polish internet magazine in australia

Sponsors

NEWS: POLSKA: - Mamy do czynienia z największą w dziejach polskiego leśnictwa klęską spowodowaną wiatrami o znamionach huraganu - powiedział dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski. Dodał, że na terenach dotkniętych nawałnicami pokotem leży ok. 8,2 mln m sześc. drewna. * * * AUSTRALIA: Wicepremier Barnaba Joyce może stracić swoje stanowisko po tym jak rząd Nowej Zelandii potwierdził, że jest obywatelem nowozelandzkim według ustawy o obywatelstwie z 1948 r. Ojciec Joyce'a był Nowozelandczykiem. Australijska konstytucja zabrania osobom z podwójnym obywatelstwem zasiadać w parlamencie. * * * SWIAT: Do zamachu z wykorzystaniem furgonetki doszło na La Rambla w pobliżu placu Katalońskiego w Barcelonie. W ataku zginęło 14 osób, a ponad 100 jest rannych. Do zamachu przyznało się tzw. Państwo Islamskie.
EVENTS INFO: Otwarcie wystawy Vitka Skoniecznego: "Portrety i kompozycje według Modiglianiego i Picassa" - Konsulat RP w Sydney, 8.09, godz. 18:30

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Mozaika paryska (2)

Andrzej Siedlecki wspomina swój pobyt w Paryżu w 1975 roku.

Trzy miesiące za granicą, to długi okres czasu, specjalnie wtedy, gdy stypendium jest chudziutkie, aby tylko nie umrzeć. I nie wolno popełnić błędu, a ja go popełniłem z niewiedzy. Otóż wpadłem już na początku, gdy zaoferowano mi mieszkanie, które okazało się tak drogie, że musiałbym wracać za dwa tygodnie do Polski. Gdy się zorientowałem, że mam inną możliwość, moja miesięczna kwota znacznie się uszczupliła i było beznadziejnie biednie. Nie mogłem sobie pozwolić, by zjeść po ludzku, i co było ważniejsze, by iść do kina, lub do teatru. A Paryż oferował imprez bez liku i wszystko chciałem oglądać, i wszędzie być...i wreszcie coś zjeść. Więc szlifowałem paryski bruk, smętnie przemierzając kilometrami ulice.  Pamiętam jak dziś…Spaceruję słynnym Boulevard Saint-Michel w dzielnicy Łacińskiej, piękną i bardzo ożywioną ulicą, odwiedzaną szczególnie przez studentów z Sorbony, a także turystów – i nagle kręci mi się z głodu w głowie. A tu, w restauracjach, za szybami pełno ludzi, piją wino i jedzą jakieś wspaniale wyglądające dania. Gapię się na tych beztroskich, uśmiechniętych szczęśliwców i nie wytrzymuję, kupuję jakiś kebab, co znaczy, że jutro nie będę miał na autobus i bilet, żeby zobaczyć „Psa andaluzyjskiego” Bunuela, który gdzieś daleko jest wyświetlany. Trudno! Jak już nie miałem siły spacerować, to wracałem do mojego internatu, brałem prysznic, jadłem tam niezłą, jak dla mnie kolację, relatywnie tanią i w lepszej już formie wyruszałem dalej w Paryż, „by night”. Bo muszę powiedzieć, że przekonałem urzędniczkę (znów ze wstydem), że nie mam pieniędzy na poprzednie lokum i nie da się żyć za to, co otrzymałem, więc przeniosła mnie do studenckiego internatu, gdzieś chyba w okolicach Gare du Nord. Więc odświeżony prysznicem i kolacją, z nową energią idę do Avenue des Champs-Élysées, położonej w słynnej bogatej dzielnicy. Nie ma turysty, który by tu nie przyszedł i nie chciał jej zobaczyć, no i oczywiście, Łuku Triumfalnego! Ta kaskada świateł, witryny bogato zaopatrzonych sklepów, marki ubrań, butów, znane mi tylko ze słyszenia, luksusowych samochodów, pogodni ludzie siedzący w restauracjach, żywo o czymś rozmawiający - to robi na mnie, przybyszu z innego świata, oszałamiające wrażenie. Wracam zmęczony i odurzony tym obrazem luksusu, albo raczej, tragicznie zestresowany. I nagle, o mało co, nie potykam się o czyjeś ciało...Tak, to jest człowiek!  Przykryty gazetami, śpi na jakichś metalowych kratach. Odkrywam, że z tych krat leci powietrze, tak, to ciepłe powietrze z kolejki metra! Teraz rozumiem, to „clochard”. Cóż to za kontrast w tym pejzażu! W języku polskim, słowo to nie ma odpowiednika, ale w gwarze francuskiej „clochard” znaczy-niebo, więc to jest ten, który żyje i śpi pod gołym niebem. Jest wolny od wszystkiego i niezależny - trudno mi było zasnąć- może stanowić o sobie! Niesamowite!


W samym środku Paryża, na wyspie Cité, gdzie znajdują się cenne zabytki, „kwieci się” Quai aux Fleurs -Wybrzeże Kwiatów. Idę tam...Do tej pory lubię kwiaty i mam ich w komputerze niezłą ilość, i czasami te „piękności” wysyłam do znajomych. Rzeczywiście, nazwa jak najbardziej właściwa, bo całe wybrzeże jest skąpane w kwiatach. Na budynku nr 9 widzę tabliczkę, że tu kochali się Abelard i Heloiza, i podobno dla upamiętnienia sławnej pary kochanków, i ich nieszczęśliwej miłości wydzielono dawny plac nad Sekwaną, właśnie na targ kwiatów. Kwiaciarki oferują tu prawie wszystkie kwiaty świata, a mają swoją ambicję i nie sprzedają ich „jak leci”, ale układają je w przeróżne kompozycje. To niemal malarskie zestawienie brył i płaszczyzn, które staje się tematem wielu malarzy, siedzących na malutkich stołeczkach i z pasją przenoszących tę feerię kwiatów na swoje płótna. Oglądam z przyjemnością kwiaty i spostrzegam, że obok jakiś człowiek, niepasujący zupełnie do kwiecistego otoczenia, dłuższy już czas peroruje z korpulentną kwiaciarką. Dostaje po chwili maleńki bukiecik konwalii, nie daje ich zawinąć w srebrny papierek, natomiast wyjmuje z kieszeni kawałek zmiętej gazety i wkłada w nią pachnące konwalie. I kołyszącym się krokiem odchodzi w stronę Sekwany. Idę za nim. Ubrany jest w krótkie, połatane, szare spodnie i wyświechtaną, wytartą marynarkę. Na głowie sfilcowany kapelusz, spod którego wystają sklejone od bruduwłosy siwe włosy. Komu podaruje te konwalie?                                                                 

Po drodze mijam stragany bukinistów, którzy w drewnianych skrzynkach trzymają ich książkowe bogactwo. Kramiki ze starymi książkami, mapami, starymi sztychami i pocztówkami Paryża ciągną się kilometrami wzdłuż Sekwany, a handlarze siedząc na małych stołeczkach, w ogóle nie zachęcają do kupna. „Konwaliowy Pan” wita się serdecznie ze starym bukinistą, chwileczkę rozmawiają...i dostaje jakąś cieniutką książeczkę. Schodzi nad Sekwanę. Ja za nim. Siada na betonowym nadbrzeżu, wyciąga z kieszeni butelkę wina, odkorkował, popija i zabiera się do lektury. Siadam obok. To paryski „clochard”, jeden z 10.000-ciu tysięcy zarejestrowanych. Częstuję go papierosem. Zadowolony, zaciąga się głęboko „Gitanem”. Rewanżuje się łykiem wina i odkłada książkę. Zerkam na tytuł - „Napoleon”. Pociągnał jeszcze z butelki i zaczyna opowiadać. Jeszcze dziesięć lat temu pracował na Uniwersytecie i wykładał historię. Był, jak wszyscy. Rozpychał się łokciami, chciał dużo zarabiać, jak najlepiej się urządzić i posiadać jak najwięcej. Wydawało mu się to naturalne. Ale w pewnym momencie...”Zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu i w głębi duszy wcale tego nie pragnę...Pojechałem do Indii...Tam, przez jakiś czas wykładałem, studiowałem filozofię buddyzmu z przyjemnością.  Pociągnął następny łyk...”Widzisz - mówi- w buddyzmie fundamentalną zasadą jest niedopuszczanie, by świadomość została zakłócona przez łapczywe pragnienie, czyli „trsna” i chodzi o to, żeby nie zatracić się w gromadzeniu rzeczy. Lepiej nie ingerować, nie prowokować zdarzeń, a czekać na nie”. Wraca do Francji, okazuje się, że żona już na niego nie czeka. Zostaje sam. „Obce mi jest teraz pragnienie posiadania. Nie chcę już nic. I tak jest dobrze. Jestem wolny. Mam wino, niebo, Sekwanę- i to jest moje bogactwo. Nic do zabrania!”

Ciekawe spotkanie...Ale trudno jest mi zrozumieć ten rodzaj wolności i wyrzeczenia się rzeczywistości, lub akceptację prawie totalnego ograniczenia. Tym bardziej, że ja chciałbym mieć parę franków więcej, by móc w pełni korzystać, z musującej artystycznym życiem francuskiej stolicy. I tu niesamowita niespodzianka - przypadek! Idę ulicą i spotykam kolegę, który rzuca pytanie: „Chcesz zagrać w filmie o francuskim „Résistance z Brigitte Fossey, dasz lekcje konspiracji twojemu koledze z grupy?” Bez wahania, z entuzjazmem odpowiadam „Tak! Więc niby łowię ryby nad Sekwaną („konspira”) i wtajemniczam, niby młodego Francuza, ale polskiego studenta, który studiuje w tym czasie w Paryżu.  Życie przynosi czasami szczęśliwe przypadki, które odmieniają nasz los. Dla ubogiego stypendysty ze Wschodu, zapłata za „konspirę” okazuje się niezłą sumką i mam już na bilety do kin i muzeów!  Mam w kieszeni więcej „franiów”, niż „clochard”, który musi mieć obowiązkowo 3 franki, by policja nie oskarżyła go za włóczęgostwo. Więc szczęśliwy i wdzięczny koledze udaję się nazajutrz do Louvre’u, gdzie wreszcie mogę zobaczyć eksponaty z antyku, którego filozofią i ideami zarażono nam głowy w Liceum. Oglądam, stojącą zaraz przy wejściu Nike z Samotraki, boginię zwycięstwa, inspirującą wielu naszych poetów, Jasnorzewską-Pawlikowską, Lechonia, Słonimskiego, Staffa i Herberta. Potem malarstwo, potem rzeźba…To było fantastyczne i oszałamiające przeżycie! Za dużo naraz, pęka z natłoku głowa, więc za tydzień powtarzam wizytę, by objąć to bogactwo eksponatów, twórczych idei i informacji. Ale też nie starcza czasu, by wszystkie informacje przetrawić.  Obiecuję sobie, że jeszcze tu wrócę. Chcę też zobaczyć sztukę średniowiecza, przede wszystkim rzeźbę, więc maszeruję do Musée de Cluny.

Posiada jedno z największych zbiorów sztuki średniowiecznej... i właśnie znakomitej rzeźby, której realizm i mistrzostwo wykonania podziwiam. Zainteresowanie rzeźbą zawdzięczam zajęciom w Liceum Teatralnym, rzeźbiliśmy wtedy głowę Krzysia Kieślowskiego, nawet mam pamiątkowe zdjęcie, później reżysera filmowego, który ukończył to samo Liceum.  I odwiedzam następnie Musée d’Art Moderne de la Ville de Paris, w budynku Palais de Tokyo, który widać, jak na dłoni z La Tour Eiffel, pędzę też do Musée de Montmartre, gdzie w budynku głównym mieszkali „moi” malarze, Renoir, Utrillo, Van Gogh. I koniecznie zobaczyć Musée de Balzac, bo romans z Pania Hańską i Musée Adam Mickiewicz, bo nasz poeta i co po nim w Paryżu zostało.

Andrzej Siedlecki
cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Promocja

Promocja