polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: Pochód Marszu Równości, który odbył się wczoraj w Lublinie, przeszedł przez centrum miasta otoczony kordonem policji. Przed policjantami szli przeciwnicy marszu, którzy usiłowali blokować pochód. W stronę uczestników parady poleciały m.in. kamienie i petardy. Policja użyła gazu oraz armatki wodnej. W Marszu Równości udział brało ok 1,5 tys. osób. Jego uczestnicy skandowali: "Lublin miastem akceptacji!", "Lublin wolny od faszystów!". * * * AUSTRALIA: Szef rządu Scott Morrison zasugerował, że nowi migranci powinni trafiać do mniejszych stanów, takich jak np. Tasmania. Morrison otrzymał list od lidera opozycji, Willego Shortena, który wzywa go do zawarcia ponadpartyjnego porozumienia w celu uporania się z problemami rosnącej populacji Australii. W sierpniu sięgnęła ona 25 mln, o 33 lata szybciej, niż zakładano. * * * SWIAT: Ulicami stolicy Ukrainy, Kijowa, przeszedł w niedzielę doroczny marsz neobanderowców wychwalających chwały Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Według mediów w marszu uczestniczyło ok. 10 tys. osób. Zorganizowała go nacjonalistyczna partia Swoboda.
EVENTS INFO: Wystawa "KORZENIE" - Victorian Artists Society Art Gallery, 20.10, godz. 19:00 * * * Otwarcie wystawy pt. „Time For Heroes” - Parlament House, Perth, 9.11, godz. 11:00

wtorek, 13 września 2011

Singapore - Miasto Lwa i konsumpcji (1)

 Żonka ambitnie zaplanowała wakacje. A więc z Sydney do Singapuru, Rzymu, Monte Cassino, Orvieto i Polski. Świetnie! -„Muszę Ci pokazać Singapur, nie wyobrażasz sobie, jakie to niesamowicie konsumpcyjne społeczeństwo, tylko jedzą i kupują”.
Jeśli żonka, wychowana w japońskim społeczeństwie konsumpcyjnym tak mówi, to musi być to zjawisko do potęgi! A cokolwiek spotęgowane, choć może być niebezpieczne - zawsze warto zobaczyć, bo niezwykłe. I rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić nie widząc. A więc hajda wyspę, na której jak wieść niesie,  panują surowe rządy a lud podobno ma się dobrze. Należałoby ujrzeć społeczeństwo sytych i całkowicie zadowolonych konsumentów, którym podobno nic nie brakuje a aparat państwowy pracuje jak w zegarku, co innym, znanym nam rządom nie bardzo się udaje. I dobrze by było, gdybyśmy spotkali się z „synciem”, który akurat tam przebywa w sprawach biznesowych. -Weźcie najcieńsze koszule i szorty – uprzedzał Tomek o czerwcowej pogodzie. No cóż, tropik! Żonka straszy, że przeważnie cały czas jest duszno, parno i gorąco, a Singapurczycy mówią, że jest gorąco, bardzo gorąco i najbardziej gorąco. Ale to mnie nie przeraża, by zobaczyć inny kraj konsumpcji… no i znaleźć miejsce, gdzie bywał Józef Konrad Korzeniowski, czyli Joseph Conrad. Chluba pisarska Polski i Anglii, jeden z najwybitniejszych twórców prozy marynistycznej. Patrząc na ocean przez okna samolotu przypomina mi się atmosfera portowych miast, którą autor „Lorda Jima” tak realistycznie opisywał w swych książkach. Znalezienie śladów bytności pisarza, to pomysł mojej żonki, która zawsze wyszuka w naszych podróżach jakieś „polonica”, tak że nigdy nie jedziemy bez celu.
Odrywam się od notatek, bo teraz przykuł moją uwagę ekran monitora w samolocie - niesamowity widok! Dziób samolotu wbija się w horyzont w jasną poświatę, a tu po prawej ostra czerwień zachodzącego słońca. Już wpadło za linię horyzontu i obraz się zmienia, widzę przerażająco siny kadłub samolotu wtopiony w ołowiową siność chmur. I... zanurzamy się w ciemność. Dziwne i nieprzyjemne uczucie - jakbyśmy pogrążyli się w kompletną obcość – myślę­  - w ocean kosmosu Lema, który może o nas wszystko wie. O zgrozo, żadnej tajemnicy?! Mówią, że w Singapurze o obywatelu - też wszystko się wie. Wyłączam monitor.
 Samolot opóźniony. Na zewnatrz parno. Jedziemy z lotniska taksówką do hotelu. Z powodu opóźnienia koszt podwójny, obowiązuje już nocna taryfa, ale płacimy z ochotą, bo spać się chce. Taksówkarz pyta o mój wiek, czego nie rozumiem - ale może to różnica wyglądu między mną i moją żonką, która wygląda ciągle młodo? Co on myśli? Więc ja na to: „ A ile kilometrów jest od lotniska do centrum miasta”? Nie wie! No to druga zagadka. Jak nazywają się te piękne kwiaty po prawej? Też nie wie! - no i już się nami nie interesuje. A droga czyściutka, oświetlona, dokładnie oznakowana, architektura nowoczesna. - Ciekawe, jak wygląda hotel, który żonka wybrała w starej, chińskiej dzielnicy? 

