polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: W sobotę rozpoczął się w Toruniu pierwszy krajowy zjazd delegatów Komitetu Obrony Demokracji. Zjazd wybrał nowego lidera. Został nim Krzysztof Łoziński. Przed samym głosowaniem ze startu zrezygnował Mateusz Kijowski. * * * AUSTRALIA: Michael Cranston, zastępca australijskiego Urzędu Podatkowego, oskarżony jest o zdefraudowanie środków publicznych w wysokości 165 mln AUD. Policja zajęła majątek jego rodziny: luksusowe samochody, 18 nieruchomości, 2 samoloty, ponad 100 kont bankowych i przynajmniej 1 mln AUD w depozycie. * * * SWIAT: W zamachu na autobus z pielgrzymami podążającymi do koptyjskiego klasztoru św. Samuela Wyznawcy na południe od Kairu islamscy fundamentaliści, przebrani w mundury egipskich żołnierzy, zamordowali 28 osób, a 23 ranili. W natychmiastowej odpowiedzi armia egipska zbombardowała obozy szkoleniowe fundamentalistów w Libii.
EVENTS INFO: Kabaret Vis-à-vis: „Wariacje na Trzy Kabarety” - Klub Polski w Bankstown, 28.05, godz. 15:00 * * * Teatr Fantazja: "BRANCZ" Juliusza Machulskiego - Klub Polski w Bankstown, 10.06, 17.06, godz. 18:00; 11.06, 18.06, godz. 15:00

czwartek, 10 marca 2016

Wznowienie książki "A Cork on the Waves"

Halina Czernuszyn-Robinson podczas prezentacji
swej książki "A Cork on the Waves". Fot. K.Bajkowski
W ubiegłą środę Konsulat Generalny RP w Sydney zorganizował prezentację wznowionej nakładem Vide Publishing autobiograficznej książki Haliny Czernuszyn-Robinson „A Cork on the Waves” - wzruszającej historii młodej żydowskiej dziewczyny uratowanej przez Polaków w czasie niemieckiej okupacji. Spotkanie nawiazywało do uroczystego otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej, które odbędzie się  za tydzień - 17 marca.  O prezentacji książki pisze w swej korespondencji Marianna Łacek, która aktualnie tłumaczy ją na język polski.
 
We środę, 2 marca salę Polskiego Konsulatu do ostatniego miejsca wypełnili znajomi i przyjaciele Haliny Czernuszyn Robinson. Wszyscy odpowiedzieli tłumnie na zaproszenie wzięcia udziału w promocji najnowszego wydania napisanej przez nią powieści autobiograficznej ‘A Cork on the Waves’ – Korek na falach. Pierwsze wydanie napisanej w języku angielskim książki, ukazało się ponad 10 lat temu. Bohaterką jest osierocona w czasie wojny żydowska dziewczynka, rzucana jak korek na falach zdarzeń. Przeżyła woję, uratowana przez wiele życzliwych osób, w tym dzięki pomocy zakonnic. Sama dojrzała do tego, żeby przyjąć wiarę chrześcijańską. W wieku 14 lat przygotowała się do Sakramentu Chrztu i swojej Pierwszej Komunii św.

Pani Konsul Generalna powitała wszystkich zebranych oraz w wyczerpujący sposób przedstawiła martyrologię polskich obywateli podczas Drugiej Wojny Światowej i okupacji hitlerowskiej w Polsce. Wystąpienie Pani Konsul było doskonałym wprowadzeniem do tematyki powieści Haliny Czernuszyn – Robinson. Następnie prowadzenie uroczystości przejęła Deborah Thomas, znana z telewizji oraz czasopism australijska dziennikarka, a prywatnie żona Vitka Czernuszyna, czyli synowa Autorki. Spotkanie prowadzone było w języku angielskim. Przytoczone fragmenty przemówień są tłumaczeniami autorki niniejszego reportażu (M.Ł.)











