polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLONIA: W Sydney przebywa kpt. Grzegorz Węgrzyn - samotny żeglarz, który plynie dookoła swiata. W sobotę spotkal się z Polonią sydnejską na pikniku Bumeranga Polskiego. * * * POLSKA: W Oświęcimiu doszło do wypadku samochodowego z udziałem premier Beaty Szydło. Premier została zabrana przez karetkę pogotowia. Jej życiu nic nie zagraża. * * * AUSTRALIA: W katastrofie małego samolotu, który spadł we wtorek rano na centrum handlowe na przedmieściu Melbourne zginęło 5 osób - poinformowała policja. Przyczyną katastrofy była awaria silnika. * * * SWIAT: Syryjska armia przy wsparciu rosyjskich sił powietrznych kontynuuje ofensywę na Palmirę i znajduje się od niej w odległości 20 km – poinformowało Ministerstwo Obrony Rosji.
EVENTS INFO: Mam Teatr: komedia "Wiecznie młodzi" - Konsulat RP w Sydney, 22.02, godz. 18:30; Sala Jana Pawla II w Marayong, 26.02, godz. 12:30; Klub Polski w Bankstown, 26.02, godz. 16:30 * * * Mam Teatr: komedia "Czas na milosć" - Teatr "Exit" w Healsville, 17.02, godz. 19:30; Polski Klub w Albion, 18.02, godz. 17:00; Dom Polski w Rowville, 19.02, godz. 18:00; Klub Sportowy "Polonia" w Plumpton, 25.02, godz. 18:00 * * * Bal Maskowy - Klub Sportowy "Polonia" w Plumpton, 25.02, godz. 19:30 * * * Teatr Stary: "Klub cmentarny" - The Park Community Theatre, Angle Park, Adelajda - 18.03, godz. 17:00; 19.03, godz. 15:00; 8.04, godz. 17:00

poniedziałek, 7 września 2015

Carpe Dream: Przepraszam... na jakiej jesteśmy granicy?

Wyjeżdżając z Hong Kongu nie do końca mieliśmy obczajoną trasę do Laosu. Oszacowaliśmy sobie, że spędzimy w Chinach tylko kilka dni. Naszym celem było możliwie szybkie i sprawne przedostanie się do Tajlandii przez wspomniany Laos. No i faktycznie poszło całkiem sprawnie, bo już po nieco ponad 2 dniach w podróży udało nam się dostać na granicę… tyle tylko, że jak się okazało, była to granica z Birmą!

Jak można pomylić granicę, do której odległość jest większa od długości kraju, z którego pochodzisz? Jak widać można :) od razu dodam uprzedzając złośliwe pytania, że byliśmy w tym czasie trzeźwi jak świnie i podejrzewamy, że to właśnie mogło być jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy.


No dobra, ale na poważnie – wyjechaliśmy z Shenzen (na granicy z Hong Kongiem) na zachód pociągiem do Kunming, oddalonego o około 1500 kilometrów, czyli o nieco ponad dzień podróży standardową tutejszą ciuchcią. Przy okazji pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu i tym razem postanowiliśmy te 30 godzin spędzić nie siedząc jak ostatnio na trasie Pekin – Shenzen, ale szarpnęliśmy się na miejsca leżące.

Pod koniec przejazdu mieliśmy szczęście spotkać bardzo sympatycznego pana, który całkiem sprawnie mówił po angielsku i był tak miły, żeby dopytać lepiej zorientowaną panią konduktor, o to jak możemy się dostać dalej z Kunming do granicy z Laosem.
Pani konduktor także okazała się być bardzo sympatyczna, miła i pomocna. Na naszej wizytówce narysowała kilka magicznych znaczków tłumacząc przy okazji, że te pierwsze to dworzec autobusowy, na który musimy się dostać (bowiem dalej już pociągi nie jeżdżą i trzeba przesiąść się do busa), to drugie to numerek autobusu miejskiego, który nas na ten dworzec zawiezie, a te dwa ostatnie szlaczki to nazwa miejscowości, do której powinniśmy jechać, bo to już jest na granicy z Laosem ...(tiaaaaa – z Laosem...)

Od razu po przyjeździe do Kunming zabraliśmy się za organizowanie tego, co trzeba i tak już po chwili z biletami w ręce byliśmy w miejscu, z którego nazajutrz mieliśmy transport do… no właśnie dokąd? Nie mieliśmy możliwości sprawdzenia, co oznaczały te szlaczki na biletach i gdzie dokładnie znajdowały się na mapie, więc postanowiliśmy iść na żywioł. Na noc wbiliśmy się na dach dworca, gdzie przespaliśmy się pod chmurką, no i skąd nad ranem było całkiem blisko na busa.

