polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Polska, tak jak dotychczas, nie godzi się na obowiązkową relokację uchodźców; rozwiązaniem problemu nie jest relokacja, tylko uszczelnienie granic - mowi najnowszy komunikat MSWiA. Naszym priorytetem jest bezpieczeństwo Polski i Polaków. Nie będziemy ulegać szantażowi i naciskom - podkreślono w komunikacie. * * * AUSTRALIA: Potężny cyklon Debbie z ulewnymi deszczami i podmuchami wiatru o prędkości 270 km na godzinę dotarł we wtorek do północno-wschodnich wybrzeży Australii, w stanie Queensland. * * * SWIAT: Premier Wielkiej Brytanii Theresa May podpisała historyczny list, który formalnie rozpocznie wyjście Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej.
EVENTS INFO: Koncert Zespolu "Lajkonik" - Sala Jana Pawla II, Marayong, 9.04, godz. 13:00

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Mozaika paryska (2)

Andrzej Siedlecki wspomina swój pobyt w Paryżu w 1975 roku.

Trzy miesiące za granicą, to długi okres czasu, specjalnie wtedy, gdy stypendium jest chudziutkie, aby tylko nie umrzeć. I nie wolno popełnić błędu, a ja go popełniłem z niewiedzy. Otóż wpadłem już na początku, gdy zaoferowano mi mieszkanie, które okazało się tak drogie, że musiałbym wracać za dwa tygodnie do Polski. Gdy się zorientowałem, że mam inną możliwość, moja miesięczna kwota znacznie się uszczupliła i było beznadziejnie biednie. Nie mogłem sobie pozwolić, by zjeść po ludzku, i co było ważniejsze, by iść do kina, lub do teatru. A Paryż oferował imprez bez liku i wszystko chciałem oglądać, i wszędzie być...i wreszcie coś zjeść. Więc szlifowałem paryski bruk, smętnie przemierzając kilometrami ulice.  Pamiętam jak dziś…Spaceruję słynnym Boulevard Saint-Michel w dzielnicy Łacińskiej, piękną i bardzo ożywioną ulicą, odwiedzaną szczególnie przez studentów z Sorbony, a także turystów – i nagle kręci mi się z głodu w głowie. A tu, w restauracjach, za szybami pełno ludzi, piją wino i jedzą jakieś wspaniale wyglądające dania. Gapię się na tych beztroskich, uśmiechniętych szczęśliwców i nie wytrzymuję, kupuję jakiś kebab, co znaczy, że jutro nie będę miał na autobus i bilet, żeby zobaczyć „Psa andaluzyjskiego” Bunuela, który gdzieś daleko jest wyświetlany. Trudno! Jak już nie miałem siły spacerować, to wracałem do mojego internatu, brałem prysznic, jadłem tam niezłą, jak dla mnie kolację, relatywnie tanią i w lepszej już formie wyruszałem dalej w Paryż, „by night”. Bo muszę powiedzieć, że przekonałem urzędniczkę (znów ze wstydem), że nie mam pieniędzy na poprzednie lokum i nie da się żyć za to, co otrzymałem, więc przeniosła mnie do studenckiego internatu, gdzieś chyba w okolicach Gare du Nord. Więc odświeżony prysznicem i kolacją, z nową energią idę do Avenue des Champs-Élysées, położonej w słynnej bogatej dzielnicy. Nie ma turysty, który by tu nie przyszedł i nie chciał jej zobaczyć, no i oczywiście, Łuku Triumfalnego! Ta kaskada świateł, witryny bogato zaopatrzonych sklepów, marki ubrań, butów, znane mi tylko ze słyszenia, luksusowych samochodów, pogodni ludzie siedzący w restauracjach, żywo o czymś rozmawiający - to robi na mnie, przybyszu z innego świata, oszałamiające wrażenie. Wracam zmęczony i odurzony tym obrazem luksusu, albo raczej, tragicznie zestresowany. I nagle, o mało co, nie potykam się o czyjeś ciało...Tak, to jest człowiek!  Przykryty gazetami, śpi na jakichś metalowych kratach. Odkrywam, że z tych krat leci powietrze, tak, to ciepłe powietrze z kolejki metra! Teraz rozumiem, to „clochard”. Cóż to za kontrast w tym pejzażu! W języku polskim, słowo to nie ma odpowiednika, ale w gwarze francuskiej „clochard” znaczy-niebo, więc to jest ten, który żyje i śpi pod gołym niebem. Jest wolny od wszystkiego i niezależny - trudno mi było zasnąć- może stanowić o sobie! Niesamowite!


W samym środku Paryża, na wyspie Cité, gdzie znajdują się cenne zabytki, „kwieci się” Quai aux Fleurs -Wybrzeże Kwiatów. Idę tam...Do tej pory lubię kwiaty i mam ich w komputerze niezłą ilość, i czasami te „piękności” wysyłam do znajomych. Rzeczywiście, nazwa jak najbardziej właściwa, bo całe wybrzeże jest skąpane w kwiatach. Na budynku nr 9 widzę tabliczkę, że tu kochali się Abelard i Heloiza, i podobno dla upamiętnienia sławnej pary kochanków, i ich nieszczęśliwej miłości wydzielono dawny plac nad Sekwaną, właśnie na targ kwiatów. Kwiaciarki oferują tu prawie wszystkie kwiaty świata, a mają swoją ambicję i nie sprzedają ich „jak leci”, ale układają je w przeróżne kompozycje. To niemal malarskie zestawienie brył i płaszczyzn, które staje się tematem wielu malarzy, siedzących na malutkich stołeczkach i z pasją przenoszących tę feerię kwiatów na swoje płótna. Oglądam z przyjemnością kwiaty i spostrzegam, że obok jakiś człowiek, niepasujący zupełnie do kwiecistego otoczenia, dłuższy już czas peroruje z korpulentną kwiaciarką. Dostaje po chwili maleńki bukiecik konwalii, nie daje ich zawinąć w srebrny papierek, natomiast wyjmuje z kieszeni kawałek zmiętej gazety i wkłada w nią pachnące konwalie. I kołyszącym się krokiem odchodzi w stronę Sekwany. Idę za nim. Ubrany jest w krótkie, połatane, szare spodnie i wyświechtaną, wytartą marynarkę. Na głowie sfilcowany kapelusz, spod którego wystają sklejone od bruduwłosy siwe włosy. Komu podaruje te konwalie?                                                                 

Po drodze mijam stragany bukinistów, którzy w drewnianych skrzynkach trzymają ich książkowe bogactwo. Kramiki ze starymi książkami, mapami, starymi sztychami i pocztówkami Paryża ciągną się kilometrami wzdłuż Sekwany, a handlarze siedząc na małych stołeczkach, w ogóle nie zachęcają do kupna. „Konwaliowy Pan” wita się serdecznie ze starym bukinistą, chwileczkę rozmawiają...i dostaje jakąś cieniutką książeczkę. Schodzi nad Sekwanę. Ja za nim. Siada na betonowym nadbrzeżu, wyciąga z kieszeni butelkę wina, odkorkował, popija i zabiera się do lektury. Siadam obok. To paryski „clochard”, jeden z 10.000-ciu tysięcy zarejestrowanych. Częstuję go papierosem. Zadowolony, zaciąga się głęboko „Gitanem”. Rewanżuje się łykiem wina i odkłada książkę. Zerkam na tytuł - „Napoleon”. Pociągnał jeszcze z butelki i zaczyna opowiadać. Jeszcze dziesięć lat temu pracował na Uniwersytecie i wykładał historię. Był, jak wszyscy. Rozpychał się łokciami, chciał dużo zarabiać, jak najlepiej się urządzić i posiadać jak najwięcej. Wydawało mu się to naturalne. Ale w pewnym momencie...”Zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu i w głębi duszy wcale tego nie pragnę...Pojechałem do Indii...Tam, przez jakiś czas wykładałem, studiowałem filozofię buddyzmu z przyjemnością.  Pociągnął następny łyk...”Widzisz - mówi- w buddyzmie fundamentalną zasadą jest niedopuszczanie, by świadomość została zakłócona przez łapczywe pragnienie, czyli „trsna” i chodzi o to, żeby nie zatracić się w gromadzeniu rzeczy. Lepiej nie ingerować, nie prowokować zdarzeń, a czekać na nie”. Wraca do Francji, okazuje się, że żona już na niego nie czeka. Zostaje sam. „Obce mi jest teraz pragnienie posiadania. Nie chcę już nic. I tak jest dobrze. Jestem wolny. Mam wino, niebo, Sekwanę- i to jest moje bogactwo. Nic do zabrania!”