 

Pani Deborah w bardzo serdecznej formie przedstawiła sylwetkę Haliny Czernuszyn – Robinson, podkreślając szczególnie pozytywne podejście do życia swojej teściowej oraz jej umiejętność dostosowania się do zaistniałej sytuacji. ‘Wiele osób, powiedziała Deborah, podziwia optymizm Haliny i jej pogodę ducha. Jej osobiste przejścia uczyniły ją wrażliwą na niedolę innych. Ze szczerego serca pomagała wielu nowo przybyłym do Australii, podpowiadając im jak starać się o uznanie kwalifikacji i gdzie szukać pracy i jak ułożyć sobie życie z dala od bliskich.’

Na scenę poproszono bohaterkę wieczoru, Halinę Czernuszyn – Robinson. Okolona wianuszkiem srebrnych włosów pogodna twarz, bystre oczy, w których widać czający się uśmiech i głos – barwny, żywy – ten sam, który przed ponad sześćdziesięciu laty rozbrzmiewał z głośników w audycjach Błękitnej Sztafety, a 50 lat później w audycjach polskiego programu radia SBS. - Zawsze lubiłam czytać książki -  powiedziała Halina. - Czytanie było moją pasją, ale nigdy przez myśl mi nie przeszło, że ja mogę książkę napisać. Wszystko zaczęło się 15 lat temu, kiedy w akcji szukania tych, którzy przeżyli Zagładę, przeprowadzono ze mną wywiad. Wtenczas zostałam niejako zmuszona, żeby to wszystko o czym mówiłam opisać. I tak powstał A Cork on the Waves. – wyjaśniła autorka.
Pani Marta Kieć-Gubała niezwykle plastycznie przedstawiła publiczności dwa fragmenty książki – pierwszy urywek, który odczytała, to rozmowa Liny z katolickim księdzem, na samym początku pobytu w getcie. Drugi urywek, tuż po wyzwoleniu, kiedy Halinka Górska (Lina) kontaktuje się z organizacją żydowską.
Parę miesięcy temu Halina Robinson zwróciła się do mnie z prośbą o przetłumaczenie książki na język polski. „Jestem w tej chwili w połowie tłumaczenia. Myślałam, że praca ta pójdzie mi szybciej, ale niejednokrotnie zmuszona jestem przerwać pisanie, ponieważ oczy zachodzą mi łzami i zamazują ekran komputera. Jestem z zawodu nauczycielką i zdaję sobie sprawę ile pomocy oraz opieki potrzebuje dorastające dziecko. Czytając losy Linki, która wielokrotnie musi się zmierzyć z wyzwaniami daleko wykraczającymi nawet ponad możliwości dorosłego człowieka, nie mogę się oprzeć wzruszeniu. Dziękuję ci Halino, że zawierzyłaś mi, oddając w moje ręce do przetłumaczenia na język polski twoje ukochane dziecko – książkę, której jesteś autorką.”  -  powiedziałam podczas prezentacji.
Następnie przeczytałam po polsku w swoim tłumaczeniu fragment książki opisujący ucieczkę Liny z Ghetta.
Był to właściwie koniec oficjalnej części spotkania. Tylko dla uczestników, ale nie dla Autorki. Otoczona niekończącą się kolejką czytelników, którzy oprócz dedykacji na zakupionej książce, chcieli zamienić chociaż parę słów z Autorką, trwała dzielnie na swoim stanowisku przez blisko dwie godziny. Obok stał syn, Witek, gotowy aby służyć Matce mocnym ramieniem, nawet jeśli wydawało jej się, że tego nie potrzebuje.
Marianna Łacek
zdjęcia: Krzysztof Bajkowski
 
Pierwsza część nagrania wideo  Bumeranga Polskiego z prezentacji książki (BumerangMedia YouTube Channel):





... i druga część:





* * *
Fragment książki Haliny Czernuszyn-Robinson - "A Cork on the Waves".
Tłumaczenie: Marianna Łacek:

(...)