Założyliśmy, że pani konduktor wiedziała o czym mówi i że bilety, które mamy pozwolą nam się dostać tam, gdzie potrzebujemy. Nie zaskoczę Was pisząc w tym miejscu, że nie do końca wszystko tak pięknie wyszło, jak sobie to wyobrażaliśmy. Swoją drogą, ciągle zastanawiam się, czy kobieta celowo zrobiła nam psikusa, czy jakimś cudem pomyliła Laos z Birmą. Tego się już raczej nie dowiem, ale serio nurtowało mnie to pytanie nieustannie przez kolejne 3-4 dni, podczas których staraliśmy się ten błąd odkręcić.

Jako że nie mieliśmy ze sobą mapy i za cholerę nie mogliśmy się porozumieć z nikim wokół nas, musieliśmy wykombinować inny sposób zweryfikowania tego, dokąd zmierzamy. Gdy tylko przypomnieliśmy sobie, że Łukasza aparat kupiony w Hong Kongu ma wbudowany GPS byliśmy w domu. Jeszcze tylko sms do kumpla w Polsce z prośbą o współrzędne geograficzne przejścia granicznego Chiny – Laos no i mogliśmy co jakiś czas weryfikować, czy zmierzamy mniej więcej w dobrym kierunku.

Szybko potwierdziły się jednak nasze obawy, gdy zdaliśmy sobie sprawę z tego, że faktycznie może i wyjeżdżamy z Chin kierując się na południowy zachód, ale jednak jesteśmy zdecydowanie za bardzo na zachód niż na południe. Potwierdził to kumpel informując nas smsem, że Ruili, do którego zmierzamy faktycznie jest miastem, w którym kończą się Chiny – tyle tylko, że jak wspomniałem zaczyna się tam nie Laos a Birma. Peszek…

Biorąc pod uwagę, że bez mapy w ręce a tylko czasami na kompie i w dużej mierze na totalnym spontanie dojechaliśmy z Polski na południe Chin to uznaliśmy, że pierwsza tego typu wpadka nie jest jakąś wielką tragedią, a wręcz przeciwnie świetną okazją do tego, żeby zobaczyć coś więcej w tym kraju niż tylko jego zanieczyszczoną stolicę, o której pisałem w poście CHINY – TEGO NIE OGARNIESZ! W końcu nasze wizy pozwalały nam przebywać w tym kraju jeszcze kilka dni, a miejscowość, w której wylądowaliśmy na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo gwarną i na swój sposób uroczą mieściną.

Dla pełnej jasności sytuacji, w której się znaleźliśmy muszę dodać, że przejście lądowe pomiędzy Chinami a Birmą jest zamknięte dla Polaków (i chyba dla wszystkich narodowości innych niż Chińczycy) co powodowało, że tak czy inaczej musieliśmy się ostatecznie jakoś dostać do Laosu. Mieliśmy oczywiście w głowach typowy dla nas plan, żeby mimo wszystko jechać na granicę i próbować przebić się przez nią na krzywy ryj udając, że nie mamy pojęcia o tym, że nam nie wolno licząc na szczęście, które póki co nam mocno sprzyja. Ostatecznie jednak odpuściliśmy ten pomysł ponieważ o ile faktycznie nasze wizy pozwalały nam zostać w Chinach jeszcze kilka dni o tyle nie pozwalały nam już więcej do tego kraju wjechać. Mieliśmy wizy miesięczne 2-krotnego wjazdu i obydwa te wjazdy już wykorzystaliśmy (pierwszy raz z Mongolii, drugi raz z Hong Kongu) i trochę obawialiśmy się sytuacji, że po przejechaniu granicy chińskiej i wbiciu nam pieczątki na tej granicy jeśli okazałoby się jednak, że nasze śliczne buźki nie wystarczą do tego, żeby wjechać do Birmy to utknęlibyśmy pomiędzy tymi dwiema granicami będąc za przeproszeniem w czarnej dupie.

Swoją drogą ciekawe co się dzieje w takeiej sytuacji… Widzieliście film z Tom’em Hanks’em „Terminal”?

Oczywiście, żeby nie było nudno na horyzoncie pojawił się kolejny problem – brak gotówki. Po przyjeźdie do Ruili byliśmy już mocno głodni i równie mocno zmęczeni trasą albo mówiąc wprost poprostu dość konkretnie śmierdzieliśmy co jest dość oczywiste, bo od ostatniego prysznicu w Hong Kongu mineło kilka dni i około 2300 kilometrów, a poruszanie się w tak wilgotnym klimacie z ponaddwudziestokilogramowymi plecakami (+gitary) nie jest łatwe.
Zostawiliśmy więc nasze graty w jakiejś hotelowej przechowalni przy dworcu i poszliśmy szukać bankomatu, jedzenia i prysznica. Zajęło nam to dobrą chwilę, żeby przejść całe centrum we wszystkie możliwe strony i przekonać się, że żadna ściana płaczu nie chce nam wydać pieniędzy. Było już za późno na to, żeby wymienić dolary, które mamy przy sobie na wypadek awaryjnych sytuacji a w chińskiej walucie zostało nam niecałe 2 PLN.

Szwendaliśmy się więc tak dłuższy czas po mieście, w którym nie chcieliśmy się znaleźć i z którego nie wiedzieliśmy jak się wydostać no i nikt ale to absolutnie nikt nie mówił po angielsku ani słowa poza „Heloł maj frend” lub „Heloł hał ar ju”. Byliśmy przy tym sporą atrakcją dla lokalsów i nadzieją na zarobek dla wszystkich napotkanych prostytutek i powoli dojrzewaliśmy do tego, żeby wrócić się po gitary i spróbować zarobić dzięki nim na życie – dosłownie! Mimo dość nieciekawych okoliczności, w których się znaleźliśmy humory nam wyjątkowo dopisywały i mieliśmy niezły ubaw z całej sytuacji. Przygoda!

Ostatecznie znów dupy uratował nam wspomniany kumpel z Polski umożliwiając nam wybranie kasy z bankomatu – dzięki wielkie Paweł! Jesteś nieoceniony a jak się spotkamy to Łukasz… z resztą co Ci będę psuć niespodziankę… w każdym bądź razie jesteśmy Ci bardzo wdzięczni!

Gdy tylko mieliśmy w ręce kasę od razu zjedliśmy coś (nie do końca wiemy co to było ale chyba wolimy, żeby w tym przypadku tak zostało), chlapnęliśmy kilka browarów i w jeszcze lepszych nastrojach postanowiliśmy wrócić po nasze rzeczy co by jeszcze zorganizować sobie gdzieś jakiś prysznic i w ten sposób zakończyć ten pełen przygód dzień na końcu świata.


 Ale… Ale… to by było za łatwo tak po prostu wrócić po rzeczy bo jak się okazało szukając wcześniej bankomatu nieźle zabłądziliśmy i tak odnalezienie wspomnianego hotelu okazało się nie lada wyczynem kiedy już dobrze po północy większość wcześniej działających sklepów i knajpek było zamkniętych co mocno zmieniło krajobraz na ulicach. Wszystkie nazwy ulic było oczywiście po chińsku no a „Heloł maj friend” o ile jest całkiem miłe o tyle niespecjalnie pomaga trafić dokądkolwiek – ostatecznie nawet, żeby dowiedzieć się gdzie jest dworzec autobusowy trzeba było pokazać bilet bo nikt nie rozumiał „bus station”. No ale z drugiej strony gdyby się ktoś mnie pytał o cokolwiek po chińsku raczej też niekoniecznie zrozumiałbym o co mu chodzi.


W końcu po dłuższych i radosnych poszukiwaniach po nasze rzeczy udało się trafić i jako, że była już późna noc i naprawdę potrzebowaliśmy się odświeżyć wbiliśmy się do tańszego hotelu obok, gdzie mogliśmy wziąć prysznic i skorzystać z cenzurowanego internetu. Tym sposobem zakończyła się nasza dobra passa darmowych noclegów, która trwała od samego wyjazdu z Polski no ale przyznacie, że biorąc pod uwagę, że byliśmy na granicy Chin z Birmą to i tak jest to całkiem niezły wynik. Zwłaszcza, że po kilku dniach znów udało się wrócić do spania za free o czym pisałem w poprzednim poście – JAK W 2 MIESIĄCE STALIŚMY SIĘ NAJSZCZĘŚLIWSZYMI LUDŹMI NA ZIEMI


Przy okazji tego, że jak się okazało do odjazdu z Ruili mieliśmy jeszcze sporo czasu przeszliśmy całe centrum miasta w każdą możliwą stronę będąc wspomnianą lokalną atrakcją bo niemal każdy zwracał na nas uwagę i nie krępując się kompletnie wytykano nas palcami oraz robiono sobie z nami zdjęcia. Nie sądzę bowiem, że często mają okazję widzieć tutaj białego człowieka skoro o ile mi wiadomo żaden takowy nie ma większej potrzeby przyjeżdżać do tego miasta skoro i tak nie może jechać dalej na południe.
W trakcie jednego ze spacerów po Ruili natrafiliśmy na kolejny bardzo klimatyczny stół do bilarda, na którym dostałem straszne lanie od jednego młodego Chińczyka – ku uciesze sporej publiczności, która w tym czasie zgromadziła się wokół stołu. W związku z tym wygląda na to, że będę musiał się nieco podszkolić w kulki i wrócić tutaj jeszcze kiedyś, żeby się gówniarzowi zrewanżować. Wtedy też przy okazji może uda się sprawdzić ten przekręt z wjechaniem do Birmy :).

Stefan (Carpe Dream)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja

REKLAMA