Ciekawe spotkanie...Ale trudno jest mi zrozumieć ten rodzaj wolności i wyrzeczenia się rzeczywistości, lub akceptację prawie totalnego ograniczenia. Tym bardziej, że ja chciałbym mieć parę franków więcej, by móc w pełni korzystać, z musującej artystycznym życiem francuskiej stolicy. I tu niesamowita niespodzianka - przypadek! Idę ulicą i spotykam kolegę, który rzuca pytanie: „Chcesz zagrać w filmie o francuskim „Résistance z Brigitte Fossey, dasz lekcje konspiracji twojemu koledze z grupy?” Bez wahania, z entuzjazmem odpowiadam „Tak! Więc niby łowię ryby nad Sekwaną („konspira”) i wtajemniczam, niby młodego Francuza, ale polskiego studenta, który studiuje w tym czasie w Paryżu.  Życie przynosi czasami szczęśliwe przypadki, które odmieniają nasz los. Dla ubogiego stypendysty ze Wschodu, zapłata za „konspirę” okazuje się niezłą sumką i mam już na bilety do kin i muzeów!  Mam w kieszeni więcej „franiów”, niż „clochard”, który musi mieć obowiązkowo 3 franki, by policja nie oskarżyła go za włóczęgostwo. Więc szczęśliwy i wdzięczny koledze udaję się nazajutrz do Louvre’u, gdzie wreszcie mogę zobaczyć eksponaty z antyku, którego filozofią i ideami zarażono nam głowy w Liceum. Oglądam, stojącą zaraz przy wejściu Nike z Samotraki, boginię zwycięstwa, inspirującą wielu naszych poetów, Jasnorzewską-Pawlikowską, Lechonia, Słonimskiego, Staffa i Herberta. Potem malarstwo, potem rzeźba…To było fantastyczne i oszałamiające przeżycie! Za dużo naraz, pęka z natłoku głowa, więc za tydzień powtarzam wizytę, by objąć to bogactwo eksponatów, twórczych idei i informacji. Ale też nie starcza czasu, by wszystkie informacje przetrawić.  Obiecuję sobie, że jeszcze tu wrócę. Chcę też zobaczyć sztukę średniowiecza, przede wszystkim rzeźbę, więc maszeruję do Musée de Cluny.

Posiada jedno z największych zbiorów sztuki średniowiecznej... i właśnie znakomitej rzeźby, której realizm i mistrzostwo wykonania podziwiam. Zainteresowanie rzeźbą zawdzięczam zajęciom w Liceum Teatralnym, rzeźbiliśmy wtedy głowę Krzysia Kieślowskiego, nawet mam pamiątkowe zdjęcie, później reżysera filmowego, który ukończył to samo Liceum.  I odwiedzam następnie Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris, w budynku Palais de Tokyo, który widać, jak na dłoni z La Tour Eiffel, pędzę też do Musée de Montmartre, gdzie w budynku głównym mieszkali „moi” malarze, Renoir, Utrillo, Van Gogh. I koniecznie zobaczyć Musée de Balzac, bo romans z Pania Hańską i Musée Adam Mickiewicz, bo nasz poeta i co po nim w Paryżu zostało.

Andrzej Siedlecki
cdn

niedziela, 30 stycznia 2011

Australijski Pink Floyd w Polsce

Kwadrofoniczny dźwięk, kinowe wizualizacje w systemie 3D, nowe animacje, nowy projekt sceny, rewelacyjne światła, lasery - to wszystko zobaczyli i usłyszeli polscy fani muzyki legendarnej grupy Pink Floyd w ostatnich kilku dniach podczas rozpoczętej wlaśnie europejskiej trasy koncertowej The Australian Pink Floyd Show.

Była to już czwarta wizyta The Australian Pink Floyd Show w Polsce. Zespół wystąpil w siedmiu miastach: Warszawie, Lublinie, Katowicach, Sopocie, Płocku, Rzeszowie i Bydgoszczy. W calej Europie dadzą koncerty w 70 miastach.

 The Australian Pink Floyd to jeden z najlepszych cover bandów na świecie. Powstał w 1988 roku w Adelaide. Kilku młodych muzyków postanowiło zmierzyć się z repertuarem legendarnego, ich ulubionego, zespołu Pink Floyd. Stworzyli zespół, którego zadaniem było wiernie odtworzenie show popularnych Brytyjczyków. Dzisiaj są gwiazdą. Dbają o każdy szczegół swojego widowiska. Używają tych samych instrumentów co słynni Floydzi.
Zespół występował już w prawie wszystkich zakątkach świata poczynając od Sydney, poprzez największe hale Europy, USA i Kanady a kończąc na tak egzotycznych miejscach jak Chile czy Panama, wszędzie spotykając się z niesamowicie entuzjastycznym przyjęciem zarówno ze strony fanów  jak i krytyków.

Grupa ma już na swoim koncie ponad 1000 koncertów na całym świecie.

sobota, 29 stycznia 2011

Sydnejskie celebracje Roku Królika

Wczoraj wieczorem w Belmore Park przy Central Station w Sydney zainaugurowano 15 festiwal chiński, największy tego rodzaju poza Chinami.
W tym roku Chińczycy ale równiez Koreańczycy i Wietnamczycy celebrują w ten sposób rozpoczęcie księżycowego roku Królika.  Inauguracja odbyła się otwarciem trzydniowego chińskiego marketu w Belmore Park oraz ceremonią „ożywczego znakowania” smoków przez zaproszonych gości, m.in. przez vicepremier NSW Carmel Tebbutt, burmistrzynię Sydney Clover Moore i ambasadora ChRL oraz występami artystów z chinskiej prowincji Hubei i  samego Sydney, które póki co nie jest jeszcze calkowicie miastem chinskim, choc z pewnością przez najbliższe dwa tygodnie nim będzie.  
Program festiwalu wydrukowany w dwóch językach – angielskim i mandaryńskim przedstawia bogatą ofertę ponad 50-ciu różnych wydarzeń kulturalnych w tym wielką paradę ulicami Sydney Chinese New Year Twilight Parade w niedzielę, 6 lutego oraz Dragon Boat Races 12 i 13 lutego na Darling Harbour.




Fot. K.Bajkowski

Program festiwalu: Chinese New Year Festival

Pułtusk - czyli Japonka w Polsce (3)

Ostatnia część reportażu Riho Okagami-Siedleckiej pt. "Jeden dzień z historią".

Naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Warszawy był Pułtusk. Historia miasta sięga 11-go wieku. Pułtusk ma podobno najdłuższy rynek w Europie? I rzeczywiście, rynek jest wąski, ale bardzo długi! W jednym końcu rynku widać ładnie wyglądający renesansowy kościół, do którego już się zbliżamy... i zbliżamy, a z drugiej strony, jeszcze za ratuszem, widocznym na zdjęciu, rynek ciągnie się jeszcze dalej! Dotarliśmy wreszcie do kościoła. To następny świadek historii tego regionu. Płyta przy wejściu informuje, że Bazylika Kolegiacka została zbudowana w 1449 roku przez biskupa płockiego. Kościół i miasto zostały zniszczone w bitwie ze Szwedami w czasie potopu szwedzkiego w 1507 roku. Kościelny budynek ponownie został odbudowany w stylu renansowym w roku 1560.
I znów trafiliśmy na ślub. Weszliśmy do Bazyliki i nagle wszystkie głowy siedzących zwróciły się w naszą stronę? Nagle słyszymy dobiegający nas szept: Boże, to jeszcze nie ksiądz! Wnętrze kościoła piękne i udekorowane na ślub białymi wstęgami tiulu. Aż trudno uwierzyć, że w tym miejscu toczono bezlitosne walki! Wychodzimy z Bazyliki, a tu, z rozwianym włosem przybiega zziajany ksiądz. Nowożeńcom życzymy szczęścia!

W mieście jest też wspaniały i pięknie położony zamek, zwany teraz „Domem Polonii.” Odrestaurowany, obecnie jest używany jako hotel dla Polonii z całego świata. Dramatyczna historia Polski powodowała przez wieki dużą emigrację Polaków. Podobno, około 17 milionów ludzi pochodzenia polskiego żyje w różnych krajach na całym świecie. To dużo, to około 40 % ludności w Polsce.
Jemy w okazałym zamku słynne, polskie pierogi... i niestety, pora już wracać do Warszawy. Docieramy do Starego Miasta około 5 -tej po południu. Siadamy pod parasolem w kafejce i z przyjemnością pijemy orzeźwiające, bardzo dobre polskie piwo, rozmawiając o zawiłej polskiej historii i podobnym jak u Japończyków, przywiązaniu do rodzimej tradycji. Ta, jednodniowa wyprawa była dla mnie podróżą w bogatą, ciekawą i burzliwą polską historię, a także potwierdzeniem, że siła świadomości i chęć przekazywania wartości kulturowych z pokolenia na pokolenie, jest cechą narodową Polaków.

Riho Okagami-Siedlecka
Andrzej Siedlecki
Poprzednie części:Opinogóra, Płońsk, Ciechanów

piątek, 28 stycznia 2011

Podatek powodziowy od 1 czerwca

Rząd Julii Gillard planuje wprowadzenie w przyszlym roku finansowym podatku od powodzi dla zarabiających powyżej 50 tysięcy dolarów rocznie. Dodatkowe pieniądze mają pomóc w odbudowie kraju po gigantycznych powodziach, jakie nawiedziły Australię w ostatnich tygodniach. Na naprawę szkód potrzeba 5,6 mld dolarów.

Od  1 czerwca przez następne 12 miesięcy, osoby zarabiające ponad 50 tysięcy dolarów rocznie, zapłaciłyby dodatkowe pół procent podatku. Zaś osoby zarabiające ponad 100 tysięcy dolarów, musiałyby oddać dodatkowy cały procent. Zwolnieni z jego płacenia byliby natomiast powodzianie. Według wyliczeń ekonomistów podatek przyniósłby łącznie 1,8 miliarda dolarów.

– Na każdy zebrany od podatników dolar rząd znajdzie oszczędności rzędu dwóch dolarów – przekonywała premier Julia Gillard przemawiając przed spotkaniem z grupą roboczą złożoną z 13 liderów organizacji biznesowych.
Oszczedności będą głównie pochodziły z cięc wydatków w kilku programach związanych z tzw. globalnym ociepleniem.

Nie jest jednak pewne czy plan rządowy znajdzie poparcie w Parlamencie. Opozycja liberanla ma zastrzeżenia co do wprowadzenia dodatkowego podatku w obliczu nieuniknionego wzrostu cen podstawowych produktów spożywczych (głównie warzyw i owoców).  Zieloni zaś są zbulwersowani planami zawieszenia programów redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Tegoroczna powódź była najtragiczniejsza od 50 lat. Zginęło co najmniej 30 osób, poszkodowanych zostało ponad 200 tysięcy ludzi. Najbardziej dotknięty jest stan Queensland.

TVP Info, ABC News

czwartek, 27 stycznia 2011

Tomasz Stańko zagra jutro w Sydney

Tomasz Stańko. fot.C.Piwowarski
Legendarny polski trębacz jazzowy, Tomasz Stańko powrócił do Sydney , tym razem z czwórką młodych, doskonałych muzyków jazzowych ze Skandynawii i wystąpi jutro w City Recital Hall w ramach kończącego się Sydeny Festival.
  Ostatnim razem Stańko koncertował w Sydney w listopadzie 2005 roku rozpoczynając wówczas swoje tournee australijsko-azjatyckie.

Tomasz Stańko Quintet, City Recital Hall, Sydney, tel: 02 8256 2222
piątek, 28 stycznia,  godz. 20.00

Z artystą rozmawia Anna Sadurska z Radia SBS:

środa, 26 stycznia 2011

Bardzo gorący Australia Day

Dzisiaj Australijczycy celebrują  święto narodowe - Australia Day, na pamiątke rozpoczęcia osadnictwa europejskiego na tym kontynencie, a konkretnie ogłoszenia 26 stycznia 1788 roku przez kapitana Arhura Phillipa pierwszej stałej osady w Australii, dodajmy - wówczas karnej osady.
Dzień wolny od pracy, pełen jak zwykle relaksu na świeżym powietrzu. W Sydney dzień upłynął przy rekordowych temperaturach ( 32 st. w centrum, 42 st. na zachodzie metropolii) w atmosferze piknikowych imprez, parad jednostek pływajacych wszelkiego rodzaju po Zatoce Sydnejskiej , pokazów setek starych automobilów na Macquarie Street, koncertów i zabaw dla całych rodzin w Hyde Park, Darling Harbour i na Circular Quay.

Oto kilka migawek Bumeranga Polskiego z centrum Sydney. Fot. K.Bajkowski.

wtorek, 25 stycznia 2011

Najdroższe domy w Australii

Rhodes, Sydney. Fot. K.Bajkowski
Ze wszystkich krajów anglojęzycznych Australia ma najdroższe domy, a w relacji do dochodów, domy w Stanach Zjednoczonych są najtańsze, jak wynika z przeprowadzonych badań.
Średnia cena domu w Australii jest 6,1 razy wyższa od rocznego średniego dochodu brutto przypadającego na gospodarstwo domowe.  Ceny domów w Stanach Zjednoczonych okazały się najniższe i wynosiły trzykrotność średnich dochodów rocznych.

Wiecej: Onet.pl, Bloomberg

Smoleńsk - sprawa interesu państwa

Kampania do jesiennych wyborów parlamentarnych już się zaczęła. Będzie ona brutalna, prowadzona bez żadnych skrupułów. Dwaj główni przeciwnicy na scenie politycznej, Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska będą ją toczyć wokół wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Inne zagadnienia, sprawy społeczne i ekonomiczne zejdą na plan dalszy. To będzie kampania kłamstw, oszczerstw, pomówień.
Osią kampanii będzie kłamstwo smoleńskie, a właściwie kłamstwo o kłamstwie. Jarosław Kaczyński już wie, że mit Lecha Kaczyńskiego, który próbowano zaszczepić, nie przyjmuje się. Mało jest takich, którzy przekonali się, że prezydentura Kaczyńskiego była tą najlepszą w historii III RP. Teraz należy Polakom wmówić, że na Lechu Kaczyńskim dokonano zamachu. W zależności od tego, jak informacje o okolicznościach i przyczynach katastrofy się zmieniają, zamach był dokonany przy pomocy sztucznej mgły, bomby termicznej, zakłóceń urządzeń pokładowych, kończąc na kontrolerach rosyjskich sterowanych z Moskwy. Te kłamstwa i insynuacje skierowane są do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, którzy mają zostać przekonani, że żyją w niesuwerennym kraju, sterownym przez układ zależności Donalda Tuska i Moskwy. Wrogiem dla zwolenników PiS stają się nie tylko zwolennicy Platformy Obywatelskiej, ale również instytucje państwa.
Donald Tusk i jego zaplecze zlekceważyło zagrożenie, jakie niesie za sobą kwestia wyjaśnienia okoliczności katastrofy. Miękka i nerwowa reakcja na raport MAK, niespójna i źle adresowana odpowiedź komisji Millera – to punkty dla Prawa i Sprawiedliwości, któremu udało się narzucić na nowo temat debaty publicznej. Świetnie to czuje np. Jacek Kurski, który stwierdził, że ostra retoryka smoleńska lepiej integruje nasz elektorat”. Kompletnie nie ma znaczenia, że Prawo i Sprawiedliwość nie zbudowało spójnej i jednoznacznej hipotezy zamachu, wystarczy, że insynuacje „Gazety Polskiej”, „Naszego Dziennika”, wspierane autorytetami Andrzeja Zybertowicza, Zdzisława Krasnodębskiego, czy wieszcza nowej apokalipsy, J. M. Rymkiewicza, przeniknęły do mainstreamu.
Jeżeli teorie zamachu, w wyniku prac komisji Jerzego Millera, oraz rosyjskiej i polskiej prokuratury zostaną obalone , zawsze pozostaje równolegle prowadzony plan B.. Ten plan zakłada, że i tak nie dowiemy się nigdy, co było przyczyną katastrofy, dlatego, że Rosjanie, w porozumieniu z rządem Donalda Tuska robią wszystko, aby ukryć prawdę. Niszczą dowody, mataczą nagraniami z czarnych skrzynek i komunikacji z wieży lotniska pod Smoleńskiem, fałszują zeznania. Dlaczego tak robią? Oczywiście, ponieważ Tu-154M o numerze 101 spadł w wyniku zamachu…
Jarosław Kaczyński zainwestował wszystko w ten schemat polityczny. Jego formacja stała się partią jednego tematu. Opowieści o tym, że lada chwila przedstawi jakieś nowe programu gospodarcze, projekty reform, zajmie się finansami państwa, czy szkolnictwem, zostawmy pomiędzy bajkami. od ponad 3 lat nic ze strony PiS nie otrzymaliśmy i nie otrzymamy, ponieważ intelektualnie ta partia i jej władze są puste.
Donald Tusk i jego ekipa muszą zrobić wszystko, aby teorie zamachu i spisku obalić. Nie zagrażają one bezpośrednio wynikowi wyborczemu Platformy Obywatelskiej, pod warunkiem, że rządowa komisja Jerzego Millera zakończy prace jeszcze przed wakacjami (prace prokuratury będę trwać jeszcze długo). Większym problemem jest to, że zaszczepienie kłamstw smoleńskich PiS-u o katastrofie będą miały wpływ na wewnętrzne relacje społeczne. Będzie również rzutować na nasze relacje w kontaktach zagranicznych, nie tylko z Rosją.
Spór na „linii smoleńskiej” dotyka również inne siły polityczne. Będą one musiały się zdeklarować, jak odnieść się do niego. Już widać, jak kolosalny błąd robi ugrupowanie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, które poprzez wypowiedzi Elżbiety Jakubiak wpisuje się w narrację PiS-u. Grozi to, że wyborcy, którzy oczekiwali od tej formacji racjonalizmu i realnego podejścia do problemów, otrzymują sygnał, że nowa formacja w przyszłości może zostać przybudówką PiS. Rezultat? Dramatyczny spadek w sondażach – poniżej progu wyborczego. SLD i PSL muszą powinny założyć, że mogą wejść do nowej koalicji rządowej, już na jesieni tego roku, dlatego neutralność i wstrzemięźliwość byłyby bardzo wskazane.
Rozwiązanie może być jednak tylko jedno. Sprawę smoleńską trzeba wyjaśnić do końca. Bez względu na koszty. Tu już nie chodzi o odpowiedzialność polityczną – to sprawa interesu państwa.

Azrael Kubacki

poniedziałek, 24 stycznia 2011

10 lat Platformy Obywatelskiej

Dziś mija dziesięć lat od założenia Platformy Obywatelskiej. Władze PO nie zamierzają hucznie świętować urodzin, dopiero w lutym ma się odbyć wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego, w którym – jak nieoficjalnie wiadomo – ma wziąć udział także prezydent Bronisław Komorowski.
Platforma Obywatelska została zarejestrowana jako stowarzyszenie 24 stycznia 2001 r. Tego dnia w gdańskiej hali "Olivia" odbył się jej zjazd założycielski. Inicjatorów nowego ugrupowania - Macieja Płażyńskiego z Akcji Wyborczej Solidarność, Andrzeja Olechowskiego i Donalda Tuska z Unii Wolności - zaczęto określać mianem "trzech tenorów".

W marcu 2002 r. PO została zarejestrowana jako partia polityczna. Jej powstanie wiązało się m.in. z konfliktami w Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności.

Płażyński został pierwszym przewodniczącym PO. Tusk, Paweł Piskorski i Jan Rokita - jej wiceszefami, a Grzegorz Schetyna - sekretarzem partii.

Działaczy na pierwsze listy wyborcze Platforma wyłaniała przez prawybory.

W 2007 r. PO wygrała wybory parlamentarne i utworzyła rząd razem z PSL. Dziś do partii należy ok. 40 tys. działaczy. Donald Tusk jest jej przewodniczącym od 2003 r.

Więcej: TVN24: PO stuknęło 10 lat

"Wiem, czego Polacy mniej więcej oczekują od władzy. Nie zawsze potrafię tym oczekiwaniom sprostać, ale na pewno dzisiaj nikt w Polsce nie oczekuje, żeby partie polityczne hucznie obchodziły swoje jubileusze. Ja bym wolał, aby 10 lat Platformy Obywatelskiej zostało w dobrej pamięci ludzi" - mówił w Gdańsku na  dzisiejszej konferencji prasowej Donald Tusk.
Jak przekonywał, 10 lat PO to 10 lat ciężkiej pracy dla ludzi i stąd - jego zdaniem - bierze się niezła pozycja Platformy na scenie politycznej. "Te 10 lat musimy chyba ocenić jako rosnącą siłę tego wielkiego obywatelskiego pomysłu, który się narodził 10 lat temu" - podkreślił Tusk.
Jak zaznaczył, bardziej ceni sobie satysfakcję ludzi z tego, co udaje się robić jego ugrupowaniu, nawet jeśli nie wszystko wychodziło tak jak by chciał, niż huczne festiwale z okazji rocznicy.

Więcej: EPA: 10-lecie PO to 10 lat ciężkiej pracy


Mozaika paryska (1)

Moja siostra cioteczna, żyjąca we Francji twierdzi, że mamy „ciągoty” francuskie we krwi, a stało się to za sprawą prześladowań protestantów, z których, ten niby „nasz”, schronił się w tolerancyjnej Polsce, która gwarantowała królewskim prawem wolność wyznań. Trudno to udowodnić, bo papiery rodzinne spłonęły w Powstaniu Warszawskim. I nawet nie ma po co. Ale niewątpliwie, zawsze mnie jakoś pociągała melodia i lekkość języka francuskiego, i kultura! Ślimaki i żaby, niespecjalnie…
Autor z Molierem
Najważniejsi byli impresjoniści...Lata 50-te, początek 60-tych... Szarzyzna życia przytłacza, a ich obrazy wnoszą powietrze, światło i kolor. A książki o nich, przynoszą mi atmosferę cyganerii artystycznej i nieskrępowanych rozmów o sztuce, w słynnej Café de la Rotonde. Byli wolni od świata, który nas otaczał, ale nie wolni od swojej pasji, by odważnie zmieniać rzeczywistość na płótnie i negować poprzednią estetykę, w poszukiwaniu nowej.  I to mi się bardzo podobało. Byłem opętany malarstwem impresjonistów. Dużo malowałem w Liceum Techniki Teatralnej, a w domu kopiowałem Cezanne’a, Von Gogh’a, Monet’a, Degas’a. Chciałem być jednym z nich, zdawać do Akademii Sztuk Pięknych, ale przestraszyłem się samotności w pracowni, szaleństwa Van Gogh’a, dramatu alkoholowego Utrilla i jego matki Zuzanny Valadon. Mimo zachęty profesora Piotrowicza, bym studiował sztuki piękne w Toruniu, wybrałem aktorstwo. Ale zainteresowanie impresjonistami pozostało. Wyjechać, zobaczyć, chłonąć atmosferę Paryża! Nie mam szans, ale mimo to uczę się francuskiego w Alliance Francaise, potem biorę prywatne lekcje raz w tygodniu, na więcej nie mam pieniędzy. Jak nie wyjadę - myślę - to w każdym razie wyćwiczę aktorską pamięć! Ale szansa przychodzi. Wygrywam eliminacje językowe w Ministerstwie Kultury, dostaję stypendium na dwa tygodnie i jadę na festiwal teatralny do Avignon. Pierwszy raz na Zachodzie. Wszędzie kolorowo, ludzie grzeczni i uśmiechnięci! Kulturowy szok! Wspaniale grane wieczorne przedstawienia w Palais des Papes, potem dyskusje w przyjaznym kręgu stypendystów z całego świata...I ból głowy z podniecenia, napięcia i niedojadania posiłków z powodu powolnego, z wysiłkiem - pierwszy raz w obcym języku - formułowania myśli. Ale to nie miało znaczenia, bo to był tydzień wspaniałych odkryć rzeczywistości! Dla studenta wypuszczonego z klatki, to było za krótko. Ale został mi jeszcze tydzień. Jadę więc, na własną rękę do Paryża, by pooddychać, chociaż troszeczkę, atmosferą sztuki. Do Paryża, Mekki artystów! I tam zobaczyć, już nie w albumach, ale w muzeach „moich” impresjonistów. Pierwsze kroki kieruję do Musée du Jeu de Paume, które miało wtedy dużą kolekcję impresjonistów. Teraz kolekcja została przeniesiona do Musée d'Orsay, którego zbiory w tym roku zawitały do Australii, a które musiałem zobaczyć, przypominając sobie studenckie fascynacje. 

