medium#Publiczne

________________________________

Paweł Kasprzak - Były opozycjonista. W latach siedemdziesiątych współpracował z wrocławskim Studenckim Komitetem Solidarności. Jest jednym z założycieli NZS we Wrocławiu i - w stanie wojennym - jednym z założycieli Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej, działaczem "Solidarności" (RKW Frasyniuka) oraz uczestnikiem ruchu WiP i Pomarańczowej Alternatywy. Pracuje przy produkcji telewizyjnej. Inicjator akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa w ramach grupy Obywatele RP.


* * *

Zobacz historyczną film fabularny przedstawiający zamach Piłsudskiego: "Zamach Stanu" (PL 1981), reż. Ryszard Filipski.
Akcja filmu "Zamach stanu" rozpoczyna się jesienią 1925 roku. Wiosną rozpoczyna się kryzys rządowy. Wincenty Witos tworzy rząd, ale rozbity Sejm nie jest zdolny do pracy. W tej sytuacji Józef Piłsudski postanawia przejąć władzę; 12 maja 1926 roku, mając poparcie lewicy, rusza na Warszawę. Po zakończeniu walk Witos składa dymisję. On i jego zwolennicy są prześladowani, a Sejm nie potrafi nic z tym zrobić. Po rozwiązaniu Sejmu działacze "Centrolewu" zostają aresztowani i osadzeni w więzieniu w Brześciu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja