polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Premier Mateusz Morawiecki w expose nie powiedział nic o relacjach ze Wschodem, z Rosją; mógłby przynajmniej jakimś gestem zwrócić się do braci Rosjan, tego mi zabrakło - powiedział w środę lider koła Wolni i Solidarni, ojciec nowego premiera, Kornel Morawiecki. * * * AUSTRALIA: Premier Malcolm Turnbull oskarżył Chiny o ingerencje w politykę Australii. Przytoczył przykład laburzystowskiego senatora, Sama Dastyari, który brał pieniądze od ludzi związanych z rządem Chin, a w zamian zajmował stanowiska pod dyktando polityki chińskiej. * * * SWIAT: Prezydent Rosji Władimir Putin wydał w poniedziałek rozkaz przystąpienia do wyprowadzania rosyjskiego zgrupowania wojsk z Syrii do punktów stałego bazowania - informuje agencja TASS.
EVENTS INFO: Witamy Nowy Rok 2018 - Klub Sportowy "Polonia" w Plumpton, 31.12, godz. 19:30

wtorek, 8 stycznia 2013

Pokłosie - mieszanka wybuchowa

Kadr z najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego
"Pokłosie"
Różne eks­plo­zje i wybu­chy towa­rzy­szą nie tylko histo­rii, ale także współ­cze­sno­ści. Ostat­nio toczy się w pra­sie i innych mediach debata na temat rze­ko­mego odna­le­zie­nia w szcząt­kach roz­trza­ska­nego w Smo­leń­sku tupo­lewa śla­dów mate­ria­łów wybu­cho­wych, w szcze­gól­no­ści tro­tylu i nitro­gli­ce­ryny, co dla wielu sta­nowi dowód na to, że 10 kwiet­nia 2010 roku doko­nano zama­chu na pre­zy­denta Pol­ski i przy oka­zji pozba­wiono życia jesz­cze 95 towa­rzy­szą­cych mu osób.
O absur­dal­no­ści tych oskar­żeń wypo­wie­dział się ostat­nio pro­fe­sor Zbi­gniew Brze­ziń­ski, poli­to­log, ale też i prak­tyk życia poli­tycz­nego, doradca do spraw bez­pie­czeń­stwa m.in. pre­zy­denta USA Car­tera. Nie jest jed­nak wyklu­czone, że o ów rze­komy wybuch będziemy się w Pol­sce spie­rać tak długo, póki ktoś nie udo­wodni, że jest to w dzie­jach Pol­ski moment rów­nie ważny, jak Wielki Wybuch w dzie­jach kosmosu.
Inny wszakże wybuch miał miej­sce kilka lat temu, gdy Jan Tomasz Gross opu­bli­ko­wał repor­taż histo­ryczny „Sąsie­dzi”, rela­cjo­nu­jący udział Pola­ków w okre­sie oku­pa­cji nazi­stow­skiej w zagła­dzie Żydów w Jedwab­nem. Odsło­nię­cie tego aku­rat epi­zodu oka­zało się dla wielu doświad­cze­niem szo­ku­ją­cym i bole­snym, gdyż nie­mal z defi­ni­cji Polacy mogą być jedy­nie ofia­rami zbrodni, nigdy zaś jej spraw­cami. Dziś, jak się wydaje, wie­dza o tym hanieb­nym wyda­rze­niu zdo­łała się zako­rze­nić w pol­skiej świa­do­mo­ści, jak sil­nie jed­nak, o tym dowiemy się obser­wu­jąc reak­cję na film Wła­dy­sława Pasi­kow­skiego „Pokło­sie” w dużej mie­rze oparty wła­śnie o wie­dzę na temat tam­tych zaszło­ści. Warto zatem odno­to­wać nie­które z gło­sów ów film komentujących.

I tak w arty­ku­liku czy recen­zji „Zmowa mil­cze­nia” Bar­bara Hol­len­der na łamach „Rzecz­po­spo­li­tej” (nr 262/2012) stara się przede wszyst­kim dowieść, że film Pasi­kow­skiego nie jest żad­nym novum w pol­skiej kine­ma­to­gra­fii, która od wielu lat boryka się z tym, jak pisze autorka, „trud­nym tema­tem”: „Nie jest jed­nak prawdą, że fil­mowcy od tego tematu ucie­kali. W Pol­sce powstało kilka zna­czą­cych doku­men­tów opar­tych na tym samym pomy­śle, co „Pokło­sie”. W „Obcym VI” Borysa Lan­ko­sza (…) młody Żyd tra­fiał do wsi, w któ­rej znik­nęli jego przod­ko­wie. W poru­sza­ją­cym doku­men­cie Pawła Łoziń­skiego z 1992 roku „Miej­sce uro­dze­nia” pisarz i ese­ista żydow­skiego pocho­dze­nia Hen­ryk Gryn­berg wraca w rodzinne strony, do wsi Rado­szyna. Cho­dzi od domu do domu, roz­ma­wia z ludźmi. Odkrywa potworny wojenny dra­mat swo­jej rodziny. (…) Gryn­berg odnaj­duje szczątki ojca zako­pane na polu. Opiera głowę o przy­drożny płot. Bez­gło­śnie pła­cze. Wieś patrzy na to w ciszy. Pasi­kow­ski w „Pokło­siu” odnosi się do tego filmu, cytuje nawet nie­które sceny”.
Wszystko to prawda, ale nie do końca szczera. Jest bowiem zasad­ni­cza róż­nica mię­dzy fil­mem doku­men­tal­nym a fabu­lar­nym, pole­ga­jąca przede wszyst­kim na tym, że doku­ment dociera do nie­wielu, zaś dobra fabuła oglą­dana jest masowo. Bo o ile prawdą jest, że doku­men­ta­cja zbrodni w Jedwab­nem ist­niała wiele lat przed opu­bli­ko­wa­niem książki Grossa, to prze­cież dopiero jej poja­wie­nie się na rynku spra­wiło, iż zaczęto o tej spra­wie mówić publicz­nie. Podob­nie, jak się zdaje, będzie z naj­now­szym fil­mem Pasi­kow­skiego, reży­sera nie­wąt­pli­wie posłu­gu­ją­cego się atrak­cyj­nym i zara­zem nowa­tor­skim języ­kiem, czego dowo­dem był suk­ces jego „Psów”. Ale wła­śnie ten język zdaje się recen­zentce „Rzecz­po­spo­li­tej” doskwie­rać: „Akcja „Pokło­sia” toczy się szybko, akto­rzy two­rzą świetne kre­acje, zdję­cia Pawła Edel­mana – jak zawsze – robią wra­że­nie. Dla­czego więc czuję nie­do­syt? Może dla­tego, że reży­ser ubiera tra­ge­dię w kostium kina gatun­ko­wego. Łączy thril­ler z czymś w rodzaju pol­skiego wiej­skiego westernu. Wszystko nagle staje się łopa­to­lo­giczne. (…) Kilka puent szy­tych jest zbyt gru­bymi nićmi, kilka sym­boli wydaje się zbyt nachal­nych. Jakby reży­ser nie wie­rzył w inte­li­gen­cję widzów”. Bo, oczy­wi­ście, jak powszech­nie wia­domo, widzów mamy wyjąt­kowo wyro­bio­nych, sma­ku­ją­cych wszel­kie odcie­nie i niu­anse i nie potrze­bu­ją­cych „zbyt nachal­nych sym­boli”, czego dowie­dli masowo w cza­sie nie tak prze­cież odle­głych spo­rów o krzyż posta­wiony przed Pała­cem Pre­zy­denc­kim w War­sza­wie po kata­stro­fie smoleńskiej.
Hol­len­der udała się rzecz dość skom­pli­ko­wana, zaświad­cza­jąca jed­nak wyjąt­kowo zdol­no­ści dzien­ni­kar­skie – napi­sa­nie pozy­tyw­nej recen­zji nega­tyw­nej. Wywa­żony i mądry wywiad na temat filmu zaty­tu­ło­wany „Brudna pamięć” przy­nosi „Poli­tyka” (nr 45/2012), w któ­rego zakoń­cze­niu psy­cho­log Olaf Żylicz, uczest­ni­czący w dys­ku­sji po jed­nym z poka­zów, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie Joanny Cie­śli, stwier­dza: „Po pro­jek­cji zostało kil­ku­set, czę­sto mło­dych ludzi, sie­dzie­li­śmy do pół­nocy. Film musiał być dla nich ważny, wiele osób w trak­cie pro­jek­cji było głę­boko poru­szo­nych, choć byli i tacy, któ­rzy się śmiali, bo dostrze­gali w nim zabawne momenty. Dla mnie było to naj­pierw zupeł­nie nie­zro­zu­miałe, ale dotarło do mnie, że to młode poko­le­nie jest inne niż my, uro­dzeni w latach 60. czy nawet 70. Być może mniej emo­cjo­nal­nie uwi­kłane w histo­rię Pol­ski. Oni jeż­dżą po świe­cie, widzą, jak jest różny, mają wię­cej dystansu. Nie uznają tabu, czują cie­ka­wość, mają wię­cej dobrej pew­no­ści sie­bie, chcą roz­ma­wiać. To budzi nadzieję”. Ale też warto dodać do tego dość istotną uwagę. To ludzie uro­dzeni już w latach 80., a nawet 90, nie tylko więc nie uwi­kłani w histo­rię Pol­ski i świata, ale też, za sprawą naszego sys­temu edu­ka­cyj­nego, pozba­wieni wie­dzy o tej histo­rii. Dla nich film Pasi­kow­skiego jest nie tylko dobrze skon­stru­owaną nar­ra­cją, ale też, wła­śnie za sprawą „nachal­nych sym­boli” i „puent szy­tych gru­bymi nićmi”, w jakiś spo­sób zro­zu­miały – bez nich byłby mówie­niem o brud­nej pamięci szy­frem zro­zu­mia­łym jedy­nie dla pra­dziad­ków czyli po pro­stu beł­ko­tem. Pasi­kow­ski jest reży­se­rem, który nie tylko wie, co chce powie­dzieć, ale też do kogo się zwraca, stąd kło­pot w jego recep­cji mają ci odbiorcy, któ­rzy nawy­kli do raczej sub­tel­nych alu­zji i dys­kret­nych napo­mknięć, które prze­cież na swój spo­sób tabu­izują rzeczywistość.
Taki kło­pot poja­wia się w pierw­szych sło­wach recen­zji „Gross tra­fia pod strze­chy” pióra Anity Pio­trow­skiej na łamach „Tygo­dnika Powszech­nego” (nr 46/2012): „Trudno dys­ku­to­wać z fil­mem, który bez­względ­nie powi­nien był powstać. Jesz­cze trud­niej kry­ty­ko­wać pierw­szą tak spek­ta­ku­larną próbę zmie­rze­nia się z prze­klę­tym pro­ble­mem „pol­skich sąsia­dów” na grun­cie kina popu­lar­nego”. Pod­kre­śla zatem rolę filmu: „Pasi­kow­ski wnosi pod strze­chy mul­ti­plek­sów to wszystko, co w wąskich, „wykształ­ciu­chow­skich” krę­gach zostało już dawno prze­pra­co­wane (…). Robi coś zaska­ku­ją­cego: Kręci mro­żący w żyłach thril­ler osa­dzony na współ­cze­snej pol­skiej wsi. Nie pró­buje prze­ko­nać prze­ko­na­nych. Wkra­cza ze swoją kon­tra­bandą tam, gdzie dotych­czas nikogo jesz­cze nie było. (…) Pasi­kow­ski bru­ta­li­zuje współ­cze­sną rze­czy­wi­stość, by poka­zać, jak kolejne poko­le­nia nazna­czone są przez nie­roz­li­czoną winę. Po krwa­wych żni­wach sprzed pół­wie­cza cią­gle trzeba zbie­rać zosta­wione na ścier­ni­sku pokło­sie. Twórca „Krolla” nie boi się dosłow­no­ści: zaro­słe zbo­żem macewy w końcu ujrzą świa­tło dzienne, a wraz z nimi stosy odko­pa­nych kości i cza­szek. (…) Film Pasi­kow­skiego roz­drażni więc nie tylko tych, któ­rzy z upo­rem maniaka pie­lę­gnują mit pol­skiej nie­win­no­ści, ale i tych, któ­rym prze­szka­dzać będzie jaseł­kowa wizja ukry­tego anty­se­mi­ty­zmu pol­skiego. (…) Znaj­dzie się jed­nak spora grupa widzów, która wła­śnie dzięki tym efek­ciar­skim figu­rom ma szansę zmie­rzyć się z nie­uświa­do­mioną traumą – nie tylko z prze­szło­ścią Jedwab­nego, Wąso­cza czy Radzi­łowa, ale histo­rią wła­snych miast i mia­ste­czek, któ­rym ode­brano ich dawną toż­sa­mość. Z czymś, czego nie nauczyły ich szkolne lek­cje histo­rii. (…) To także film o tym, że prawda wcale nie tak łatwo nas wyzwala. Co zro­bić z tą prawdą? Jak się wobec niej zacho­wać? – to jest wła­śnie naj­trud­niej­sze pyta­nie skie­ro­wane do widzów filmu Pasikowskiego”.