Mundury były ciężkie, często mokre, pokrwawione lub splamione ludzkimi odchodami, nierzadko zawszone. Sprawdzając stertę przydzielonych jej żołnierskich spodni i bluz, Lina nieraz myślała z jaką pogardą traktowane były pracownice warsztatów. Koordynujący tą pracą nawet nie zadbali o minimalne oczyszczenie mundurów, przed złożeniem ich tutaj w warsztacie.

Olbrzymia hala, w której pracowała miała rzędy ustawionych krzeseł z przytwierdzonymi do nich blatami. Stały blisko siebie, tak że jeśli chciała iść do ubikacji,  musiała torować sobie drogę pomiędzy stertami leżących na ziemi mundurów.

W ciągu kilku pierwszych nocy Lina nie odrywała oczu od roboty, którą musiała wykonać. Szycie nie było nigdy jej mocną stroną, tym bardziej więc uważała na to co robi. Większość pracownic były to kobiety dużo od niej starsze.  Między stanowiskami przechodzili strażnicy w niemieckich mundurach, ale Lina nie zwracała na nic uwagi, siedziała cichutko w swoim kącie, robiąc to co do niej należało.

Każdego ranka wracała do domu straszliwie zmęczona aby natychmiast rzucić się na łóżko. Przynajmniej z tego powodu mogła przez chwię nie myśleć jak bardzo tęskni za swoją ukochną Jagą. Pani Sanders siadała przy niej i malutką miotełką starała się odpędzać muchy z twarzy śpiącej dziewczynki. Łapała także pchły, które topiła w garczku z wodą.

Po kilku dniach Lina zauważyła, że ma w pracy nową sąsiadkę. Dziewczyna, która była jakieś trzy cztery lata starsza od Liny zaczęła przekazywać jej różne wiadomości o tym co się wokół działo. Powiedziała, ze liczba mieszkańców ghetta zmniejszyła się do 40 000, że Podziemnej Armii udało się stracić dowódcę żydowskiej milicji -  Szeryńskiego, że w ciągu ostatnich dwu dni nie było żadnej obławy...

Jeden ze strażników, którego ta dziewczyna nazywała Buldogiem, rzucał w jej kierunku nienawistne spojrzenie i raz czy drugi upominał, żeby nie gadała. Ale szepty sąsiadki czyniły tę pracę nieco bardziej znośną, rozweselały troszkę Linę, i broniły ją przed zaśnięciem. Następnego wieczoru dziewczyna była jeszcze bardziej rozmowna. Lina zauważyła, że niektóre pracownice spoglądały na nią z dezaprobatą, mając chyba też dosyć bezustannego paplania.

Wcześnie rano Buldog znowu patrolował halę. Powiedział ostro tej dziewczynie, żeby się zamknęła. Przestała na moment opowiadać, ale za chwilę zaczęła znowu. Akurat była w trakcie przekazywania jakiegoś zabawnego zdarzenia, kiedy pojawił się Buldog.

Wyciągnął rewolwer i strzelił dziewczynie prosto w głowę. Jej mózg, krew oraz fragmenty roztrzaskanych kości opryskały Linę. Odwróciła się z przerażeniem nie mogąc nawet spojrzeć na konającą sąsiadkę, która zsunęła się ze swojego krzesła i leżała teraz nieruchomo wśród sterty niemieckich mundurów.

Tego ranka Lina niosła do domu miseczkę zupy w trzęsących się rękach. Ile jeszcze będzie musiała wytrzymać? Po drodze spotkała Sylwię ale nie była w stanie z nią rozmawiać.

Zamiast położyć się do łóżka, poszła tunelem przez piwnicę do Izy. Dziewczynki usiadły razem i płacząc rozmawiały. Postanowiły poszukać telefonu. Na szczęście w jednym z pustych mieszkań znalazły aparat, który działał.

„Pani Lodo”, wyszeptała Lina do słuchawki.”Ja takiego życia dłużej nie zniosę. Muszę się stąd wynieść. Nie ma Jagi. Powiem Pani więcej, jak się zobaczymy. Jedyne co mogę teraz zrobić, to ratować Sylwię i Panią Sander. Proszę mi pomóc! Absolutnie nie mogę tego dłużej znieść.’