Nowoczesna architektura
                                   
     Ciągle wyburza się stare zabudowania i buduje się nowe wieżowce, dlatego też wybierając hotel chcieliśmy zobaczyć świat z przeszłości i poczuć atmosferę dawnego Singapuru. Okazało się, że była to kiedyś dzielnica rozrywkowa z czerwonymi lampionami i właśnie tu były, i stąd zamawiano najlepsze „dziewczynki”, jak z dumą opowiadała w starym filmiku „burdel mama” w Chinese Heritage Centre.
Hotel The Saff, co jest bardzo wygodne, położony jest blisko hinduskiej i muzułmańskiej dzielnicy, które chcemy odwiedzić. Wejście do hotelu przyjemne, na bujanej ławeczce siedzą, mimo późnej godziny jacyś młodzi ludzie, recepcja malutka. Zabierają od nas paszporty, żeby je w drugim pokoiku zeskanować. I już jesteśmy zarejestrowani!
Pokoik malutki i bez okna - tego właśnie chcieliśmy doświadczyć - ale jednak to dziwne poczucie… klaustrofobia. Wnętrze malowane na różowo, więc nastrój „różowy” a łazienka w kolorze ciemno - brązowym, tu i ówdzie złoconym. Chińczycy lubią złoty kolor a jeszcze bardziej złoto, które dodaje prestiżu. Stwierdzamy jednak, że okna, to „oddech na świat” i mimo „air conditioning” pompującego powietrze czujemy, że go tu nie ma.

Hotel The Saff

A jak wygląda świat za oknem, gdzie rządzi merytokracja? Gdzie wszystko podobno zależy od wykształcenia i kompetencji, a nie od rodzinnych powiązań i znajomości?
Gdzie system pochodzi od myśli Konfucjusza, że „człowiek musi mieć moralne prawo podejmować decyzje i zarządzać innymi, i ludzie w Singapurze takich polityków oczekują” [1]. Nie omylę się pisząc, że obywatele innych krajów też. Pierwszy premier Singapuru, Lee Kuan Yew powiedział: - I’m not interested in who your father or mother is, or what station in life (you’re at), what religion, what language. How do you perform? What is your character[2]? - odpowiedzi na te dwa pytania są najważniejsze! Niemniej, jego syn - choć nie od razu, bo jak mi powiedziano „dorastał” do stanowiska - objął stanowisko premiera, hm... zgodnie z zasadą nepotyzmu. Ale może rzeczywiście miał dobry charakter i kwalifikacje, a powiązanie rodzinne to pewnie nieuchronny przypadek? Singapurczycy twierdzą, że są z niego zadowoleni tym bardziej, że do pomocy ma jeszcze tatę - mentora, który od początku wspomaga syna, by trzeci premier nie zboczył z kursu obranego przez ojca.
Jeśli rzeczywiście ucieleśnia się ideę Konfucjusza a pensje urzędników są bardzo wysokie, to niewątpliwie taka sytuacja zapobiega korupcji i defraudacji, których brakiem Singapur się szczyci. Podobno nacisk na uczciwość i etyczne zachowanie jest tutaj wszędzie powszechne.  My - mając ograniczone doświadczenie - w ciągu tych kilku dni nie zauważyliśmy nic, co by wskazywało na nieuczciwe postępowanie w restauracji, taksówce czy w sklepikach. Widoczna była u ludzi jakaś skrupulatność, rzetelność i oczywistość. A wrażenie dążenia do perfekcji w kwalifikacjach - poprzez reklamowanie edukacji i nacisk na społeczeństwo, by uzyskiwać wiedzę i wykształcenie, nie wspominając ogłoszeń w gazetach - widać było nawet na stacjach metra, gdzie olbrzymie plakaty namawiają podróżnych do różnego rodzaju studiów.  

Dawna dzielnica "czerwonych lampionów".