To pyta­nie wszakże można dodat­kowo odwró­cić: czy potra­fimy, prze­ży­wa­jąc podobne dyle­maty, lepiej zro­zu­mieć tych, któ­rzy z takimi pro­ble­mami muszą sobie radzić jako sprawcy zbrodni, któ­rych ofia­rami z kolei my sami byli­śmy? Siła tego filmu wła­śnie na tym polega, że stwa­rza szanse na wyrwa­nie roz­li­czeń z prze­szło­ścią z czy­sto emo­cjo­nal­nego odreagowywania.
Dosko­nały kon­tekst dla takiego odczy­ty­wa­nia obrazu Pasi­kow­skiego sta­nowi wywiad – zaty­tu­ło­wany „Ostatni taki naiwny” – jaki dodat­kowi do „Gazety Wybor­czej” („Duży For­mat” nr 43/2012) udzie­lił odtwórca jed­nej z głów­nych ról Maciej Sthur. Aktor zwraca uwagę na spe­cy­fikę mówie­nia w Pol­sce o rela­cjach polsko-żydowskich:
”Żyd” – kiedy pada to słowo, trzeba uwa­żać. Ma ono w Pol­sce taki ładu­nek emo­cjo­nalny, ładu­nek sko­ja­rzeń, nie­bez­pie­czeństw, że nawet ludzie, któ­rzy mogliby ucho­dzić za filo­se­mi­tów, sły­sząc to słowo, stają się ostrożni. (…) Chyba za dużo złego się w Pol­sce wyda­rzyło. Nawet w moim śro­do­wi­sku, gdzie wiele osób powie­działo np. „Jestem gejem”, mało kto mówi: „Jestem Żydem”, więc albo jest ich naprawdę mało, albo cały czas strach powie­dzieć, że jest się Żydem. Z jed­nej strony nikt się nie przy­znaje, z dru­giej – wszy­scy są posą­dzani. Pod nie­jed­nym kościo­łem można kupić bro­szurę „Poznaj Żyda”, gdzie rów­nież Jerzy Sthur został roz­po­znany jako Josek Fein­gold – ku ucie­sze mojej rodziny”.
Tu dzien­ni­karka (Donata Sub­botko) wtrąca „ase­ku­ra­cyjne” pyta­nie: „Pocho­dze­nia austriac­kiego?”. Na to, nie tra­cąc iro­nicz­nego dystansu, aktor odpo­wiada : „Z Dol­nej Austrii. Ale tego nie podali. Mnie jesz­cze nie roz­szy­fro­wano, ale rozu­miem, że skoro ojciec jest Joskiem, to muszę być Mosz­kiem Fein­gol­dem, bo innego wyj­ścia nie ma. (…) Jestem przy­go­to­wany, zamó­wi­łem sobie roz­pusz­czal­nik do zmy­wa­nia gwiazdy Dawida z drzwi”.
Niby śmiesz­nie, ale jed­nak strasz­nie: skąd­inąd od dawna wia­domo, że w Pol­sce jest się Żydem nie z pocho­dze­nia, ale z nomi­na­cji – ale prze­cież to wie­dza raczej elit niż mas. Na ten aspekt potocz­nej świa­do­mo­ści zwraca Stuhr uwagę: „Znajdą się tacy, co powie­dzą, że to Niemcy zamor­do­wali Żydów pod Jedwab­nem (…). Jesz­cze trud­niej roz­ma­wiać z kimś, kto twier­dzi, że zna histo­rię, ale zna ją ina­czej niż my. On to wie, czy­tał doku­menty takiego pro­fe­sora z IPN. I to Niemcy zro­bili. (…) Nikt wła­ści­wie tych Żydów na oczy nie widzi, a wszy­scy są prze­ko­nani, że oni nami rzą­dzą, nami mani­pu­lują, że się na nas bogacą. (…) Jak nam źle, to możemy nary­so­wać gwiazdę Dawida na szu­bie­nicy na przy­stanku i wtedy coś będziemy zna­czyć. Ale mimo wszystko uwa­żam, że świat boi się naszego anty­se­mi­ty­zmu ponad miarę, no bo fak­tycz­nie, można te gwiazdy tu i tam zoba­czyć, ale ile osób je maluje?”.