Okno galerii
 Oglądam też dzieła kochliwego Modiglianiego, którego reprodukcje portretów wiszą teraz w moim pokoju. Bywał często w słynnej Café de la Rotonde, istniejącej do dziś, gdzie zbierali się artyści, gorąco spierając się o nowe idee w malarstwie. Bywał tam też Picasso, uwieczniając ją na swoim obrazie, Leopold Zborowski, przyjaciel i marszand Modiego i wielu innych. Jakże mogłem tam nie iść i nie przywołać sobie artystycznej atmosfery dawnych lat, o której naczytałem się wcześniej. Nie miałem pieniędzy, ale miałem za to kilka paczek hawańskich cygar, których kupno, wstydząc się potwornie, proponowałem w paryskich bistro. Uzyskana drobna sumka pozwoliła mi przeżyć na bagietkach i wodzie tych kilka dni, a co więcej pozwoliła mi kupić kawę w znanej kawiarni. I już jestem szczęśliwy, wyobrażając sobie, że siedzę wśród „moich” ukochanych artystów. „Chyba za długo siedzę o tej kawie” - myślę - bo kelner przychodzi, co chwila i pyta: „Est ce que vous desirez quelque chose?” Na „quelque chose” już mi nie starcza, więc zakłopotany opuszczam kawiarnię, przyrzekając sobie, że jeszcze do Paryża przyjadę...”po sztukę”. I że będę miał na bilet do Louvre’u, żeby zobaczyć zbiory antyku, o którym tyle się nasłuchałem od moich, prześwietnych nauczycieli, ze skasowanego nieroztropnie Liceum Techniki Teatralnej, wypuszczającego profesjonalnych, wykształconych  techników teatralnych
Ciastko Polonaise
                                                                                         Znów mam szczęście! W 75 roku otrzymuję 3- miesięczne stypendium do Paryża i do słynnego Jacques Lecoque Studio. Po uprawianiu zawodu przez 8 lat, przyznam, że byłem studiem, mieszczącym się w jakimś fatalnym budynku i programem rozczarowany. Czułem się jakbym wrócił do początków, które miałem już dawno za sobą i nie sądziłem, że to doświadczenie może mi się w mojej pracy specjalnie przydać. Kurs był podstawowym wprowadzeniem do zawodu, a ja byłem już na dalszym etapie rozwoju. Poza tym w Szkole Teatralnej robiliśmy bardziej skomplikowane zadania, niemniej uświadomiłem sobie, że nie ma jednej metody nauczania, która może prowadzić do tego samego celu. To było inspirujące, jak się później okazało w Sydney, gdy zacząłem moje studia podyplomowe, by uczyć aktorstwa.  W Paryżu mam przydzielonego, miłego i jakże eleganckiego opiekuna, profesora z Conservatoire National Supérieur D'art Dramatique, który zabiera mnie do szkoły, gdzie oglądam zajęcia aktorskie i przedstawienie Wedekinda „Przebudzenie Wiosny”. W tym czasie nauczanie tradycyjne jest mi bardziej bliskie, a poza tym interesuje mnie francuski styl gry. I oczywiście, idę do Comédie-Française, niestety nie trafiam na Moliera, który to tradycyjnie jest specjalnością teatru, ale oglądam świetnie graną komedię, w której, z przysłowiową francuską lekkością i wdziękiem śmiano się z ze słabości homoseksualnych. Aktorzy znakomicie i ze smakiem grali role nie heteroseksualne.  Wolność dla ludzkiej ekspresji! To był dla mnie szok, że w ogóle taki temat mógł zaistnieć na francuskiej scenie.
Andrzej Siedlecki

cdn

--------
Jest to jeden z tekstów wielu autorów, które zostaną opublikowane w książce „Gdy myślę Paryż” , która ukaże się nakładem Towarzystwa Przyjaźni Polsko –Francuskiej w Warszawie w 2011 roku. Zdjęcia autora.  
                                       *Andrzej Siedlecki, aktor, reżyser, wykładowca/koordynator Polish Studies na Macquarie University w Sydney jest autorem dwóch książek o sztuce aktorskiej: „Sekrety techniki aktorskiej-Jak uczyć?” i „Być aktorem, Podstawy techniki aktorskiej, Teatr, film, telewizja, radio”. Wydawnictwo FOSZE.

Prasa: mocna, zdrowa Polska

Polska cieszy się dobrym zdrowiem" - wskazuje ekonomiczny włoski dziennik  "Il Sole-24 Ore" - zwracając uwagę na dobre prognozy ekonomiczne na ten rok i zapowiedź hojnych inwestycji, "wspomaganych przez mannę spadającą z Brukseli" oraz 81 miliardów euro pomocy strukturalnej i dla rolnictwa do 2013 roku, co "otworzy możliwości przed Polakami, ale i przed zagranicznymi inwestorami".
Dziennik pisze, że Polska gotowa jest ominąć kryzys dzięki mistrzostwom Europy w piłce nożnej w 2012 roku".Przytacza się przy tym  szacunki, według których impreza ta przyniesie wzrost PKB o 1,5 procent.

Więcej: Il Sole-24 Ore: Polska ominie kryzys dzieki euro 2012



Miesiąc temu "New York Times" chwalił Polskę, że zgrabnie przebrnęła przez kryzys, który tak mocno dał się we znaki reszcie świata.

Amerykańska gazeta pisała: Ze swoimi ponurymi, pochodzącymi z dawnych czasów bulwarami i biurowcami ze szkła i stali Warszawa nie przypomina zielonego, eleganckiego Dublina. Ale między Polską a Irlandią lat 90. jest wiele uderzających podobieństw. Podobnie jak Irlandczycy, Polacy to twardy naród, który kiedyś wiele wycierpiał, ale teraz stoi u progu dobrobytu.
Szczęście Polski polega na tym, że – w przeciwieństwie do Irlandii – jej sektor bankowy był stosunkowo nieduży w proporcji do całego rynku – jego ewentualne problemy stanowią więc mniejsze zagrożenie dla gospodarki kraju. Zadłużenie gospodarstw domowych jest stosunkowo niskie. Polska skorzystała także na silnej sytuacji gospodarczej Niemiec, swego sąsiada, do którego wysyła czwartą część eksportu.


Oczekuje się, że w 2011 roku produkt krajowy brutto zwiększy się o 4 proc. lub więcej.(W 2010 roku wyniósl 3,6 proc.)

NYT pisze, że ceny nieruchomości komercyjnych w Warszawie rosną o 10 proc. rocznie. Wartość inwestycji zagranicznych może skoczyć o 28 proc., bo Polska przyciąga kapitał jako jeden z niewielu dobrze sobie radzących krajów w Europie.

Więcej: The New York Times: Polska moc

niedziela, 23 stycznia 2011

Victoria pod wodą

Po zniszczonym przez żywioł  Queensland teraz występują z brzegów rzeki w stanie Victoria. Woda zalała już jedną trzecią powierzchni położonej na południowym wschodzie Victorii, niszcząc uprawy rolne i infrastrukturę. W tej największej powodzi w historii Australii zginęło ponad 30 osób
W stanie Wiktoria pod wodą już jest ponad 50 miejscowości, a wkrótce żywioł dotrze do kolejnych. Trwa ewakuacja ludności.
Wiecej: TVP Info


sobota, 22 stycznia 2011

Massive HIP-HOP concert in Polish Club


Polish Club in Ashfield  and Oski Pictures

invite you to the Concert of the Century:

"HIP-HOP by Mezo ft. Anna Spice."

Impreza odbędzie się 26 lutego od godziny 19:00 w Polskim Klubie w Ashfield,
73 Norton St. 2131 NSW.
Przedsprzedaż biletów rozpoczyna się od 1 lutego.
Dystrybucją biletów zajmie się Polski Club Ltd w Ashfield -tel.02 97987469, Stanisław Mikołajski -tel.0402 006 868 i Oscar Kantor -tel.0415 869 007.
Część imprezy zostanie wyemitowana w telewizji polskiej TVN.
Ilość miejsc jest niestety limitowana, więc prosimy o wcześniejszą rezerwację biletów.
(w cenie tylko $25)



Parę słów o głównym wykonawcy:

Mezo (Jacek Mejer, ur. 1982) raper, autor tekstów -- muzyką zajmuję się od połowy lat 90-tych, nagrywając płyty pod szyldem Lajner. Jego twórczość to pozytywna odmiana hip-hopu z elementami popu. Nagrał dotychczas pięć oficjalnych płyt (Mezokracja 2003, Wyjście z Bloków 2005, Eudaimonia 2006, Herezje 2009, Słowo Ma Moc 2009) na których znalazły się takie znane utwory jak SACRUM, WAŻNE, ZEMSTA, PO ROBOCIE, WSTAWAJ, ŻEBY NIE BYŁO, ANIELE czy MEZOKRACJA. Wcześniej aktywnie działał na lokalnej scenie wydając 3 płyty własnym sumptem. Teksty Mezo skoncentrowane są na przekazie. Pisze zarówno motywacyjne i zaangażowane społecznie utwory, jak i refleksyjne i rozrywkowe numery.
Mezo ukończył studia na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa (kierunek politologia) Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Hobby to sport, głównie piłka nożna (były piłkarz Lecha Poznań w zespołach juniorskich) tenis i bieganie. Za swój duży wyczyn uważa ukończenie poznańskiego maratonu w roku 2002 z czasem 3godz. 54min i zdobycie góry Kilimandżaro (5985 m n.p.m.) w 2007. Ma żonę Sandrę i pięcioletnią córeczkę Zuzię.

Sukcesy:
statuetka 'ESKA MUSIC AWARDS 2003' w kategorii album roku 2003 (Mezokracja)
nominacja do Fryderyka 2003 w kategorii hip-hop & r'n'b (Mezokracja)
srebrna Premiera Festiwalu Polskiej Piosenki - Opole 2005 za utwór WAŻNE
nominacja do nagrody Telekamery 2006 za płytę WYJŚCIE W BLOKÓW
statuetka 'ESKA MUSIC AWARDS 2006' w kategorii hit roku (WAŻNE)
nominacja do Fryderyka 2005 za WYJŚCIE W BLOKÓW
udział w finałowym konkursie Międzynarodowego Sopot Festival 2006 z piosenką WSTAWAJ z udziałem Mieczysława Szcześniaka
statuetka 'ESKA MUSIC AWARDS 2007' w kategorii hit roku (SACRUM)
statuetka 'ESKA MUSIC AWARDS 2007' w kategorii artysta roku
nagroda Superjedynki na Festiwalu Piosenki Polskiej - Opole 2007 w kategorii „hip-hop & r`n`b"
nagroda Viva Comet w kategorii artysta roku 2007
nominacje do Viva Comet 2009 w kategoriach (artysta roku, hit dziesięciolecia - Sacrum, artysta dziesięciolecia)

Opinogóra - czyli Japonka w Polsce (2)


Ciąg dalszy opowieści Riho Okagami-Siedleckiej  pt. "Jeden dzień z historią".

オピノグーラ

I wreszcie Opinogóra, znana przede wszystkim jako miejsce zamieszkania dramaturga i poety, hrabiego Zygmunta Krasińskiego (1812-1859). Zaparkowaliśmy przed bramą do kościoła. Jak tylko wyszliśmy z samochodu, niespodziewanie szybko, jakby z pod ziemi, wyskoczył mężczyzna, który zaoferował nam pokazanie wnętrza kościoła Krasińskich.

Miałam wrażenie, że jakby czekał tylko na tę okazję. Moje doświadczenie ciągle potwierdza, że kościoły w Polsce mają swoje tajemnice i zadziwiają przybyszów niespodziewanymi odkryciami. Więc poszliśmy za nieznajomym. Mężczyzna otworzył duże frontowe drzwi kościoła starym, dużym kluczem. Weszliśmy do ładnego wnętrza. Mówił o historii kościoła, a także opowiadał o rodzinie Krasińskich. I wyprowadził nas z kościoła, prowadząc do tylnych drzwi. Otworzył je.

Weszliśmy do rodzinnej krypty rodu Krasińskich. Tu właśnie, został pochowany jeden z wielkich poetów polskich. Przed płytą nagrobną leżały świeże kwiaty. Nie spodziewałam się, że ten nieznany mi człowiek pokaże nam, tak jak gdyby nigdy nic, grób wielkiego poety!


Poszliśmy przez pięknie utrzymany park, do zamku. W neo - gotyckiej budowli, dawnej rezydencji rodziny mieści się obecnie Muzeum Romantyzmu, posiadające unikalne eksponaty z epoki, portrety i pamiątki poświęcone poecie i jego rodzinie. Było przyjemnie zanurzyć się w atmosferę epoki i spoglądać w piękny ogród przez okna zamku. Nagle zobaczyłam przez pałacowe okno, że w słońcu, przeświecającym przez konary drzew, szczęśliwa, roześmiana para weselna pozuje do zdjęć, a goście w kolorowych, eleganckich ubraniach stoją w cieniu ogromnych dębów i patrzą na młodą parę. Całe miejsce wyglądało tak spokojnie. Urzekająca sielanka! Ale pod tym fotogenicznym, ładnym obrazem kryje się burzliwa historia tego miejsca.
Czy ci młodzi ludzie ją znają?