Umówiły się, że zadzwoni jeszcze raz, za dwa dni. Lina poszła do domu i całkowicie wykończona zasnęła jak kamień.

Jedną z najtrudniejszych decyzji, jakie musiała podjąć był powrót do warsztatu. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie było wyboru. Ignorując wszystkich wokół, usiadła do szycia pełna niezdrowej, podyktowanej determinacją  energii. Trzeciego dnia zadzwoniła znowu do Pani Lody. Zostało ustalone, że w czwartek, 27 września o 3 po południu uda się z grupą szmuglerzy pod ścianę ghetta od strony ulicy Śliskiej.

W ten oczekiwany czwartek Lina po powrocie z pracy położyła się tylko na chwilę. Pani Sander obudziła swoją przybraną wnuczkę i kazała jej się ubrać w kilka rzeczy, ‘na cebulkę’. Było to bowiem wszystko co  mogła wziąć ze sobą. Uściskała i ucałowała kilkakrotnie pobladłą twarz swojej opiekunki, prosząc ukochaną ‘babcię’, żeby jej nie odprowadzała.

‘Nie bój się Babuniu’, mówiła wesoło. ‘Zobaczymy się wkrótce po drugiej stronie’.

Poszła w kierunku ulicy Śliskiej tylko w towarzystwie Izy. Jeśli Linie uda się bezpiecznie przedostać, Iza będzie mogła przekazać tę wiadomość.

‘Ty jesteś Lina?’ zapytał podchodząc do nich, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna.

Kiwnęła głową twierdząco.

‘Słuchaj dziewczyno’, powiedział szorstko, ‘Przystawię drabinę do tego muru, a ty musisz wspiąć się po niej tak szybko, jak tylko możesz. Po drugiej stronie będzie też drabina. Jasne?’

Przytaknęła znowu. Ucałowała Izę i szybciutko wdrapała się po drabinie na mur. Niestety, po drugiej stronie, drabiny nie było. Natomiast zobaczyła pięciu, czy sześciu Niemców, celujących z karabinów w jej stronę. Stanęła całkowicie bezbronna i widoczna jak na dłoni w swoim beżowym płaszczyku.

‘Skacz, głupi skunksie’, wołał mężczyzna.

Wdrapał się szybko na drabinę i zamarłą z przerażenia, chwycił jak kociaka, zrzucając ją na ziemię. Sam skoczył obok. Ciągnąc Linę za rękę, pobiegł za dwoma kobietami dzwigającymi ciężkie tobołki i  jakieś meble. Lina wzięła z ich rąk kilka rzeczy  i milcząc powędrowali do odrapanego baraku. W rogu złożyli przyniesiony bagaż. Jedna z kobiet zaczęła przygotowywać na ziemi posłania.

‘Gdzie tu jest toaleta?’ zapytała Lina. Kobieta podała jej latarkę i wskazała na zewnątrz. Z latarką w ręku znalazła w końcu ceglaną wygódkę. Kucnęła tam niezdarnie z obrzydzeniem.

Nie podobało jej się tutaj nic – ani miejsce, ani ludzie, ani cała ta atmosfera. Przeczuwała, że ci ludzie pewnie wzięli pieniądze od Pani Lody aby Linę przemycić przez mur i prawdopodobnie rano oddadzą ją w ręce Niemców, jako uciekinierkę z ghetta, aby dostać w nagrodę kilo cukru.

Wszyscy pokładli się na swoich posłaniach ze szmat i zaraz po zgaszeniu światła szopę wypełniły ciężkie ze zmęczenia oddechy. Lina ściskając w ręce latarkę,  poszła znowu w kierunku wyjścia. Nie musiała iść do toalety, ale chciała sprawdzić sytuację i ewentualne możliwości ucieczki. Nie dowierzała tym ludziom i wolałaby się od nich uwolnić.