A po studiach ciężka, nieograniczana godzinami praca. Kolega Tomka, malezyjski Chińczyk tu urodzony, projektant wnętrz, wrócił z pracy, coś tam bierze z lodówki, przekąsza, zamienia z nami kilka zdań. Zaprojektował już wiele wnętrz barów, sklepów, restauracji i często pracuje po godzinach, bo – „właściciele ciągle coś zmieniają, a ja nie mogę odmówić” - uśmiecha się i ma zamiar odejść. Kiedy odpoczywasz?  -„Właściwie odpoczywam, jak pracuję…lubię to, co robię... ale przepraszam, muszę jeszcze poduczyć się malajskiego, przyda się w pracy” - i zniknął w pokoju. Nie wystarczy, że mówi po angielsku i trzema chińskim językami! A koleżanka żonki, po wspólnej kolacji w piątek wieczorem wraca jeszcze do biura, bo – „właśnie przenosimy się do innego miejsca i coś jeszcze na jutro trzeba przygotować” - mówi. Etyka pracy - wysoka. Tych dwoje, to nie wyjątek. Ponieważ nie ma czasu na robienie posiłków w domu, a też jak twierdzą kuchnie są bardzo małe w przeciętnych mieszkaniach, to Singapurczycy jedzą w luksusowych restauracjach a przede wszystkim w wielkich centrach handlowych, gdzie niezliczona ilość małych restauracyjek i kawiarni oferuje nieprawdopodobną różnorodność potraw i deserów.
Chińska potrawa

Nawet można sobie wybrać składniki do zupy, które właśnie wybrałem, a zupa dosłownie za dwie minuty była gotowa. Ledwo ją doniosłem do stolika, przedzierając się przez tłum konsumentów. I młodych, i w średnim wieku, i starszych. Atmosfera jak w ulu.
A gdy tylko brzuch pełny można iść na zakupy, bo obok sklepy, sklepy i sklepy znanych marek z całego świata. I też w różnym wieku kupujący, kupujący i kupujący. Oprócz wielorakich „ciągów jedzeniowych” w centrach, istnieją jeszcze tańsze, jakby „home brand” jadłodajnie, zwane „Hawker Centres”, gdzie już za 5 -10 – 15 dolarów można najeść się do syta. Inspektorzy sanitarni okresowo sprawdzają takie miejsca i wystawiają oceny, które są wywieszane w widocznym miejscu. Każda mała budka, przygotowująca jedzenie w jadłodajni bardzo się stara, bo najwyższa ocena gwarantuje dobry biznes. Tomek nas zaprowadził do jeszcze innej, bardziej lokalnej jadłodajni złożonej z małych restauracyjek położonej pomiędzy przeciętnymi blokami, twierdząc że jedzenie jest tam najsmaczniejsze, bo przygotowywane „domowo przez babcie i mamusie”. I rzeczywiście, „syncio” miał rację, wszystkie dania były bardzo smaczne.
Wiekowo wyglądające babcie, zgarbione, sprzątały skrupulatnie. Żebraków nie widzieliśmy. Nikt też nie wybierał resztek ze śmietników, co niestety, z przykrością zobaczyliśmy na Nowym Świecie w Warszawie. Singapurczycy mają podobne dwie pasje: zakupy i jedzenie, w dzień i w nocy. To jakby wydaje się tutaj najważniejsze.
            Singapur, to rzeczywiście ciekawa wyspa konsumpcji, porządku i dobrobytu, z paternalistycznym rządem inteligentnie regulującym wszystkie aspekty życia.  Ale też niezagrabiającym od obywatela wszystkiego dla siebie, jak w totalitaryzmie - i jak podkreśla się w prasie i telewizji - dającym również wszystkim szanse na edukację, a więc na niezłe zarobki, czyli na lepsze życie. A to, dla spadkobierców konfucjanizmu, w przeważającej większości Chińczyków najbardziej się liczy - właśnie dostanie życie. I oczywiście, dla innych też. Więc w rozmowach z Singapurczykami zdaje się przeważać zgoda na wszystkie rządowe posunięcia i duży konformizm, bo wierzą, że rząd o nich dba. Są też świadomi, podobnie jak Japończycy, że nie mają bogactw naturalnych, więc muszą pracować i wdrażać najbardziej nowoczesne rozwiązania, budować ekonomię, a także żyć w harmonii z różnymi grupami społecznymi. Dlatego też, w telewizji pokazuje się programy edukacyjne z modelowymi rodzinami chińskimi, malajskimi lub hinduskimi, by zaznajamiać społeczność z różnicami w poszczególnych kulturach. Także po to, aby budować lepsze zrozumienie, wśród żyjących blisko obok siebie dziewięciu religii: buddyzmu, taoizmu, hinduizmu, bahaizmu, islamu, chrześcijaństwa, sikhizmu, judaizmu i zoroastrianizmu (zaratusztrianizmu). Buddyzm w odmianie chińskiej ma najwięcej wyznawców na wyspie, więc z dużym zainteresowaniem idziemy do reprezentacyjnej świątyni, która posiada nawet - ząb Buddy!

„Życie jest nagromadzeniem doświadczeń”- Shaolin

Tekst i zdjęcia

[1] http://www.yawningbread.org/arch_2010/yax-1100.htm#foot1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja

Promocja