Pierwszym z rodziny Krasińskich, który nadaniem króla posiadł w 17 wieku Opinogórę, był Jan Kazimierz Krasiński. Jego syn, Jan Bonawentura Dobrogost Krasiński walczył z Turkami u boku króla Jana Sobieskiego III i brał udział w kampanii wiedeńskiej. To była złota era Królestwa Polskiego. Natomiast, po zwycięstwie Sobieskiego potęga państwa powoli chyliła się ku upadkowi. W 1795 Królestwo Polskie ostatecznie zostało podzielone przez trzy sąsiednie kraje i zniknęło z mapy Europy. Opinogóra znalazła się w zaborze pruskim i władze zabrały cały majątek młodemu właścicielowi, którym był ówcześnie Wincenty Krasiński, ojciec poety. Wyobrażam sobie, że utrata ziemi przodków mogła bardzo wpłynąć na życie młodego Wincentego Krasińskiego. I także na jego przyszłą działalność, która koncentrowała się na odzyskaniu i utrzymaniu Opinogóry.
W 19-ym wieku armia Napoleona Bonaparte wkracza na teren Mazowsza. Pomaszerowała na Płońsk, Ciechanów i znalazła się w okolicach Opinogóry.
W armii francuskiej znajdowało się wielu oficerów polskich, a jednym z nich był Wincenty Krasiński, który został generałem w armii Napoleona. Kiedy Napoleon Bonaparte utrzymywał kontrolę tego regionu, podarował Opinogórę francuskiemu generałowi Ponte Corvo Jan Bernadotte. Ale Bernadotte w 1810 - tym roku został królem Szwecji i musiał zrzec się majątku, więc posiadłość została zwrócona Wincentemu Krasińskiemu. Wtedy Wincenty z żoną, hrabiną Marią Urszulą Krasińską z Radziwiłłów i synem Zygmuntem, wrócili do Polski i osiedlili się w Opinogórze. Ale niestety, po klęsce Napoleona region ten został okupowany przez Rosję.
Polityczna sytuacja zmuszała ludzi, by dokonywali wyboru, opowiedzieli się po czyjejś stronie. W tej sytuacji był właśnie ojciec poety. Prawdopodobnie, by za wszelką cenę utrzymać dziedzictwo przodków, dawniejszy generał napoleoński przechodzi teraz na stronę cara. Działa aktywnie, żeby zagwarantować majątek dla swoich potomków. Walczy o utrzymanie Opinogóry. Zabiegi i starania w Petersburgu zakończyły się sukcesem. Ale konsekwencje tego wyboru dramatycznie wpłyną nie tylko na ojca, ale także na syna, Zygmunta.

Trzeci wieszcz polski urodził się w Paryżu, natomiast liceum ukończył w Warszawie i zaczął studiować prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W tym okresie wśród studentów panowały mocne sentymenty antyrosyjskie i Zygmunt z powodu ojca, który został teraz carskim generałem, był izolowany i szykanowany przez studentów. Nie mógł dalej kontynuować studiów w Warszawie. Postanowił opuścić kraj w 1829 roku i kontynuować studia w Genewie, wtedy właśnie, gdy w Warszawie w 1830 roku wybuchło nieudane powstanie listopadowe przeciwko Rosji. Po klęsce powstania wielu uczestników zostało skazanych na karę śmierci, a innych wywieziono do obozów na Syberii. Wielu też wyjechało na przymusową emigrację i wielu żyło w niedostatku, i biedzie. Natomiast, hrabia Zygmunt był bogatym i finansowo niezależnym arystokratą. Dużo podróżuje, mieszka we Włoszech, Francji i Szwajcarii. W daje się w głośną aferę miłosną, już przecież z mężatką, Delfiną Potocką, w której się zakochał, a która na dodatek miała wielu, i to nie byle jakich kochanków w całej Europie. Ojciec nie pochwalał tego związku i miał wobec syna inne plany... Zygmunt pozostawał zawsze pod przemożnym wpływem ojca i nie mógł się od niego wyzwolić. Tak więc, na jego życzenie, Zygmunt żeni się z hrabiną Elizą Branicką. Nowożeńcy zamieszkują w Nicei…ale pod jednym dachem z kochanką, Delfiną Potocką. Eliza i Delfina musiały udawać, że były przyjaciółkami, ale ten trójkąt nie mógł trwać długo. Delfina opuściła Zygmunta.
Oglądam jeden z portretów Zygmunta namalowany przez żonę. Ładnie namalowany jest ten portret, podoba mi się. Co Eliza myślała o mężu, trudno się z obrazu domyśleć. Czy także, jak i Zygmunt, wyszła za mąż tylko dlatego, żeby spełnić życzenie rodziny? Portrety Elizy w muzeum pokazują jej spokojną, szlachetnie wyglądającą twarz, tak jak by nie było żadnego dramatu osobistego. Czy mieli szczęśliwe chwile?

Delfina
Eliza













Ojciec Zygmunta umiera w 1859 -tym roku i poeta zostaje
właścicielem Opinogóry. Niedługo jednak może cieszyć się dziedzictwem. Po trzech miesiącach umiera w Paryżu. Pochowany zostanie tam, gdzie byliśmy, w rodzinnej krypcie. Majątek Opinogóry odziedziczy niepełnoletni syn poety, Władysław Krasiński.
Ale nieubłagana historia toczy się dalej...Mimo, że Opinogóra zostaje jeszcze, zgodnie z dążeniem Wincentego w rękach rodu, to majątek zostaje zniszczony w czasie pierwszej wojny światowej. Następna katastrofa przychodzi w 1939 roku. Niemcy napadają na Polskę. Ostatni właściciel Opinogóry, Edward Krasiński zostaje wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie ginie w grudniu 1940 roku, a armia sowiecka, która „wyzwoliła” Polskę, wyrzuca Krasińskich na zawsze z Opinogóry. W styczniu 1945 roku Sowieci pod dowództwem marszałka Konstantego Rokossowskiego wkroczyli do Opinogóry. Wprowadzili reformę rolną i ziemia Krasińskich została rozparcelowana między chłopów, i oddana kolektywnemu rolnictwu. A ruinami zamku nikt się nie interesował, aż do lat 50 -tych. Wtedy to Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej i miejscowa Gromadzka Rada Narodowa postanawiają odbudowywać zamek, i w maju 1961 roku zostaje otwarte Muzeum Romantyzmu. Do odbudowania pozostał dworek Krasińskich.
Teraz historia dla Opinogóry jest łaskawa. Nad budową dworku, planowanego jeszcze przed pierwszą wojną światową przez Adama Krasińskiego, państwo obejmuje patronat. Byliśmy tam w lipcu 2008 roku i na naszym zdjęciu jeszcze widać jak robotnicy wykonują ostatnie prace, ale już w sierpniu budowa była skończona, a uroczystego otwarcia dokonano na początku września. Bardzo było przyjemnie zobaczyć dalszy rozwój tego miejsca, świadka nieprzychylnej historii, a do której współcześni dopisali pozytywny rozdział.

Naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Warszawy był Pułtusk.
O tym w następnym odcinku.

Riho Okagami-Siedlecka
Andrzej Siedlecki

piątek, 21 stycznia 2011

Paweł Gospodarczyk o Kościuszko Run

Pawel Gospodarczyk,
organizator Kościuszko Run 2011
Za trzy tygodnie po raz drugi odbędzie sie w Górach Śnieżnych Kościuszko Run, czyli bieg na najwyższy szczyt  Australii, Mt. Kosciuszko. Rozmawiam z organizatorem tego biegu, prezesem Strzelecki Heritage Inc.  Pawłem Gospodarczykiem.

Panie Prezesie, skąd wziął się pomysł aby zorganizować takie zawody? Jaki jest cel imprezy?
Byłem wielokrotnie na Kosciuszko Festival organizowanym przez Fundację Kulturalną Puls Polonii z panią Ernestyną Skurjat w roli dowodzącej, która tak się zaangażowala i robiła wszystko, żeby poruszyć naszą Polonie.  Poparcie dla festiwalu i ilośc uczestników jednak spadała, dlatego postanowilem poprzez bieg zjednoczyć Polonię z Australijczykami i zrobić coś co pozwoli wyść  poza nasze środowisko.
Celów jest wiele - propagowa
ć, propagować i jeszcze raz propagować to co nasz rodak Sir Pawel Edmund Strzelecki zrobił dla Australii i Polski. Jeżeli my nie bedziemy dumni z jego osiagnięć to czy mamy prawo wymagać od innych zeby osiągnięcia te eksponowali i propagowali?

Kto może wziąć udzial w tym biegu?
Organizacją wspierającą Kościuszko Run już od ubiegłorocznego biegu jest australijska organizacja - Australian Mountain Runners Assiociation i oni narzucają pewne wymogi na zawodnikach. Niektórzy się dziwią że wymogi są zbyt wygórowane, ale oni biorą udział w dziesiątkach takich imprez i mają troche w tym doświadczenia. Mogę tylko podpowiedzieć, że jezeli ktoś się czuje na siłach, a chciałby wziąć udział, proszę się skontaktować ze mną osobiście: [email protected]                 0404 592 978        

Jakie warunki kondycyjne trzeba spełnić aby udział w imprezie byl satysfakcjonujący dla uczestnika?
Na stronie  Kosciuszko Run 2011 są zamieszczone szczegółowe  wymogi AMRA jak rownież formularz zgloszeniowy.
Proszę pamiętać, że bieganie po górach wymaga pewnych przygotowań i oczywiście wymagana jest ogólna sprawność fizyczna.

 Czy ma Pan praktyczne rady dla tych ew. uczestników, którzy mają male doświadczenie w takich biegach, szczególnie w tak trudnym, ciągle pod górę biegu?
Osobiście nie byłem i nie jestem biegaczem, ale mój dobry znajomy Atony Niemczak  najlepszy polski maratonczyk, który mieszka na stałe w USA jest moim doradcą. Jest wiele rzeczy na, które zawodnicy muszą zwrocić uwagę i jedną z nich są warunki pogodowe, które mogą się zmienić z godziny na godzinę i każdy uczestnik musi być na to przygotowany. Internet jest bardzo dobrym zródłem informacji i nawet John Harding z AMRA napisał szczegółowy artykuł odnośnie przygotowań do takich biegów: Uphill running.


 Ile macie już zgłoszeń , ile było w zeszłym roku  i jak można sie zapisać? Jakie są ew. koszty uczestnictwa?
To samo pytanie skierowałem w ubieglym roku do Johna, a on mnie uspokaja, że wiekszość zgłoszeń następuje gdzieś około tygodnia przed biegiem. Z tym, że proszę pamiętać, że ilość zawodników jest ograniczona przez dyrekcję Kosciuszko National Park i w tym roku udało się nam zwiększyć maksymalną ilość z 50-ciu zawodników  do 120-tu. Kto pierwszy ten lepszy. Moze wspomnę, że zainteresowanie naszym biegiem mamy nie tylko w Australii czy Polsce, ale w wielu krajach. Jak do tej pory mamy zainteresowanie w 24 krajach skąd osoby wchodzą regularnie i nawet mamy z Rosji, Etiopii, Nepalu i Japonii.
Szczegóły i formularze zgłoszeniowe są dostępne na naszej stronie internetowej, a jeżeli ktoś ma problemy z tym wynalazkiem naszych czasów, proszę bardzo o kontakt telefoniczny, a na pewno pomogę i wytłumaczę  szczegóły.

 Którędy  dokładnie bedzie przebiegała trasa. Czy mógłby Pan ją z grubsza opisać? Które momenty trasy będą najtrudniejsze dla biegaczy?
Start biegu Kosciuszko Run 2011 nastąpi z Charlotte Pass Village, które jest położone na wysokości1730 metrów i bieg będzie podążał Summit Walk Track na szczyt Mt Kosciuszko - wys. 2228 metrów. Jest wiele ciężkich odcinków - jednym z nich jest sam początek około kilometra jest bardzo stromo pod górę. Całość trasy wynosi 11 km.
Może jeszcze wspomnę o warunkach atmosferycznych. Jeżeli będą niekorzystne i niebezpieczne, Ranger z KNP i John z AMRA będą zmuszeni przenieś bieg na inną trasę z tym samym dystansem. Niestety warunki na takich wysokościach mogą być bardzo zaskakujące i bezpieczeństwo zawodników jest naszym priorytetem.

Jak wygladąją sprawy logistyczne: dojazd, zakwaterowanie, itd?
Charlotte Pass Village jest osadą funkcjonującą raczej tylko w okresie zimy. Znajduje się na terenie Kosciuszko National Park. Nabliższym miasteczkiem jest Jindabyne, gdzie znajduje się słynny pomnik - dar Polski - Sir Pawła Edmunda Strzeleckiego. Miasteczko to znajduje się w odległości około 40 km i trzeba się liczyć co najmniej na godzinny dojazd. Zakwaterowanie jest dostępne prawie wszędzie ( czas poza sezonem) i koszta są dość niskie. Dojazd na własną rękę choć wiem, że co najmniej jeden autobus jedzie z Melbourne.

 W zeszlym roku gwiazdą Kosciuszko Run był Robert Korzeniowski. Kto będzie gwiazdą w tym roku?
Pan Robert Korzeniowski był i będzie naszym patronem. Nawet jeżeli nie będzie mógł być tak jak w zeszłym roku - choć jeszcze nie mamy definitywnej decyzji - to będzie w przyszłym roku. Podczas naszego pierwszego biegu kiedy ładowałem zdjęcia z aparatu na komputer używajac pliku pod skrótem KR i wtedy się okazało, ze to są inicjały naszego zacnego gościa i patrona pana Roberta.

 Jakie nagrody przewidujecie dla zwycięzców?
Przewidujemy nagrody pienieżne dla kobiet i mężczyzn w wysokości 400, 200 i 100 AUD plus inne podarunki i oczywiście każdy uczestnik dostaje pamiątkowe medale, które właśnie powstają. Zdradzę Państwu tajemnicę, że medale tegoroczne będą szczególne i bardzo oryginalne.

 Kto uczestniczy i pomaga Wam  w organizowaniu imprezy?
To jest bardzo ważne i konkretne pytanie. Z przykrością muszę wyznać, że co do pracy społecznej to my Polacy nie jesteśmy dobrymi zawodnikami. Z tym samym problemem boryka się pani Ernestyna z FKPP i wiele innych organizacji, które też działają ku naszemu wspólnemu dobru i też podzielają tą samą opinię. Mogę tylko stwierdzić, że wysiłek to duży, ale tak jak dla biegacza medal na końcu wycieńczającego biegu jest slodkim wynagrodzeniem za trud przygotowań i treningów, tak samo i dla nas - małej grupki oddanych organizatorów - satysfakcji takiej żadne pieniądze nie kupią - to jest bezcenne uczucie triumfu..

Jak Pan klasyfikuje Kosciuszko Run: czy jest to impreza polonijna, australijska czy polsko-australijska? Jakich uczestników się spodziewacie: Polaków tu zamieszkalych w Australii czy  rodowitych Australijczyków?
Założeniem od samego początku było wyjście ze swojego grona polonijnego i zaangażowanie Australijczyków i nie tylko. My wiemy kim byli nasi bohaterowie Strzelecki i Kosciuszko, a naszym zadaniem jest zaangażowanie jak najszerszego grona i propagowania szlachetnych zasług dla Australii, Stanów Zjednoczonych i innych krajów naszych bahaterów, którzy rozsławili imię Polski i Polaków.

Jakie macie plany na przyszlość dotyczące Kosciuszko Run?
Według naszego głównego sloganu - The Sky is Your Limit - Niebo jest Twoim Limitem nasza organizacja też buja w obłokach. Plany są tak wysokie jak nasze niebo - bez przesady - Światowe Mistrzostwa Biegów Górskich po raz pierwszy w Australii. Jeżeli Państwo przeczytają artykuł na naszj pierwszej stronie z obchodów 170 lecia nazwania Mt Kosciuszko w Korbielowie ( Artykuł po polsku ), to poznają Państwo nasze starania i tylko powiem skromnie jest ciepło, ciepło - znamy tą grę.
Dziękuję panu, panie  Krzysztofie, że jest Pan naszym oddanym entuzjastą i Bumerangowi Polskiemu za medialny patronat i pomoc w wielu kwestiach organizacyjnych. Choć na odległość, a jednak można coś zrobić. Zachęcamy innych - entuzjazm jest jak olej w samochodzie, który pomaga wszystkim innym podzespołom w silnku bezzgrzytowo i sprawnie się poruszać, a korzyści mają z tego wszyscy użytkownicy.

Dziekuje i życzę udanej imprezy.
rozmawiał Krzysztof Bajkowski

Promocja

Promocja

REKLAMA