Kobieta, która leżała na ziemi obok niej, fuknęła ze zniecierpliwieniem, ‘Dlaczego się tak wiercisz? Nie możesz się spokojnie położyć? Ludzie się chcą przespać.’

‘Bardzo mi przykro’, przeprosiła Lina, ‘ale muszę iść do ubikacji. Przecież nie mogę się załatwić tutaj.’

‘Staraj się nie robić tyle harmideru’, powiedziała kobieta, przekręcając się do ściany.

Lina udawała, że idzie do ubikacji jeszcze parę razy. Kiedy w końcu upewniła się, że wszyscy śpią, wyszła i pospiesznie pobiegła przed siebie.  Biegła przez podwórka, a potem przez coś jakby ogródki działkowe. Weszła do napotkanej altany i tam zapadła w sen.

Obudził ją chłód. Z wdzięcznością pomyślała o babci Sander, która kazała jej ubrać tyle rzeczy jedna na drugą. To zdecydowanie uratowało także Linę od potłuczenia, kiedy przekraczając mur, musiała skoczyć z trzy i pół metrowej wysokości. Wyprostowała swój płaszczyk, a na przygładzone włosy założyła  chusteczkę, ponieważ nie miała czym się uczesać.

Wyszła na zupełnie nieznane sobie ulice. Ustawiła się w jakiejś kolejce, nie pytając nawet po co ludzie stoją. Napiła się wody z fontanny a patrząc wokół podziwiała trawę, krzewy i drzewa – coś, czego nie oglądała od lat. Około południa, zebrała się na odwagę i zagadnęła napotkaną starszą panią.

‘Przepraszam bardzo’, powiedziała dygając, ‘Nie jestem stąd i chyba się zgubiłam. Czy daleko jesteśmy od ulicy Hożej?’

Starsza pani uśmiechnęła się mówiąc, ‘Jeśli ci to nie przeszkadza, żeby iść wolniej, to chodź ze mną kawałek, ja idę w tamtą stronę, a potem ci pokażę najkrótszą drogę. Na którą część Hożej masz iść?’

‘Blisko Pogotowia Ratunkowego.’

‘To bardzo prosto. Zaraz ci pokażę jak tam dojść’.

Kiedy się rozchodziły, Lina ukłoniła się znowu, dziękując tej pani serdecznie.

‘Niech cię Bóg błogosławi’, odpowiedziała tamta.

Muszę zapytać Panią Lodę co to znaczy, jeśli miałabym używać takiego zwrotu, myślała Lina, sprawdzając uważnie numery domów wzdłuż ulicy Hożej. W końcu znalazła właściwy adres i nacisnęła dzwonek u drzwi.

‘Gdzie ty się podziewałaś?’ pytała Pani Loda, obejmując Linę.’Jadłaś coś?’

Lina przecząco pokręciła głową. Policzki miała mokre od łez.

‘Co się stało?’ pytała Pani Loda.

Lina próbowała się uśmiechnąć. ‘Nic. Jestem po prostu bardzo zmęczona.’

Pani Loda poszła do łazienki, aby przygotować dla niej kąpiel. Wróciła z talerzem kleiku z mlekiem oraz z szlafrokiem.

‘Zdejmuj swoje ubranie’, powiedziała. ‘A zanim pójdziesz do łóżka, pamiętaj od tej pory jesteś Halinka Górska. Twój opiekun, leśniczy z Puszczy Kampinoskiej został zabrany przez Niemców na przesłuchanie. Dał ci mój adres i przyszłaś tutaj wczoraj wieczorem, zasypiając prawie na stojąco. Nie widziałaś mnie nigdy wczesniej w życiu. Czy będziesz to wszystko pamiętać?’

Lina kiwnęła głową przytakująco.

Posiłek był ciepły i uspakający. Nie kąpała się w wannie od pierwszych dni pobytu w domu dr Maliniakowej, czyli od ponad dwu lat. Rozgrzana ciepłą kąpielą, owinięta w miękką, czystą bieliznę, Lina popatrzyła serdecznie na Panią Lodę.


(...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja

REKLAMA