I wresz­cie ważne wyzna­nie, już bez­po­śred­nio zwią­zane z fil­mem: „Nie wiem, jak bym się zacho­wał, gdy­bym w 1941 miesz­kał w Jedwab­nem i ruszyłby ten śmier­cio­no­śny pochód. Zna­jąc wyniki eks­pe­ry­men­tów psy­cho­lo­gicz­nych Phi­lipa Zim­bardo czy Stan­leya Mil­grama, myślę, że ist­nieje praw­do­po­do­bień­stwo, że był­bym w gru­pie katów. Ludziom rozum­nym chyba trudno o sobie myśleć jed­no­znacz­nie: jestem dobry, jak będzie pożar, to rzucę się na ratu­nek. Nie wiem tego. Jak wybuch­nie, to się okaże, czy się rzucę. Trzeba sta­wiać sobie pyta­nia, ale nie­ko­niecz­nie na nie odpo­wia­dać. Może zresztą w samych pyta­niach jest szansa ludz­ko­ści. Czło­wiek może być wma­ni­pu­lo­wany przez histo­rię w sytu­ację, która wycią­gnie z niego wszystko, co naj­gor­sze. Nie chcemy powie­dzieć tym fil­mem, że Polacy są źli, chcemy powie­dzieć, że tak zawi­ro­wała histo­ria, że z Pola­ków wyla­zło straszne zło – z pew­nych Pola­ków w pew­nych okolicznościach”.
Gdy czy­ta­łem ten wywiad, powra­ca­łem czę­sto do jego pierw­szego zda­nia: „Był­bym gotów dopła­cić, żeby w tym zagrać”. Myślę, że gra w tym fil­mie, przy­ję­cie tej wła­śnie roli była dla Macieja Sthura tak samo ważna, jak rola Agnieszki, którą zagrała Kry­styna Janda w „Czło­wieku z mar­muru” Andrzeja Wajdy. Janda mie­rzyła się z tym, co było mniej lub bar­dziej uświa­da­mia­nym pro­ble­mem spo­rej czę­ści jej gene­ra­cji, a co może wtedy tak wprost nie mogło być nazwane: pró­bo­wała w tej roli zro­zu­mieć, co spra­wiło, iż tak wielu ludzi zostało przez histo­rię wma­ni­pu­lo­wa­nych w komu­nizm, choć z pew­no­ścią nie można by ich było nazy­wać wyznaw­cami tej ideologii.
Podob­nie jest ze Sthu­rem w „Pokło­siu”. W obu tych rolach nie cho­dzi o wyra­fi­no­wane roz­wa­ża­nia wybit­nych inte­lek­tu­ali­stów, w któ­rych pod­dają sub­tel­nej ana­li­zie mecha­ni­zmy dzia­ła­nia sys­temu, w jakim się zna­leźli inni. Cho­dzi raczej o próbę zro­zu­mie­nia czło­wieka wyda­nego na pastwę żywiołu histo­rii odczło­wie­czo­nej czy, jak to okre­ślił w jed­nym z ese­jów Jerzy Stem­pow­ski, które to okre­śle­nie z kolei czę­sto przy­wo­ły­wał Gustaw Herling-Grudziński, „histo­rii spusz­czo­nej z łań­cu­cha”, wobec któ­rej, w osta­tecz­nym rachunku, każdy z nas pozo­staje samotny, zdany na wła­sne, nie zawsze dyk­to­wane rozum­nym namy­słem decy­zje. I być może naj­le­piej ten spo­sób two­rze­nia roli opi­suje Stuhr w sło­wach nastę­pu­ją­cych: „Miarą dobrego aktor­stwa nie jest sto­pień przy­go­to­wa­nia, ilość pracy, jaką się w to wło­żyło. Liczy się, co w danej chwili aktor z sie­bie wykrze­sze, czy włoży w rolę tro­chę czło­wieka. Bo jak się przy­go­to­wać np. do sceny, kiedy nagle z głę­bo­kiego dołu w stru­gach desz­czu wycią­gam ludzką czaszkę?”.
Ale też: czy tylko o aktor­stwo tu chodzi?

Leszek Szaruga
Studio Opinii
_________________________________
Laszek Szruga - poeta, tłumacz z języka niemieckiego, krytyk literacki - prawdziwe nazwisko to Aleksander Wirpsza. Urodził się 28 lutego 1946 w Krakowie.Pseudonim, pod którym konsekwentnie występuje w literaturze, zaczerpnął z Robaków Marka Nowakowskiego. Dwóch innych pseudonimów - Jan Krajnik i Krzysztof Powoski - używał w okresie współpracy z sekcją polską Radia Wolna Europa. Jego prawdziwe nazwisko to Aleksander Wirpsza i jest on synem poety Witolda Wirpszy oraz Marii Kureckiej, tłumaczki i pisarki. Poeta, tłumacz z języka niemieckiego, krytyk literacki (omawiający książki m.in. w "Zeszytach Literackickich"). W roku 2000 otrzymał habilitację na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu na podstawie rozprawy "Państwo - historia - literatura". Od roku 2003 wykładowca historii literatury na Uniwersytecie Szczecińskim oraz w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. Obecnie mieszka w Warszawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja